10.07.2025, 13:02 ✶
Ciekawość zabijała koty i Flintów – tak to już miały istoty ciekawskie do bólu, że prędzej czy później karmili rybki na dnie oceanu, zamiast je łowić, albo... kończyli na szlabanie u któregoś z profesorów, bo jedna z panienek Prewett znów onieśmielała charyzmą i kusiła do psot.
Słyszał o Marcie. Miał swoje powody nieodwiedzania jej łazienki – dosyć podobne do tych, którymi podzielić się mogła Seraphina. Za dnia przecież by tam z oczywistych względów nie wszedł, a w nocy? W nocy potrafił już o własnych planach na wieczór pięć razy zapomnieć, bo miał kilkanaście lat i rozbiegany umysł skupiający się na odkrywaniu siebie i swojego miejsca we wszechświecie, na testowaniu granic swoich możliwości, a nie... no właśnie – na cudzych opowieściach. Mało nastolatków skupiało się na czymkolwiek innym niż czubek własnego nosa i tym, co ten czubek definiowało.
Pstryknięcie w czoło zdawało się nie zrobić na nim szczególnego wrażenia. W takim sensie, że przyjął ten jakże wyszukany cios i uśmiechnął się tylko, a później zrobił jej miejsce. Okej, to nie był miły gest, ale bardziej niż obrażalstwem wolał zająć się czymś, co przychodziło mu równie łatwo co podkradanie z hogwartowej kuchni ciastek: wymądrzył się na temat, w którym wcale taki wybitny nie był, ale miał mocne, ugruntowane opinie.
– Nie ma czegoś takiego jak nadnaturalne moce, Sera. Wszystko jest częścią natury, a ta rządzi się prawami, które nie nadały mi pewnych cech. – Nie poskąpiły mu jednak innych – wcale nie mówił tego z wyrzutem – właściwie to całkiem lubił tego siebie, którego tak skrzętnie odkrywał... – I no tak, na śmierć najlepiej iść bez rycerza... – I chociaż to mogło zabrzmieć jak sympatyczny uroczy żart, w rzeczywistości to właśnie był moment, w którym Flint Seraphinę wyśmiał. – Skoro musimy – panienka pozwoli? – Złapawszy ją po tym, jak straciła równowagę, puścił ją wpierw, ale teraz znów zbliżył – zawtórował jej w tym, a następnie zaoferował dziewczynie swoją rękę po skromnym, lecz mającym w sobie sporo teatralności ukłonie. Nie było w tym młodym głupki ani trochę zawahania, złośliwi powiedzieliby pewnie, że przez równowagę braku rozumu, ale prawdą o nim było, że miał w sobie naprawdę dużo czaru, jeżeli tylko spróbował ująć czyjeś serce słowem lub gestem.
Nawet lubił takie porównania. Co prawda żaden był z niego rycerz, a z niej żadna księżniczka, ale nie pisano bajek o piratach i oszustkach innych niż takie, gdzie oboje kończyli pod gilotyną. Dziwni ludzie... rzadko przeżywali w książkach ciekawe przygody.
Więc może napisać je samemu?
On i ona, idąc za rękę przez ciemne korytarze opustoszałego zamku. Poruszający się tak cicho jak tylko mogli po ruchomych schodach, modlący się do tego, aby z cienia nie wyłoniło się nic gorszego niż jeden ze szkolnych duchów. Cisza mogła być ciekawa – cisza przypominała, że ktoś mógł ich tu jednak nakryć i dodawała całości dreszczyku emocji. I napełniała takim... dziwnym uczuciem, kiedy po wędrówce staliście we dwójkę w damskiej toalety i wszystko w was zaczynało zadawać pytania: gdzie jest tak cała Marta? Czy wypada stać tak blisko siebie? Czy legenda o duchu nawiedzającym ubikację nie była sposobem na straszenie pierwszorocznych, tylko oni okazali się niezbyt sprytni i nabrali się na to o wiele później niż powinni?
To było coś, o czym można napisać naprawdę ciekawy tekst...
Było, bo nagle jedna z kabin otworzyła się z trzaskiem, a w jego stronę poleciał mokry, obrzydliwy but należący do Matka wie kogo i uderzył go w sam środek czoła.
Cisza potrafiła być głośna. Dægberht już teraz wiedział, że zirytowany wyraz twarzy należący do dziewczyny wystającej z ubikacji, za moment będzie krzyczeć tak głośno jak tylko może. I naprawdę oboje dostaną szlaban.
Słyszał o Marcie. Miał swoje powody nieodwiedzania jej łazienki – dosyć podobne do tych, którymi podzielić się mogła Seraphina. Za dnia przecież by tam z oczywistych względów nie wszedł, a w nocy? W nocy potrafił już o własnych planach na wieczór pięć razy zapomnieć, bo miał kilkanaście lat i rozbiegany umysł skupiający się na odkrywaniu siebie i swojego miejsca we wszechświecie, na testowaniu granic swoich możliwości, a nie... no właśnie – na cudzych opowieściach. Mało nastolatków skupiało się na czymkolwiek innym niż czubek własnego nosa i tym, co ten czubek definiowało.
Pstryknięcie w czoło zdawało się nie zrobić na nim szczególnego wrażenia. W takim sensie, że przyjął ten jakże wyszukany cios i uśmiechnął się tylko, a później zrobił jej miejsce. Okej, to nie był miły gest, ale bardziej niż obrażalstwem wolał zająć się czymś, co przychodziło mu równie łatwo co podkradanie z hogwartowej kuchni ciastek: wymądrzył się na temat, w którym wcale taki wybitny nie był, ale miał mocne, ugruntowane opinie.
– Nie ma czegoś takiego jak nadnaturalne moce, Sera. Wszystko jest częścią natury, a ta rządzi się prawami, które nie nadały mi pewnych cech. – Nie poskąpiły mu jednak innych – wcale nie mówił tego z wyrzutem – właściwie to całkiem lubił tego siebie, którego tak skrzętnie odkrywał... – I no tak, na śmierć najlepiej iść bez rycerza... – I chociaż to mogło zabrzmieć jak sympatyczny uroczy żart, w rzeczywistości to właśnie był moment, w którym Flint Seraphinę wyśmiał. – Skoro musimy – panienka pozwoli? – Złapawszy ją po tym, jak straciła równowagę, puścił ją wpierw, ale teraz znów zbliżył – zawtórował jej w tym, a następnie zaoferował dziewczynie swoją rękę po skromnym, lecz mającym w sobie sporo teatralności ukłonie. Nie było w tym młodym głupki ani trochę zawahania, złośliwi powiedzieliby pewnie, że przez równowagę braku rozumu, ale prawdą o nim było, że miał w sobie naprawdę dużo czaru, jeżeli tylko spróbował ująć czyjeś serce słowem lub gestem.
Nawet lubił takie porównania. Co prawda żaden był z niego rycerz, a z niej żadna księżniczka, ale nie pisano bajek o piratach i oszustkach innych niż takie, gdzie oboje kończyli pod gilotyną. Dziwni ludzie... rzadko przeżywali w książkach ciekawe przygody.
Więc może napisać je samemu?
On i ona, idąc za rękę przez ciemne korytarze opustoszałego zamku. Poruszający się tak cicho jak tylko mogli po ruchomych schodach, modlący się do tego, aby z cienia nie wyłoniło się nic gorszego niż jeden ze szkolnych duchów. Cisza mogła być ciekawa – cisza przypominała, że ktoś mógł ich tu jednak nakryć i dodawała całości dreszczyku emocji. I napełniała takim... dziwnym uczuciem, kiedy po wędrówce staliście we dwójkę w damskiej toalety i wszystko w was zaczynało zadawać pytania: gdzie jest tak cała Marta? Czy wypada stać tak blisko siebie? Czy legenda o duchu nawiedzającym ubikację nie była sposobem na straszenie pierwszorocznych, tylko oni okazali się niezbyt sprytni i nabrali się na to o wiele później niż powinni?
To było coś, o czym można napisać naprawdę ciekawy tekst...
Było, bo nagle jedna z kabin otworzyła się z trzaskiem, a w jego stronę poleciał mokry, obrzydliwy but należący do Matka wie kogo i uderzył go w sam środek czoła.
Cisza potrafiła być głośna. Dægberht już teraz wiedział, że zirytowany wyraz twarzy należący do dziewczyny wystającej z ubikacji, za moment będzie krzyczeć tak głośno jak tylko może. I naprawdę oboje dostaną szlaban.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr