11.07.2025, 09:40 ✶
Prue oparła się o moje ramię z taką naturalnością, jakby robiła to od lat, a nie od kilku godzin, nie wiedziałem, czy to ona była tak spokojna, czy to ja po prostu łapałem się tej ciszy, jak ostatniej kotwicy po tym, co się wydarzyło. Chyba trochę jedno i drugie. Milczenie między nami nie ciążyło. W sumie to nawet pasowało, bo nie miałem już ochoty niczego analizować na głos. Wszystko, co trzeba było powiedzieć padło, a reszta nie miała większego znaczenia. Nie próbowałem nawet udawać, że Romulus nie zostawił po sobie śladu. Zrobił, co zrobił. Wymusił swoją obecność, jak zwykle. Skurwysyn dostał swoją porcję dramatyzmu i obracających się za nim głów, i chociaż próbowałem to z siebie zrzucić, to jednak jego cień jeszcze gdzieś tu był, ale to prawda - dostał, czego chciał. Tylko tyle, że niekoniecznie w sposób, w jaki chciał to dostać. Uzyskał reakcję - to pewne - wszyscy mu ją dali. Może nie taką, na jaką liczył, ale wystarczającą, by wiedział, że przesadził. Mógłbym powiedzieć, że to mnie nie ruszało, ale byłbym wtedy zwyczajnym kłamcą. Ruszało - nadal miałem to w sobie. Nie tyle samo zajście, co tę jego bezczelność, pewność, iż może to zrobić, że nikt nie zareaguje, a potem wszyscy się odsuną i znów mu się upiecze, bo zawsze tak było - już za gówniarza pozwalaliśmy mu na więcej. Tym razem tak nie było i nie chodziło nawet o konsekwencje, chodziło o to, że nikt w końcu się nie cofnął, nie dał mu pożywki. A teraz? Teraz mogłem przynajmniej uznać, że temat jest zamknięty, przynajmniej chwilowo. Bletchley miała rację - nie warto było tego ciągnąć, nie tutaj, nie teraz, nie razem.
Przez chwilę było mi wszystko jedno - czy kiedykolwiek jeszcze spotkam Romulusa na swojej drodze, ale potem przypomniałem sobie, ile energii kosztowało mnie trzymanie siebie w ryzach, i jak niewiele brakowało, żebym dzisiaj się po prostu złamał. Całe szczęście - nie zrobiłem tego. Potter dostał swoje pięć minut, odegrał rolę, zszedł ze sceny. Pozostało tylko otrzepać się z resztek popiołu po jego obecności, przełknąć niesmak, przypomnieć sobie, po co w ogóle tu byliśmy. Za długo pozwalałem mu wchodzić na moją scenę, za często oddawałem mu światło, na które nie zasługiwał. Zrobił swoje, rozwalił, co miał rozwalić, i zniknął. Może i z konsekwencjami, ale na pewno nie z moim poczuciem satysfakcji - to nie był ten rodzaj rozliczenia. Raczej ten, przy którym zostawało się ze ściśniętym gardłem, a potem uczyło się z tym funkcjonować. Na ogół samotnie, ale teraz… Teraz nie byłem sam, i nie musiałem być. Nie warto było fiksować się na nim dłużej. Nie warto było robić mu miejsca w głowie. Został odesłany - dosłownie i symbolicznie. Zasłużył na to, by już o nim nie mówić, więc tak zrobiłem.
Nabrałem do tego dystansu - może nie całkiem, jeszcze nie, ale na tyle, żeby nie krzywić się już za każdym razem, kiedy w głowie zaczynała mi się odtwarzać ta sytuacja. Wciąż nie rozumiałem, po co to zrobił, ale przestałem potrzebować wyjaśnień. Potrzebowałem spokoju - oboje tego potrzebowaliśmy. Prue lekko oparła się o moje ramię i pozwoliła sobie trwać w tym bez napięcia, bez tego sztucznego dystansu, który zazwyczaj dzieli obcych ludzi w jednym miejscu. Zresztą... Nie była obca. Może niewiele o niej wiedziałem, ale nie była obca. Z każdą minutą czułem to mocniej.
Nie należałem do szczególnie łagodnych typów. Zwykle, kiedy ktoś się potykał, patrzyłem, czy jeszcze oddycha i zostawiałem go, żeby się sam pozbierał. Nie byłem, co prawda, też z tych, którzy wycofują się, kiedy ktoś potrzebuje ciepła, nawet jeśli sam nie do końca wiedział, jak z nim postępować. Po prostu zawsze trzymałem dystans, ale nie dlatego, że lubiłem samotność, tylko nauczyłem się, że tak jest łatwiej, bezpieczniej - mniej komplikacji, mniej zmartwień, mniej miejsc, w które można uderzyć. Ale teraz? Nie odsunąłem się, nie działałem tak przy niej. Nie przy tym, co właśnie przechodziła. Co oboje przechodziliśmy. Nie przy tym, co od niej czułem - tym delikatnym niepokoju zmieszanym z cichym uporem i próbą odnalezienia się w nowym układzie. Nie znałem jej dobrze, ale znałem wystarczająco, by rozpoznać, że dla niej ten krok - to, że tu była, otworzyła się, coś między nami w ogóle się wydarzyło - był większy, niż mogłoby się wydawać.
- No, okej, nie maltw szię, nie zniknę w szadnym zbiolniku wodnym, nawet jeśli byłoby to pięknie litelaskie. Wiem, sze byłoby ci głupio, jakbyś musiała tłumaczyś potem, sze to nie ty mnie tam wcisnęłaś. Poza tym, nie lubię tego lodzaju sławy. - Rzuciłem, wracając do wcześniejszej myśli, o tych wszystkich tragicznych historiach. - Nie klęsi mnie bycie poetyckim tlupem. Wolę byś szywym, ponulym dlaniem, któlego mosna jeszcze usadziś i zmusiś do wysłuchania monologu o zasoleniu jeziol. - Zerknąłem na nią kątem oka. - W tym akulat na pewno jesteś bezkonkulensyjna.
To był żart, ledwo dostrzegalny, ale zrobiłem go świadomie. Chciałem, żeby poczuła, że mimo wszystko mamy się jeszcze z czego śmiać - nie byliśmy całkiem rozwaleni, nie trzymaliśmy się tu kurczowo, jak rozbitkowie, w jakiejś przypadkowej konfiguracji - tylko, że naprawdę chciałem z nią być, choćby przez chwilę. Z nią - nie z Romulusem, który krzyczał o morderstwach, po czym sam był największym psycholem w towarzystwie. Zamilkłem na chwilę, pozwalając sobie po prostu siedzieć, pogrążyć się w tym, co było najważniejsze. W spokoju - dziwne uczucie - tym prawdziwym. Nie taki wyuczonym, wykalkulowanym, kiedy człowiek wiedział, że ma sekundę oddechu między jedną robotą a drugą, tylko takim, który pojawiał się… No, właśnie, kiedy? Może nigdy. Może raz na wiele lat. Wyciszała mnie - nie dało się tego ukryć - nie musiała nawet nic robić, po prostu… Była. Nie znałem jej dobrze, ale nie musiałem. Nie znałem szczegółów - nie wiedziałem, jaki ma stosunek do śniadań, czy gubi klucze, czy mówi do siebie, gdy zostaje sama w pokoju. Nie znałem tych drobnych rzeczy, które czynią człowieka znajomym, tak naprawdę, ala razie wystarczało mi to, co wiedziałem.
Szczególnie, że… No, właśnie. W ostatnim czasie widziałem, jak świat potrafił się rozpaść w ułamku sekundy. Widziałem, jak coś, co jeszcze rano wydawało się stabilne, wieczorem zamieniało się w popiół. Ostatnie dni były wystarczająco głośnym przypomnieniem. Można było zginąć z powodu nie swojej decyzji - albo przez czyjąś paranoję, albo po prostu dlatego, że się było w złym miejscu w złym czasie. Nie był to zresztą problem tylko naszych czasów, chociaż lata siedemdziesiąte od początku miały w sobie coś niedorzecznego. Były barwne, głośne, dzikie, a jednocześnie podszyte jakimś niepokojem. Nie było w tym wiele przewidywalności.
- Powiedz mi jedno... - Odezwałem się po chwili, lżejszym tonem, chociaż nie bez ukrytego sensu. - Kiedy tak naplawdę ostatni las byłaś na plawdziwym ulopie? - Odwróciłem się znów ku niej, tym razem wyraźniej, z uniesionymi brwiami, jakby pytanie było zupełnie niewinne, a przecież dobrze wiedziałem, że nie było - było prowokacyjne. - Nie mówię o wyjeśdzie słuszbowym, zamaskowanym jako weekend nad jeziolem, gdzie i tak siedzis s aktami na kolanach. Nie o odwiedzinach u ciotki w Kolnwalii, po któlych wlacas jeszcze balsiej spięta nisz wcześniej. Mówię o czymś plawdziwym, bezuszytecznym spędzaniu dni, zlobionym tylko dlatego, sze moszesz. - Uśmiechnąłem się kątem ust. - Mosze i nic s tego nie będzie. - Powiedziałem spokojnie. - Ale jak jusz sobie o tym myślisz, o tej Joldanii, Amelyce Łacińskiej czy innych szyciach… To biesz mnie pod uwagę, co? - Wzruszyłem ramieniem. - Mosze nie znam szię na jeziolach, nie zapamiętuję wsystkiego, co pszeczytam, ale... Umiem nosiś tolby, zapewniaś bespieczeństwo dwadzieścia cztely na siedem, i nieśle gotuję, jak tszeba. Chyba jednak poczekam, asz kiedyś zmienisz zdanie.
Nie czułem potrzeby, żeby silić się na jakąś emocjonalną przemowę. To, co mówiliśmy, było lekkie, czasem ironiczne, ale pod spodem wybijało się coś poważniejszego - jakaś wspólna zgoda, że nie trzeba wszystkiego rozkładać na czynniki pierwsze, żeby wiedzieć, iż to ma sens, przynajmniej chwilowo.
- Kaszdy coś ma... - Powtórzyłem po niej. - Mosze to i choloba, jak mówisz, ale... Potlafisz nad tym panowaś, wykoszystujesz to, swój potencjał, a to więcej, nisz niektószy lobią ze swoimi zdlowymi, pszeciętnymi mózgami.
Zamilkłem na chwilę, dając jej przestrzeń, żeby się odnieść albo nie - jak chciała, nie wszystko wymagało odpowiedzi, ale kiedy padło: „Może pojutrze?”, skinąłem głową bez wahania.
- Jasne. Pojutsze. Pasuje.
Nie musiałem się nad tym zastanawiać - jeśli miała być w Londynie, ja też mogłem, proste. Nie od razu spojrzałem na nią, patrzyłem przed siebie, w dal, gdzieś ponad horyzont. Było spokojnie... Tak cholernie spokojnie, że aż trudno było uwierzyć, że zaledwie parę minut wcześniej miałem ochotę kogoś rozerwać na strzępy. Mógłbym się teraz oszukiwać, że jestem już po wszystkim, że mi przeszło, ale to byłaby bujda. Gniew nie znika ot tak, nawet jeśli udało mi się go chwilowo uciszyć.
- Wiem, gdzie mieszkasz. - Potwierdziłem, tym razem już bardziej miękko. - I nie zapomniałem. Poczekam tam na ciebie, chyba sze zmienisz zdanie, wtedy zmienimy układ. - Rzuciłem cicho. - Londyn nad lanem mosze byś niepszyjasny, mogę podejść po ciebie kawałek, jeśli okasze szię, sze sytuacja jeszt niestabilna. Byle nie pod Ministelstwo. - Dodałem z przekąsem. - Bo to akulat miejsce, gdzie selio wolałbym szię nie pokazywaś, i to nie tylko pszes moje ulocze kontakty. Nie jestem asz tak bestloski, jak wyglądam. - Mówiąc to, nachyliłem się ku niej jeszcze bardziej, chociaż lekko. Nie oderwała się, nie cofnęła przez całą rozmowę, nie zrobiła nic, co świadczyłoby o niechęci, więc pozwoliłem sobie na ten jeden gest. Jeden, prosty, niewinny, ale cholernie dla mnie znaczący.
- No. - Westchnąłem w końcu, nieco rozluźniony - Skolo ktoś miał zauwaszyś, sze coś szię zmieniło, to mosze lepiej właśnie dzisiaj. Mosze to i lepiej, pszynajmniej nie musimy szię zachowywaś jak dzieci. - Uśmiechnąłem się lekko, nieco z przekąsem. - W końcu nie jesteśmy nastolatkami, moszemy szię jakoś dogadaś. - Wzruszyłem ramionami. - W lasie czego moszesz wklęcaś leszcie, sze nie masz pojęsia, kim jestem. - Kącik ust lekko mi drgnął. - I tylko dlatego ze mną losmawiasz. Wiesz, szeby zobaczyś, kto pielszy szię złamie i zacznie cię uświadamiaś. - Spojrzałem na nią kątem oka, porozumiewawczo, uśmiechnąłem się nieznacznie, bo naprawdę było mi wszystko jedno, czy ktoś coś sobie pomyśli. Byle nie próbował się wtrącać. Nachyliłem się lekko, nie zmieniając pozycji, pozwalając jej dalej opierać się o moje ramię. Palcami odgarnąłem jej włosy za ucho - powoli, ostrożnie, z pewnym zawahaniem, którego sam bym u siebie nie podejrzewał jeszcze kilka tygodni temu - musnąłem przy tym policzek Prudence, tylko przez moment, opuszkami palców. Ciepła skóra, cichy oddech... To była całkiem miła odmiana od zdenerwowania i chłodu nadmorskiego wieczoru. Popatrzyłem na nią uważnie, bez pośpiechu, wyginając usta w uśmiechu.
- Elias... - Zawahałem się, ale tylko na sekundę. - Nie mam pojęcia, co zlobi, jak szię zolientuje. Mosliwe, sze utnie mi łeb. Mosliwe, sze tylko popatszy i stwieldzi, sze jestem idiotą. - Wzruszyłem ramieniem, ale ostrożnie, żeby jej nie przesunąć. - Tak czy siak, nawet jeśli Elias s tego powodu postanowi mi uciąś łeb… - Zawiesiłem głos, unosząc lekko brwi. - To powiem ci jedno - walto było. - Spojrzałem w bok, na jej profil, nadal będąc trochę pochylonym. Wyciągnąłem dłoń i odgarnąłem kolejne niesforne pasmo jej włosów znad skroni. Cicho, powoli, jak gdyby to miało mieć większe znaczenie, niż miało w rzeczywistości, i może miało, kurwa, bo nie robiłem takich rzeczy przypadkowo. Delikatnie przesunąłem palcami po jej policzku - już drugi raz, tym razem wolniej. Ciepła skóra. Żywa, obecna. Realna - w przeciwieństwie do niedawnych doznań.
Nie miałem pojęcia, jak mój przyjaciel na to zareaguje, i szczerze? Nie przejmowałem się tym teraz. Miałem swoje powody, żeby w końcu przestać trzymać się w cieniu, i chociaż zwykle wolałem zostawić ludzi z boku, nie pakować się w nic, co pachnie bliskością, to w tym wypadku zrobiłem wyjątek. Nie żałowałem.
- Wiesz, nie musisz mi tłumaczyś, czemu wolisz mieś kontlolę. - Gdy odezwałem się po chwili, głos miałem niższy, matowy. Wróciłem do jej słów sprzed chwili. Ciężar rozmowy powoli się rozmywał, lecz nadal był obecny. - Jasne, sze to twoje, znam to, mieś własne leguły, swój lytm... I wkulwiaś szię, kiedy coś wywlaca to wszystko do góly nogami, ale czasem… - Przerwałem, odetchnąłem wolno. - Ale czasem dobsze ją odpuściś. Wiesz... Żeby szię przekonaś, sze świat szię nie zawali. - Brzmiało to sucho, niemal obojętnie, ale dobrze wiedziałem, ile mnie kosztowało, żeby utrzymać ten ton, nie skrzywić się, nie odwrócić spojrzenia, nie przypomnieć sobie zbyt dokładnie tego, co się działo. Uderzenie różdżki w skórę. Zaskoczenie. Głos w głowie, który rozrywał mi myśli jeszcze przez kilkanaście minut po fakcie. Bletchley się w to nie mieszała, to nie była jej wojna, a oberwało się jej i tak. To chyba bolało mnie najbardziej. Ten moment, gdy stała pośrodku całego zamieszania, kompletnie niepotrzebnie, jakby była tylko rekwizytem w cudzym dramacie, a przecież wystarczyło, że była, gdy proszono ją o pomoc. Nie powinna musieć nic robić, żeby zasłużyć na spokój. Zacisnąłem lekko szczękę, nie z gniewu - to już przeszło - ale raczej ze zmęczenia. Byłem zmęczony ludźmi, którzy nie potrafili wytrzymać z samymi sobą i wciągali w to innych.
Spojrzałem przed siebie, w mrok, który otulał nas coraz głębiej. Z każdą minutą było ciszej. Czułem, jak napięcie, które od ogniska tkwiło mi między łopatkami, w końcu trochę się rozluźnia. Przez chwilę milczałem - nie dlatego, że nie miałem nic do powiedzenia, ale dlatego, że naprawdę musiałem przemyśleć to, o czym rozmawialiśmy. Spojrzałem na nią kątem oka - w taki sposób, który pozwalał mi ją obserwować, nie wchodząc zbyt nachalnie w jej przestrzeń, chociaż siedzieliśmy objęci. Nie wyglądała na kogoś, kto potrzebował ratunku. Raczej na kogoś, kto wie, jak się ratować sam, tylko czasem ma już dość. Być może to właśnie mnie w niej przyciągało - to, że nie udawała innej, niż była. Ani silniejszej, ani słabszej. Miała swoje miejsce, własne tempo i powody. Miała rację... Cholernie często miała rację, co było jednocześnie pociągające i trochę irytujące, bo przecież nie lubiłem, kiedy ktoś potrafił tak łatwo trafiać w sedno spraw, o których sam wolałem nie myśleć zbyt dokładnie, ale to, że miała rację, nie oznaczało jeszcze, że wszystko było takie czarno-białe... Bo nie było...
Przez chwilę było mi wszystko jedno - czy kiedykolwiek jeszcze spotkam Romulusa na swojej drodze, ale potem przypomniałem sobie, ile energii kosztowało mnie trzymanie siebie w ryzach, i jak niewiele brakowało, żebym dzisiaj się po prostu złamał. Całe szczęście - nie zrobiłem tego. Potter dostał swoje pięć minut, odegrał rolę, zszedł ze sceny. Pozostało tylko otrzepać się z resztek popiołu po jego obecności, przełknąć niesmak, przypomnieć sobie, po co w ogóle tu byliśmy. Za długo pozwalałem mu wchodzić na moją scenę, za często oddawałem mu światło, na które nie zasługiwał. Zrobił swoje, rozwalił, co miał rozwalić, i zniknął. Może i z konsekwencjami, ale na pewno nie z moim poczuciem satysfakcji - to nie był ten rodzaj rozliczenia. Raczej ten, przy którym zostawało się ze ściśniętym gardłem, a potem uczyło się z tym funkcjonować. Na ogół samotnie, ale teraz… Teraz nie byłem sam, i nie musiałem być. Nie warto było fiksować się na nim dłużej. Nie warto było robić mu miejsca w głowie. Został odesłany - dosłownie i symbolicznie. Zasłużył na to, by już o nim nie mówić, więc tak zrobiłem.
Nabrałem do tego dystansu - może nie całkiem, jeszcze nie, ale na tyle, żeby nie krzywić się już za każdym razem, kiedy w głowie zaczynała mi się odtwarzać ta sytuacja. Wciąż nie rozumiałem, po co to zrobił, ale przestałem potrzebować wyjaśnień. Potrzebowałem spokoju - oboje tego potrzebowaliśmy. Prue lekko oparła się o moje ramię i pozwoliła sobie trwać w tym bez napięcia, bez tego sztucznego dystansu, który zazwyczaj dzieli obcych ludzi w jednym miejscu. Zresztą... Nie była obca. Może niewiele o niej wiedziałem, ale nie była obca. Z każdą minutą czułem to mocniej.
Nie należałem do szczególnie łagodnych typów. Zwykle, kiedy ktoś się potykał, patrzyłem, czy jeszcze oddycha i zostawiałem go, żeby się sam pozbierał. Nie byłem, co prawda, też z tych, którzy wycofują się, kiedy ktoś potrzebuje ciepła, nawet jeśli sam nie do końca wiedział, jak z nim postępować. Po prostu zawsze trzymałem dystans, ale nie dlatego, że lubiłem samotność, tylko nauczyłem się, że tak jest łatwiej, bezpieczniej - mniej komplikacji, mniej zmartwień, mniej miejsc, w które można uderzyć. Ale teraz? Nie odsunąłem się, nie działałem tak przy niej. Nie przy tym, co właśnie przechodziła. Co oboje przechodziliśmy. Nie przy tym, co od niej czułem - tym delikatnym niepokoju zmieszanym z cichym uporem i próbą odnalezienia się w nowym układzie. Nie znałem jej dobrze, ale znałem wystarczająco, by rozpoznać, że dla niej ten krok - to, że tu była, otworzyła się, coś między nami w ogóle się wydarzyło - był większy, niż mogłoby się wydawać.
- No, okej, nie maltw szię, nie zniknę w szadnym zbiolniku wodnym, nawet jeśli byłoby to pięknie litelaskie. Wiem, sze byłoby ci głupio, jakbyś musiała tłumaczyś potem, sze to nie ty mnie tam wcisnęłaś. Poza tym, nie lubię tego lodzaju sławy. - Rzuciłem, wracając do wcześniejszej myśli, o tych wszystkich tragicznych historiach. - Nie klęsi mnie bycie poetyckim tlupem. Wolę byś szywym, ponulym dlaniem, któlego mosna jeszcze usadziś i zmusiś do wysłuchania monologu o zasoleniu jeziol. - Zerknąłem na nią kątem oka. - W tym akulat na pewno jesteś bezkonkulensyjna.
To był żart, ledwo dostrzegalny, ale zrobiłem go świadomie. Chciałem, żeby poczuła, że mimo wszystko mamy się jeszcze z czego śmiać - nie byliśmy całkiem rozwaleni, nie trzymaliśmy się tu kurczowo, jak rozbitkowie, w jakiejś przypadkowej konfiguracji - tylko, że naprawdę chciałem z nią być, choćby przez chwilę. Z nią - nie z Romulusem, który krzyczał o morderstwach, po czym sam był największym psycholem w towarzystwie. Zamilkłem na chwilę, pozwalając sobie po prostu siedzieć, pogrążyć się w tym, co było najważniejsze. W spokoju - dziwne uczucie - tym prawdziwym. Nie taki wyuczonym, wykalkulowanym, kiedy człowiek wiedział, że ma sekundę oddechu między jedną robotą a drugą, tylko takim, który pojawiał się… No, właśnie, kiedy? Może nigdy. Może raz na wiele lat. Wyciszała mnie - nie dało się tego ukryć - nie musiała nawet nic robić, po prostu… Była. Nie znałem jej dobrze, ale nie musiałem. Nie znałem szczegółów - nie wiedziałem, jaki ma stosunek do śniadań, czy gubi klucze, czy mówi do siebie, gdy zostaje sama w pokoju. Nie znałem tych drobnych rzeczy, które czynią człowieka znajomym, tak naprawdę, ala razie wystarczało mi to, co wiedziałem.
Szczególnie, że… No, właśnie. W ostatnim czasie widziałem, jak świat potrafił się rozpaść w ułamku sekundy. Widziałem, jak coś, co jeszcze rano wydawało się stabilne, wieczorem zamieniało się w popiół. Ostatnie dni były wystarczająco głośnym przypomnieniem. Można było zginąć z powodu nie swojej decyzji - albo przez czyjąś paranoję, albo po prostu dlatego, że się było w złym miejscu w złym czasie. Nie był to zresztą problem tylko naszych czasów, chociaż lata siedemdziesiąte od początku miały w sobie coś niedorzecznego. Były barwne, głośne, dzikie, a jednocześnie podszyte jakimś niepokojem. Nie było w tym wiele przewidywalności.
- Powiedz mi jedno... - Odezwałem się po chwili, lżejszym tonem, chociaż nie bez ukrytego sensu. - Kiedy tak naplawdę ostatni las byłaś na plawdziwym ulopie? - Odwróciłem się znów ku niej, tym razem wyraźniej, z uniesionymi brwiami, jakby pytanie było zupełnie niewinne, a przecież dobrze wiedziałem, że nie było - było prowokacyjne. - Nie mówię o wyjeśdzie słuszbowym, zamaskowanym jako weekend nad jeziolem, gdzie i tak siedzis s aktami na kolanach. Nie o odwiedzinach u ciotki w Kolnwalii, po któlych wlacas jeszcze balsiej spięta nisz wcześniej. Mówię o czymś plawdziwym, bezuszytecznym spędzaniu dni, zlobionym tylko dlatego, sze moszesz. - Uśmiechnąłem się kątem ust. - Mosze i nic s tego nie będzie. - Powiedziałem spokojnie. - Ale jak jusz sobie o tym myślisz, o tej Joldanii, Amelyce Łacińskiej czy innych szyciach… To biesz mnie pod uwagę, co? - Wzruszyłem ramieniem. - Mosze nie znam szię na jeziolach, nie zapamiętuję wsystkiego, co pszeczytam, ale... Umiem nosiś tolby, zapewniaś bespieczeństwo dwadzieścia cztely na siedem, i nieśle gotuję, jak tszeba. Chyba jednak poczekam, asz kiedyś zmienisz zdanie.
Nie czułem potrzeby, żeby silić się na jakąś emocjonalną przemowę. To, co mówiliśmy, było lekkie, czasem ironiczne, ale pod spodem wybijało się coś poważniejszego - jakaś wspólna zgoda, że nie trzeba wszystkiego rozkładać na czynniki pierwsze, żeby wiedzieć, iż to ma sens, przynajmniej chwilowo.
- Kaszdy coś ma... - Powtórzyłem po niej. - Mosze to i choloba, jak mówisz, ale... Potlafisz nad tym panowaś, wykoszystujesz to, swój potencjał, a to więcej, nisz niektószy lobią ze swoimi zdlowymi, pszeciętnymi mózgami.
Zamilkłem na chwilę, dając jej przestrzeń, żeby się odnieść albo nie - jak chciała, nie wszystko wymagało odpowiedzi, ale kiedy padło: „Może pojutrze?”, skinąłem głową bez wahania.
- Jasne. Pojutsze. Pasuje.
Nie musiałem się nad tym zastanawiać - jeśli miała być w Londynie, ja też mogłem, proste. Nie od razu spojrzałem na nią, patrzyłem przed siebie, w dal, gdzieś ponad horyzont. Było spokojnie... Tak cholernie spokojnie, że aż trudno było uwierzyć, że zaledwie parę minut wcześniej miałem ochotę kogoś rozerwać na strzępy. Mógłbym się teraz oszukiwać, że jestem już po wszystkim, że mi przeszło, ale to byłaby bujda. Gniew nie znika ot tak, nawet jeśli udało mi się go chwilowo uciszyć.
- Wiem, gdzie mieszkasz. - Potwierdziłem, tym razem już bardziej miękko. - I nie zapomniałem. Poczekam tam na ciebie, chyba sze zmienisz zdanie, wtedy zmienimy układ. - Rzuciłem cicho. - Londyn nad lanem mosze byś niepszyjasny, mogę podejść po ciebie kawałek, jeśli okasze szię, sze sytuacja jeszt niestabilna. Byle nie pod Ministelstwo. - Dodałem z przekąsem. - Bo to akulat miejsce, gdzie selio wolałbym szię nie pokazywaś, i to nie tylko pszes moje ulocze kontakty. Nie jestem asz tak bestloski, jak wyglądam. - Mówiąc to, nachyliłem się ku niej jeszcze bardziej, chociaż lekko. Nie oderwała się, nie cofnęła przez całą rozmowę, nie zrobiła nic, co świadczyłoby o niechęci, więc pozwoliłem sobie na ten jeden gest. Jeden, prosty, niewinny, ale cholernie dla mnie znaczący.
- No. - Westchnąłem w końcu, nieco rozluźniony - Skolo ktoś miał zauwaszyś, sze coś szię zmieniło, to mosze lepiej właśnie dzisiaj. Mosze to i lepiej, pszynajmniej nie musimy szię zachowywaś jak dzieci. - Uśmiechnąłem się lekko, nieco z przekąsem. - W końcu nie jesteśmy nastolatkami, moszemy szię jakoś dogadaś. - Wzruszyłem ramionami. - W lasie czego moszesz wklęcaś leszcie, sze nie masz pojęsia, kim jestem. - Kącik ust lekko mi drgnął. - I tylko dlatego ze mną losmawiasz. Wiesz, szeby zobaczyś, kto pielszy szię złamie i zacznie cię uświadamiaś. - Spojrzałem na nią kątem oka, porozumiewawczo, uśmiechnąłem się nieznacznie, bo naprawdę było mi wszystko jedno, czy ktoś coś sobie pomyśli. Byle nie próbował się wtrącać. Nachyliłem się lekko, nie zmieniając pozycji, pozwalając jej dalej opierać się o moje ramię. Palcami odgarnąłem jej włosy za ucho - powoli, ostrożnie, z pewnym zawahaniem, którego sam bym u siebie nie podejrzewał jeszcze kilka tygodni temu - musnąłem przy tym policzek Prudence, tylko przez moment, opuszkami palców. Ciepła skóra, cichy oddech... To była całkiem miła odmiana od zdenerwowania i chłodu nadmorskiego wieczoru. Popatrzyłem na nią uważnie, bez pośpiechu, wyginając usta w uśmiechu.
- Elias... - Zawahałem się, ale tylko na sekundę. - Nie mam pojęcia, co zlobi, jak szię zolientuje. Mosliwe, sze utnie mi łeb. Mosliwe, sze tylko popatszy i stwieldzi, sze jestem idiotą. - Wzruszyłem ramieniem, ale ostrożnie, żeby jej nie przesunąć. - Tak czy siak, nawet jeśli Elias s tego powodu postanowi mi uciąś łeb… - Zawiesiłem głos, unosząc lekko brwi. - To powiem ci jedno - walto było. - Spojrzałem w bok, na jej profil, nadal będąc trochę pochylonym. Wyciągnąłem dłoń i odgarnąłem kolejne niesforne pasmo jej włosów znad skroni. Cicho, powoli, jak gdyby to miało mieć większe znaczenie, niż miało w rzeczywistości, i może miało, kurwa, bo nie robiłem takich rzeczy przypadkowo. Delikatnie przesunąłem palcami po jej policzku - już drugi raz, tym razem wolniej. Ciepła skóra. Żywa, obecna. Realna - w przeciwieństwie do niedawnych doznań.
Nie miałem pojęcia, jak mój przyjaciel na to zareaguje, i szczerze? Nie przejmowałem się tym teraz. Miałem swoje powody, żeby w końcu przestać trzymać się w cieniu, i chociaż zwykle wolałem zostawić ludzi z boku, nie pakować się w nic, co pachnie bliskością, to w tym wypadku zrobiłem wyjątek. Nie żałowałem.
- Wiesz, nie musisz mi tłumaczyś, czemu wolisz mieś kontlolę. - Gdy odezwałem się po chwili, głos miałem niższy, matowy. Wróciłem do jej słów sprzed chwili. Ciężar rozmowy powoli się rozmywał, lecz nadal był obecny. - Jasne, sze to twoje, znam to, mieś własne leguły, swój lytm... I wkulwiaś szię, kiedy coś wywlaca to wszystko do góly nogami, ale czasem… - Przerwałem, odetchnąłem wolno. - Ale czasem dobsze ją odpuściś. Wiesz... Żeby szię przekonaś, sze świat szię nie zawali. - Brzmiało to sucho, niemal obojętnie, ale dobrze wiedziałem, ile mnie kosztowało, żeby utrzymać ten ton, nie skrzywić się, nie odwrócić spojrzenia, nie przypomnieć sobie zbyt dokładnie tego, co się działo. Uderzenie różdżki w skórę. Zaskoczenie. Głos w głowie, który rozrywał mi myśli jeszcze przez kilkanaście minut po fakcie. Bletchley się w to nie mieszała, to nie była jej wojna, a oberwało się jej i tak. To chyba bolało mnie najbardziej. Ten moment, gdy stała pośrodku całego zamieszania, kompletnie niepotrzebnie, jakby była tylko rekwizytem w cudzym dramacie, a przecież wystarczyło, że była, gdy proszono ją o pomoc. Nie powinna musieć nic robić, żeby zasłużyć na spokój. Zacisnąłem lekko szczękę, nie z gniewu - to już przeszło - ale raczej ze zmęczenia. Byłem zmęczony ludźmi, którzy nie potrafili wytrzymać z samymi sobą i wciągali w to innych.
Spojrzałem przed siebie, w mrok, który otulał nas coraz głębiej. Z każdą minutą było ciszej. Czułem, jak napięcie, które od ogniska tkwiło mi między łopatkami, w końcu trochę się rozluźnia. Przez chwilę milczałem - nie dlatego, że nie miałem nic do powiedzenia, ale dlatego, że naprawdę musiałem przemyśleć to, o czym rozmawialiśmy. Spojrzałem na nią kątem oka - w taki sposób, który pozwalał mi ją obserwować, nie wchodząc zbyt nachalnie w jej przestrzeń, chociaż siedzieliśmy objęci. Nie wyglądała na kogoś, kto potrzebował ratunku. Raczej na kogoś, kto wie, jak się ratować sam, tylko czasem ma już dość. Być może to właśnie mnie w niej przyciągało - to, że nie udawała innej, niż była. Ani silniejszej, ani słabszej. Miała swoje miejsce, własne tempo i powody. Miała rację... Cholernie często miała rację, co było jednocześnie pociągające i trochę irytujące, bo przecież nie lubiłem, kiedy ktoś potrafił tak łatwo trafiać w sedno spraw, o których sam wolałem nie myśleć zbyt dokładnie, ale to, że miała rację, nie oznaczało jeszcze, że wszystko było takie czarno-białe... Bo nie było...
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)