09.07.2025, 00:54 ✶
– O Matko – powiedział, patrząc na niego z narastającym niepokojem. Czasami zadziwiało, jak dobrze Flint czarował słowem – bo w tej Matce nie było matki, to M było o wiele większe niż jego ego, to M było niczym ukłon wobec majestatu Pani Księżyca, w której oblicze marynarz musiał wpatrywać się latami. Bo przecież na tym statku prawie nigdy nie było nikogo innego. Tylko on, Ona, Kapitan i trzy skrzynie gwiazd rozsypanych po niespokojnej wodzie niczym cukier-puder. – Cóż... – Wyglądało na to, że chciał podejść do tego dyplomatycznie. – Nie martw się, też kiedyś byłem w tym miejscu wypranym z godności, bo jak utknąłem na oceanie, to jedynym co mi zostało do picia aż nie przyszła burza, była skrzynka rumu i nie miałem już do stracenia nic a nic, bo do wyboru miałem pijaństwo lub śmierć na trzeźwo. – I tak jak nikt by nie podrobił tego, w jaki sposób wymawiał Jej imię, tak i nikt nie podrobiłby tego, jak swobodnie i wesoło potrafił powiedzieć coś tak przerażającego. Woda była morderczym żywiołem – i do tego jak poetyckim! Być otoczonym przez wodę z każdej strony, nie móc od niej uciec, a jednak ci jej brakowało – do tego niebezpiecznego poziomu, kiedy modliłeś się o deszcz, bo tylko on mógł uratować twoje marne, kruche, ludzkie życie.
Lub kocie. Kapitan miauknął głośno, ocierając się o nogę Basiliusa.
Cóż, na szczęście skąpany w blasku słońca i piasku paniczyk bawiący się na tej ciasnej łódce w kogoś o wiele ważniejszego niż był w rzeczywistości, miał niesamowite sposoby radzenia sobie z takimi ciężkimi dolegliwościami, jakich doświadczał wcale-nie-o-wiele-bardziej-doświadczony uzdrowiciel z renomowanej kliniki uzdrowicielskiej. Przeszedł kilka kroków po trzeszczących deskach, schylił się i – o proszę – podał Prewettowi metalową rączkę.
– Masz, to najczystsze z moich wiader – uśmiechnął się. Był to jak zawsze uśmiech wyjątkowo przyjazny i ciepły, ale Flint miał w sobie coś przerażającego jak każdy obłąkany człowiek. – Chciałem zażartować, że to rarytas tylko dla gości, ale to chyba byłoby kłamstwo, a ja składałem przysięgę Księżycowi. Cóż, nie wymiotuj za burtę, bo jak ci zmiecie świadomość, to wypadniesz, a łajba szybko płynie, więc od razu wciągnie cię pod wodę i pewnie uderzysz się w głowę i umrzesz. W rzeczywistości to jest – czknął – hic! Nieco mniej poetyckie niż w powieściach żeglarskich. – A później zawiesił się na moment. – To ja ci wstawię ten wywar, co? Ale wiesz, zanim wrócimy do Docklands... – Mhm... Minie trochę czasu. – Może chcesz list posłać?
Lub kocie. Kapitan miauknął głośno, ocierając się o nogę Basiliusa.
Cóż, na szczęście skąpany w blasku słońca i piasku paniczyk bawiący się na tej ciasnej łódce w kogoś o wiele ważniejszego niż był w rzeczywistości, miał niesamowite sposoby radzenia sobie z takimi ciężkimi dolegliwościami, jakich doświadczał wcale-nie-o-wiele-bardziej-doświadczony uzdrowiciel z renomowanej kliniki uzdrowicielskiej. Przeszedł kilka kroków po trzeszczących deskach, schylił się i – o proszę – podał Prewettowi metalową rączkę.
– Masz, to najczystsze z moich wiader – uśmiechnął się. Był to jak zawsze uśmiech wyjątkowo przyjazny i ciepły, ale Flint miał w sobie coś przerażającego jak każdy obłąkany człowiek. – Chciałem zażartować, że to rarytas tylko dla gości, ale to chyba byłoby kłamstwo, a ja składałem przysięgę Księżycowi. Cóż, nie wymiotuj za burtę, bo jak ci zmiecie świadomość, to wypadniesz, a łajba szybko płynie, więc od razu wciągnie cię pod wodę i pewnie uderzysz się w głowę i umrzesz. W rzeczywistości to jest – czknął – hic! Nieco mniej poetyckie niż w powieściach żeglarskich. – A później zawiesił się na moment. – To ja ci wstawię ten wywar, co? Ale wiesz, zanim wrócimy do Docklands... – Mhm... Minie trochę czasu. – Może chcesz list posłać?
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr