10.07.2025, 18:33 ✶
Gdyby chodziło wyłącznie o niego, nijak niczym by się nie przejmował. Nie miał tendencji do zbytniego zwracania uwagi na pogłoski na swój temat. Ludzie zawsze plotkowali. Nie dało się temu zaradzić. Nie istniał żaden sensowny sposób na to, żeby zapobiec staniu się obiektem zainteresowania socjety. Co najwyżej można było świadomie przyczyniać się do tego, aby towarzystwo miało, o czym mówić.
Swego czasu był to dla niego całkowicie niezawodny sposób kontrolowania swojego wizerunku w oczach innych ludzi. Wystarczyło, że odpowiednio często rzucał im haczyk, który mogli złapać. Dzięki temu niemal nie istniały szanse na to, że zaczną węszyć gdzieś indziej, sięgać po informacje, których nie mógł kontrolować i tak dalej. W tamtym okresie rzadko kiedy słyszał na swój temat coś, o czym nie wiedział, że zostanie rozniesione.
Był czas, kiedy wręcz niemożliwie bawiło go takie bycie na językach otoczenia. Niewielkie kontrowersje, drobne zabawy, brylowanie na salonach. Obecnie? Nie czuł potrzeby robienia z siebie przedstawienia. Jasne, od czasu do czasu nadal stosował konkretne triki związane z kontrolą tego, jak go widziano. Oczywiście, pojawiał się na wydarzeniach towarzyskich, dbał o swoją pozycję, jednakże dużo bardziej cenił sobie możliwość pozostawania na szeroko pojętym uboczu.
Zdecydowanie wolał być znany z konkretnych działań w konkretnych środowiskach. Nie zaś z bycia lwem salonowym i nikim więcej. Ponownie: gdyby jednak chodziło wyłącznie o jego dobre imię, nie miałby najmniejszego problemu z tym, aby skorzystać z kluczy w celu wejścia do klubokawiarni. Robił tak wcześniej. Tyle tylko, że tu chodziło również o Norę. A Nora była zaręczona.
On zresztą też, co było dla niego...
...cóż, na tyle świeże, że myśl o tym w kontekście ewentualnych szkód na wizerunku nie przychodziła mu aż tak odruchowo. Zresztą nie sądził, aby w jego przypadku mogło to narobić tyle samo zamieszania, co w sytuacji Figgówny. Podwójne standardy mimo wszystko miały się wyjątkowo dobrze w ich środowisku. Nie dało się ukryć, że nawet w najgorszym scenariusz, Ambroise mógł pozwolić sobie na znacznie więcej niż jego przyjaciółka.
Nawet jeśli sama Nora nigdy nie przejmowała się zbytnio tym, co sądzi o niej otoczenie. Była po prostu sobą. Zawsze. Oczywiście, że zauważył, że mimo pożarów, jakby trochę...
...pojaśniała. Zupełnie tak, jakby zrzuciła z barków część ciężaru, jaki nań wcześniej nosiła. Jeszcze nie wiedział, z czym to było związane, ale dostrzegał w niej pewną zmianę.
- Pokładasz w to zatrważająco dużo wiary - stwierdził, tłumiąc parsknięcie pod nosem, jednak nie dając rady powstrzymać drgnięcia kącików ust.
No cóż. Miał się za wyjątkowo odpowiedzialnego człowieka. To było nad wyraz jasne. Szczególnie, że nie miał nawet najmniejszych oporów przed tym, aby mówić tak o sobie na głos. Naprawdę uważał się za kogoś całkiem stabilnego, nawet w tych najmniej chlubnych momentach. Nawet wtedy, gdy ktoś inny mógłby powiedzieć, że po prostu usrał się przy czymś i nie chciał odpuścić, on sam nazywał się zdecydowanym.
Przez większość czasu mówił dokładnie tak jak robił. Nie rzucał słów na wiatr. Nie groził bez pokrycia ani nie składał pustych obietnic. Być może potrafił bajerować, umiał kłamać i dosyć gładko naginać fakty. Jednakże to także robił odpowiedzialnie. Odpowiednio dla siebie i tego, co chciał tym osiągnąć.
Nigdy, przenigdy nie pomyślałby zatem, że prowadząc taki a nie inny styl życia da sobie wcisnąć żywe, zależne od niego stworzenie. Jasne, kiedyś myśleli z Geraldine o psach, które zresztą później wzięła, gdy już nie byli razem. Miał sowę, jak większość czarodziejów. Ale kota?
Koty były dla niego zupełnie poza zakresem rozważań. Może nie było tak, że ich nie lubił. Były mu po prostu całkowicie obojętne. Przez wiele lat był więc niewzruszony i oporny na urok osobisty Nory usiłującej wcisnąć mu jakiegoś biednego lokatora azylu dla puszków. Aż do tego lata.
Lilia...
...wiele zmieniła. Raczej w nieoczekiwanie pozytywnym sensie, choć zdecydowanie nadal mieli całkiem dużo do przerobienia. Czy nazwałby się zatem aż tak dobrym domem? Być może. Z pewnością dokładał starań, aby miała się dobrze, nawet jeśli momentami mogło to wyglądać dosyć śmiesznie. Tym bardziej w zestawieniu z tym, jak wyglądała jego kocia lokatorka. Ze wszystkich kotów, jakie Nora mogła mu wcisnąć, Lilia była różowa. Nie pastelowa. Całkowicie dostrzegalnie różowa. Niemal tak kolorowa i jaskrawa jak cukiernia.
I doniczka w rękach Corneliusa, na którą Ambroise patrzył z rozbawieniem przez ostatnie pół godziny, jeśli nie dłużej. To nie była jego inwencja. Nie dodawał od siebie nic w zakresie wyboru kwiatka w doniczce. To od samego początku do ostatniego momentu w kwiaciarni był pomysł jego przyjaciela. Najwyraźniej wyjątkowo udany, bowiem doniczka naprawdę dobrze wpasowała się w klimat cukierni, jak i również wywołała szczerą reakcję u nowej właścicielki rośliny.
Dobrze było widzieć, że po tym wszystkim, co stało się w Londynie i okolicach przed zaledwie kilkoma dniami, Figgówna nadal miała się co najmniej przyzwoicie. Być może oni wszyscy zachowywali się trochę inaczej niż zazwyczaj. Nie było czemu się dziwić, jednakże gdzieś tam pod skórą nadal dawali radę. Wszyscy. Włącznie z Erikiem, którego sytuacja dotknęła wyjątkowo mocno.
Ambroise nie zamierzał sam poruszać tego tematu. Nie miał w zwyczaju karmić się cudzą tragedią, wnikać w szczegóły wydarzeń, jeśli otoczenie nie chciało o nich mówić a on do niczego tego nie potrzebował. Nie był plotkarzem. Można było wiele powiedzieć na jego temat, ale z pewnością nie to.
- Raczej nikt tego nie zauważy. Dobra nasza - nieznacznie uniósł brwi, odnosząc się zatem wyłącznie do słów odnośnie ewentualnych zniszczeń na Pokątnej, gdy bimber wejdzie trochę za mocno.
Miał naprawdę mocną głowę. Co prawda nie bagatelizował wyrobów bimbrowniczych skrzatki Longbottomów. Jakżeby śmiał. Jednakże nie zamierzał tego wieczoru lądować pod stołem. Nie planował zasypiać tam do rana. W końcu zgodnie z wysłanym listem, chciał wrócić do Exmoor. Szczególnie, że rano zamierzali wybrać się na oględziny domu w Whitby a następnie ponownie do Londynu.
Nie planował nawet mieć kaca. Tym bardziej, że później czekał go piątkowy dyżur a te nawet bez obecnego zamieszania panującego w stolicy bywały wyjątkowo barwne. Wszystkie weekendy niosły ze sobą najróżniejsze medyczne doznania. Teraz zapewne nie miało być inaczej. Sytuacja w szpitalu była trudna. Z drugiej strony...
...gdzie taka nie była? Wsłuchując się w wymianę zdań między Erikiem a Corio, Ambroise krótko kiwnął głową w kierunku Nory. Oczywiście, spodziewał się jakiegoś równie mało wymagającego zadania. Przecież znał Figgównę i jej podejście do goszczenia się w nie tak skromnych (co też zauważył Lestrange) progach. Nie zamierzał protestować. Najważniejsze, że rzeczywiście mógł przysłużyć się jakimś działaniem a nie stać w miejscu jak kołek.
Niemal od razu ruszył do przygotowywania szkła, robiąc to niemal bez żadnego zawahania. Znał ułożenie rzeczy. Wiedział, co skąd brać i jak najlepiej to ustawić, aby Nora miała możliwość operowania przy tworzeniu zawartości i wlewaniu jej.
- Jasne - mruknął przy tym do dziewczyny, wymijając ją i manewrując przy przydzielonym mu zadaniu.
Uśmiechnął się przy tym leciutko, ledwie unosząc kąciki ust, po czym przeniósł wzrok na Norę i Benjy'ego, gdy Erik zapytał ich o klątwę, jaka wisiała na klubokawiarni. W gruncie rzeczy sam nie wiedział zbyt wiele na ten temat. Mógł za to jak najbardziej potwierdzić słowa Fenwicka dotyczące zaklęć i rytuałów ochronnych, które gówno zrobiły zamiast zadziałać. Odchrząknął cicho, biorąc głębszy wdech i kiwając głową z krzywym uśmiechem.
- Ogień rozniósł się nienaturalnie szybko. Pokonał nawet najmocniejsze zabezpieczenia. Całkowicie strawił miejsca, które powinny być na niego odporne. W innych pozostawił nietypowe zniszczenia - stwierdził to, co chyba już wszyscy wiedzieli, przestawiając przy tym szkla, jednakże zmierzał do czegoś, co raczej wymagało tego podsumowania. - Chyba wiemy, czyje to prezenty i co to oznacza - tyle tylko, że dyskusja na ten temat raczej niewiele zmieniała, więc na ten moment tylko ponownie nieznacznie skrzywił wargi, powracając wzrokiem do Eleonory. - Zrób takie dwa, proszę - rzucił lżejszym tonem, odnosząc się do prośby Erika o mocniejszy kolorowy drink.
Mieli się rozluźnić, tak? I na ten moment wypić co najwyżej dwa? Więc zdecydowanie musiały być nieprzeciętne.
Swego czasu był to dla niego całkowicie niezawodny sposób kontrolowania swojego wizerunku w oczach innych ludzi. Wystarczyło, że odpowiednio często rzucał im haczyk, który mogli złapać. Dzięki temu niemal nie istniały szanse na to, że zaczną węszyć gdzieś indziej, sięgać po informacje, których nie mógł kontrolować i tak dalej. W tamtym okresie rzadko kiedy słyszał na swój temat coś, o czym nie wiedział, że zostanie rozniesione.
Był czas, kiedy wręcz niemożliwie bawiło go takie bycie na językach otoczenia. Niewielkie kontrowersje, drobne zabawy, brylowanie na salonach. Obecnie? Nie czuł potrzeby robienia z siebie przedstawienia. Jasne, od czasu do czasu nadal stosował konkretne triki związane z kontrolą tego, jak go widziano. Oczywiście, pojawiał się na wydarzeniach towarzyskich, dbał o swoją pozycję, jednakże dużo bardziej cenił sobie możliwość pozostawania na szeroko pojętym uboczu.
Zdecydowanie wolał być znany z konkretnych działań w konkretnych środowiskach. Nie zaś z bycia lwem salonowym i nikim więcej. Ponownie: gdyby jednak chodziło wyłącznie o jego dobre imię, nie miałby najmniejszego problemu z tym, aby skorzystać z kluczy w celu wejścia do klubokawiarni. Robił tak wcześniej. Tyle tylko, że tu chodziło również o Norę. A Nora była zaręczona.
On zresztą też, co było dla niego...
...cóż, na tyle świeże, że myśl o tym w kontekście ewentualnych szkód na wizerunku nie przychodziła mu aż tak odruchowo. Zresztą nie sądził, aby w jego przypadku mogło to narobić tyle samo zamieszania, co w sytuacji Figgówny. Podwójne standardy mimo wszystko miały się wyjątkowo dobrze w ich środowisku. Nie dało się ukryć, że nawet w najgorszym scenariusz, Ambroise mógł pozwolić sobie na znacznie więcej niż jego przyjaciółka.
Nawet jeśli sama Nora nigdy nie przejmowała się zbytnio tym, co sądzi o niej otoczenie. Była po prostu sobą. Zawsze. Oczywiście, że zauważył, że mimo pożarów, jakby trochę...
...pojaśniała. Zupełnie tak, jakby zrzuciła z barków część ciężaru, jaki nań wcześniej nosiła. Jeszcze nie wiedział, z czym to było związane, ale dostrzegał w niej pewną zmianę.
- Pokładasz w to zatrważająco dużo wiary - stwierdził, tłumiąc parsknięcie pod nosem, jednak nie dając rady powstrzymać drgnięcia kącików ust.
No cóż. Miał się za wyjątkowo odpowiedzialnego człowieka. To było nad wyraz jasne. Szczególnie, że nie miał nawet najmniejszych oporów przed tym, aby mówić tak o sobie na głos. Naprawdę uważał się za kogoś całkiem stabilnego, nawet w tych najmniej chlubnych momentach. Nawet wtedy, gdy ktoś inny mógłby powiedzieć, że po prostu usrał się przy czymś i nie chciał odpuścić, on sam nazywał się zdecydowanym.
Przez większość czasu mówił dokładnie tak jak robił. Nie rzucał słów na wiatr. Nie groził bez pokrycia ani nie składał pustych obietnic. Być może potrafił bajerować, umiał kłamać i dosyć gładko naginać fakty. Jednakże to także robił odpowiedzialnie. Odpowiednio dla siebie i tego, co chciał tym osiągnąć.
Nigdy, przenigdy nie pomyślałby zatem, że prowadząc taki a nie inny styl życia da sobie wcisnąć żywe, zależne od niego stworzenie. Jasne, kiedyś myśleli z Geraldine o psach, które zresztą później wzięła, gdy już nie byli razem. Miał sowę, jak większość czarodziejów. Ale kota?
Koty były dla niego zupełnie poza zakresem rozważań. Może nie było tak, że ich nie lubił. Były mu po prostu całkowicie obojętne. Przez wiele lat był więc niewzruszony i oporny na urok osobisty Nory usiłującej wcisnąć mu jakiegoś biednego lokatora azylu dla puszków. Aż do tego lata.
Lilia...
...wiele zmieniła. Raczej w nieoczekiwanie pozytywnym sensie, choć zdecydowanie nadal mieli całkiem dużo do przerobienia. Czy nazwałby się zatem aż tak dobrym domem? Być może. Z pewnością dokładał starań, aby miała się dobrze, nawet jeśli momentami mogło to wyglądać dosyć śmiesznie. Tym bardziej w zestawieniu z tym, jak wyglądała jego kocia lokatorka. Ze wszystkich kotów, jakie Nora mogła mu wcisnąć, Lilia była różowa. Nie pastelowa. Całkowicie dostrzegalnie różowa. Niemal tak kolorowa i jaskrawa jak cukiernia.
I doniczka w rękach Corneliusa, na którą Ambroise patrzył z rozbawieniem przez ostatnie pół godziny, jeśli nie dłużej. To nie była jego inwencja. Nie dodawał od siebie nic w zakresie wyboru kwiatka w doniczce. To od samego początku do ostatniego momentu w kwiaciarni był pomysł jego przyjaciela. Najwyraźniej wyjątkowo udany, bowiem doniczka naprawdę dobrze wpasowała się w klimat cukierni, jak i również wywołała szczerą reakcję u nowej właścicielki rośliny.
Dobrze było widzieć, że po tym wszystkim, co stało się w Londynie i okolicach przed zaledwie kilkoma dniami, Figgówna nadal miała się co najmniej przyzwoicie. Być może oni wszyscy zachowywali się trochę inaczej niż zazwyczaj. Nie było czemu się dziwić, jednakże gdzieś tam pod skórą nadal dawali radę. Wszyscy. Włącznie z Erikiem, którego sytuacja dotknęła wyjątkowo mocno.
Ambroise nie zamierzał sam poruszać tego tematu. Nie miał w zwyczaju karmić się cudzą tragedią, wnikać w szczegóły wydarzeń, jeśli otoczenie nie chciało o nich mówić a on do niczego tego nie potrzebował. Nie był plotkarzem. Można było wiele powiedzieć na jego temat, ale z pewnością nie to.
- Raczej nikt tego nie zauważy. Dobra nasza - nieznacznie uniósł brwi, odnosząc się zatem wyłącznie do słów odnośnie ewentualnych zniszczeń na Pokątnej, gdy bimber wejdzie trochę za mocno.
Miał naprawdę mocną głowę. Co prawda nie bagatelizował wyrobów bimbrowniczych skrzatki Longbottomów. Jakżeby śmiał. Jednakże nie zamierzał tego wieczoru lądować pod stołem. Nie planował zasypiać tam do rana. W końcu zgodnie z wysłanym listem, chciał wrócić do Exmoor. Szczególnie, że rano zamierzali wybrać się na oględziny domu w Whitby a następnie ponownie do Londynu.
Nie planował nawet mieć kaca. Tym bardziej, że później czekał go piątkowy dyżur a te nawet bez obecnego zamieszania panującego w stolicy bywały wyjątkowo barwne. Wszystkie weekendy niosły ze sobą najróżniejsze medyczne doznania. Teraz zapewne nie miało być inaczej. Sytuacja w szpitalu była trudna. Z drugiej strony...
...gdzie taka nie była? Wsłuchując się w wymianę zdań między Erikiem a Corio, Ambroise krótko kiwnął głową w kierunku Nory. Oczywiście, spodziewał się jakiegoś równie mało wymagającego zadania. Przecież znał Figgównę i jej podejście do goszczenia się w nie tak skromnych (co też zauważył Lestrange) progach. Nie zamierzał protestować. Najważniejsze, że rzeczywiście mógł przysłużyć się jakimś działaniem a nie stać w miejscu jak kołek.
Niemal od razu ruszył do przygotowywania szkła, robiąc to niemal bez żadnego zawahania. Znał ułożenie rzeczy. Wiedział, co skąd brać i jak najlepiej to ustawić, aby Nora miała możliwość operowania przy tworzeniu zawartości i wlewaniu jej.
- Jasne - mruknął przy tym do dziewczyny, wymijając ją i manewrując przy przydzielonym mu zadaniu.
Uśmiechnął się przy tym leciutko, ledwie unosząc kąciki ust, po czym przeniósł wzrok na Norę i Benjy'ego, gdy Erik zapytał ich o klątwę, jaka wisiała na klubokawiarni. W gruncie rzeczy sam nie wiedział zbyt wiele na ten temat. Mógł za to jak najbardziej potwierdzić słowa Fenwicka dotyczące zaklęć i rytuałów ochronnych, które gówno zrobiły zamiast zadziałać. Odchrząknął cicho, biorąc głębszy wdech i kiwając głową z krzywym uśmiechem.
- Ogień rozniósł się nienaturalnie szybko. Pokonał nawet najmocniejsze zabezpieczenia. Całkowicie strawił miejsca, które powinny być na niego odporne. W innych pozostawił nietypowe zniszczenia - stwierdził to, co chyba już wszyscy wiedzieli, przestawiając przy tym szkla, jednakże zmierzał do czegoś, co raczej wymagało tego podsumowania. - Chyba wiemy, czyje to prezenty i co to oznacza - tyle tylko, że dyskusja na ten temat raczej niewiele zmieniała, więc na ten moment tylko ponownie nieznacznie skrzywił wargi, powracając wzrokiem do Eleonory. - Zrób takie dwa, proszę - rzucił lżejszym tonem, odnosząc się do prośby Erika o mocniejszy kolorowy drink.
Mieli się rozluźnić, tak? I na ten moment wypić co najwyżej dwa? Więc zdecydowanie musiały być nieprzeciętne.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down