09.07.2025, 19:15 ✶
Lockhartowie, Skeeterowie, Bletchleyowie — i co z tego? Jakby to było jakieś prawdziwe dziedzictwo, jakby to naprawdę cokolwiek znaczyło… Pepino! Toż to było coś! Z rodziną Juliana było zupełnie inaczej niż w typowych czarodziejskich domach. Po pierwsze dlatego, że sam był mugolakiem, po drugie — jego rodzice zajmowali się rzeczami, które w magicznym świecie mogłyby uchodzić za co najmniej nieetyczne. Gdyby tylko ktoś je rozumiał.
Jak wytłumaczyć przeciętnemu czarodziejowi, a co gorsza męskiemu przedstawicielowi czystokrwistej rodziny czym właściwie był przemyt narkotykowy na południowej półkuli? Jak przetłumaczyć pojęcia, którymi rodzice Julka posługiwali się na codzień, na język ludzi, którzy najbardziej nielegalną substancję, z jaką mieli do czynienia, nazywali losowy eliksir klasy X?
Gorsi byli tylko jego teściowie.
— Tak się składa, że z tymi i tymi współpracuję — parsknął. To była całkiem zabawna sprawa. Taki śmiech przez łzy, jak to mówią, bo z Longbottomami i trochę mniej, ale jednak z Crouchami — bogowie jakoś uporczywie krzyżowali mu ścieżki. W zasadzie zaczynał podejrzewać, że to jakiś magiczny efekt uboczny. Znał jego Longbottoma, drugiego, trzeciego i czwartego. Wyrastali jak grzyby po deszczu, ale Julek to w gruncie rzeczy lubił grzybobranie. Wędkowanie też.
— Nie takie rzeczy się już załatwiało na szybko — odparł. Rzeczywiście, było za późno na oficjalne zgłoszenia, pieczątki i wnioski, ale Julian mógłby to zrobić: spakowanie się zajęłoby mu pięć minut, może siedem, jeśli uwzględnić drugie skarpety. Mógłby następnego dnia z samego rana stać obok Paula i Christine, tak jak stawał już nie raz, kiedy sytuacja tego wymagała. Rzecz w tym, że myślami raczej był już w domu. — Ja wiem, że teraz się śmiejemy i ja wiem, że jesteś bystry i wygadasz się z każdej sytuacji, poradzisz sobie z niejednym, ale Paul… — podrapał się po zaroście nieco dlatego, że właśnie coś zaczęło go swędzieć od samego myślenia o granicach bezpieczeństwa swojego przyjaciela. — Po prostu bądź ostrożny, dobra?
Mógłby wyjechać. Naprawdę. Jo zrozumiałaby, jak zawsze, ale… Czy mógł zostawić z dnia na dzień panią Bletchley z dwójką małych dzieci, kiedy najmłodsza pociecha miała tylko trzy lata?
Jak wytłumaczyć przeciętnemu czarodziejowi, a co gorsza męskiemu przedstawicielowi czystokrwistej rodziny czym właściwie był przemyt narkotykowy na południowej półkuli? Jak przetłumaczyć pojęcia, którymi rodzice Julka posługiwali się na codzień, na język ludzi, którzy najbardziej nielegalną substancję, z jaką mieli do czynienia, nazywali losowy eliksir klasy X?
Gorsi byli tylko jego teściowie.
— Tak się składa, że z tymi i tymi współpracuję — parsknął. To była całkiem zabawna sprawa. Taki śmiech przez łzy, jak to mówią, bo z Longbottomami i trochę mniej, ale jednak z Crouchami — bogowie jakoś uporczywie krzyżowali mu ścieżki. W zasadzie zaczynał podejrzewać, że to jakiś magiczny efekt uboczny. Znał jego Longbottoma, drugiego, trzeciego i czwartego. Wyrastali jak grzyby po deszczu, ale Julek to w gruncie rzeczy lubił grzybobranie. Wędkowanie też.
— Nie takie rzeczy się już załatwiało na szybko — odparł. Rzeczywiście, było za późno na oficjalne zgłoszenia, pieczątki i wnioski, ale Julian mógłby to zrobić: spakowanie się zajęłoby mu pięć minut, może siedem, jeśli uwzględnić drugie skarpety. Mógłby następnego dnia z samego rana stać obok Paula i Christine, tak jak stawał już nie raz, kiedy sytuacja tego wymagała. Rzecz w tym, że myślami raczej był już w domu. — Ja wiem, że teraz się śmiejemy i ja wiem, że jesteś bystry i wygadasz się z każdej sytuacji, poradzisz sobie z niejednym, ale Paul… — podrapał się po zaroście nieco dlatego, że właśnie coś zaczęło go swędzieć od samego myślenia o granicach bezpieczeństwa swojego przyjaciela. — Po prostu bądź ostrożny, dobra?
Mógłby wyjechać. Naprawdę. Jo zrozumiałaby, jak zawsze, ale… Czy mógł zostawić z dnia na dzień panią Bletchley z dwójką małych dzieci, kiedy najmłodsza pociecha miała tylko trzy lata?