11.07.2025, 15:31 ✶
Być może tak by było, w pierwszym, drugim roku ich rozwijającej się bujnie znajomości. Być może jeszcze rok temu, jeszcze pół...
Ale Anthony nawet gdy nie widzieli się przechodził własną drogę, własny łuk niezaspokojonych pulsujących bólem potrzeb, które owijały się wokół niego ciasnym kokonem jedwabnej pościeli, w bezsenne samotne noce, w dusznych godzinach próby kiedy samotność z wyboru stawała się osamotnieniem trudnym do zniesienia. Pełzająca szarość i mielizna własnego życia, wyniszczająca rutyna zadufanego bożka, który nie chciał już poklasku, choć wciąż nie potrafił bez niego żyć...
Był zmęczony. Był smutny. Był samotny.
A teraz był z nią, pod ścianą, brudząc swoje ubrania, choć tak nienawidził brudu. Siedział przy niej i głaskał ją tak jak sam chciałby być głaskany, opiekował się tak jak sam chciałby być zaopiekowany. Byli ludzie w jego otoczeniu, którzy dawali mu to ciepło. Quintessa niestrudzenie znosiła jego dąsy, spotkanie za spotkaniem wysłuchując nabrzmiałych rozpaczą utyskiwań. Jonathan w swej wyrozumiałości znajdował - bogini wie jak - czas po nadgodzinach w biurze, aby nie dać się Anthony'emu porwać wpisanej w jego życie melancholii. Choć może chodziło o terminarz, chodziło o konferencję, chodziło o pracę? Shafiq chciał myśleć, że było inaczej, ostre słowa przyjaciela sprowadzające go do parteru jeszcze nie padły, jeszcze tydzień dzielił ich od konfrontacji, która miała zmienić tak wiele. Shafiq zawsze uważał, że surowość kształtuje charakter najlepiej. Dystans. Emocjonalny chłód, którego energia ujawniana jest tylko w kontakcie ze sztuką. Jak teraz, gdy jedno spojrzenie na obraz starczyło Lorraine, aby pozwoliła tej energii nie dźgać jądra istnienia, a wypłynąć na zewnątrz.
Więc siedział pod ścianą i głaskał jej jasne włosy, więc nucił cicho, a potem przestał by mogła wypowiedzieć swoje żądania. Swoją prośbę. Swoją cenę. To głupie. Od samego początku nie było to spotkanie biznesowe, Anthony tęsknił za inteligentną dziewczyną, za rozmówczynią sprawnie operującą słowem i intertekstualnością w słowie zaszytą, za jej emocjonalnością i duchowością, które zawsze odnajdywały drogę, choćby najtwardszą z porcelanowych masek Lorraine próbowała przykleić sobie do twarzy. Widział w niej odbicie siebie, ale też zazdrościł jej w pewien sposób niezależności, nieświadom zupełnie ceny, której nigdy przed nim nie odsłoniła. Czy z resztą cokolwiek ów informacja by zmieniła? Czy myślałby o niej inaczej? A może w oczach pojawiłaby się litość, której nigdy nie chciała w nich zobaczyć.
Siedział i uśmiechał się lekko, choć nieco niepewnie w swej reakcji, gdy powiedziała, że to Baldwin podpisał krwią jakiś... cyrograf być może. Śmieszne, potem dziwne nieco w gorzkim epilogu spotkanie, nieporozumienie, które pęczniało znaczeniami za każdym razem gdy wracał do niego myślami, teraz nagle od profanum, od bonusu do pracy za którą i tak nie miał jak zapłacić, przeszło do sacrum pod którym Lorraine opłukiwała łzami jego dłonie. Dobrze, że powiedziała, dobrze że zabroniła mu tykać tej Wenus, bo sam pewnie w gniewie za płacz bliskiej mu kobiety kazałby ją zburzyć. Tymczasem teraz kubistyczna boginii, prześmiewczo, szelmowsko, irracjonalnie, intencjonalnie - nabierała nowego znaczenia: była niczym biały namiot nad ich spotkaniem.
– Będzie jak sobie tego życzysz – wyszeptał cicho, nie przestając przeczesywać długimi palcami jedwabiu jej włosów, materiału z którego kokon był ciasny, bezpieczny w swojej duchocie, w bezruchu w przyzwoleniu na bezsilność. A potem śpiewał dalej tę samą pieśń, choć tym razem po angielsku, w przekładzie niezbyt dokładnym, ale wystarczającym dla nich...
– Moon, high and deep in the sky
Your light sees far,
You travel around the wide world,
and see into people's homes.
Moon, stand still a while
and tell me where is my dear.
Tell him, silvery moon,
that I am embracing her.
For at least momentarily
let him recall of dreaming of me.
Illuminate him far away,
and tell him, tell him who is waiting for him!
If his human soul is, in fact, dreaming of me,
may the memory awaken him!
Moonlight, don't disappear, disappear!
Ale Anthony nawet gdy nie widzieli się przechodził własną drogę, własny łuk niezaspokojonych pulsujących bólem potrzeb, które owijały się wokół niego ciasnym kokonem jedwabnej pościeli, w bezsenne samotne noce, w dusznych godzinach próby kiedy samotność z wyboru stawała się osamotnieniem trudnym do zniesienia. Pełzająca szarość i mielizna własnego życia, wyniszczająca rutyna zadufanego bożka, który nie chciał już poklasku, choć wciąż nie potrafił bez niego żyć...
Był zmęczony. Był smutny. Był samotny.
A teraz był z nią, pod ścianą, brudząc swoje ubrania, choć tak nienawidził brudu. Siedział przy niej i głaskał ją tak jak sam chciałby być głaskany, opiekował się tak jak sam chciałby być zaopiekowany. Byli ludzie w jego otoczeniu, którzy dawali mu to ciepło. Quintessa niestrudzenie znosiła jego dąsy, spotkanie za spotkaniem wysłuchując nabrzmiałych rozpaczą utyskiwań. Jonathan w swej wyrozumiałości znajdował - bogini wie jak - czas po nadgodzinach w biurze, aby nie dać się Anthony'emu porwać wpisanej w jego życie melancholii. Choć może chodziło o terminarz, chodziło o konferencję, chodziło o pracę? Shafiq chciał myśleć, że było inaczej, ostre słowa przyjaciela sprowadzające go do parteru jeszcze nie padły, jeszcze tydzień dzielił ich od konfrontacji, która miała zmienić tak wiele. Shafiq zawsze uważał, że surowość kształtuje charakter najlepiej. Dystans. Emocjonalny chłód, którego energia ujawniana jest tylko w kontakcie ze sztuką. Jak teraz, gdy jedno spojrzenie na obraz starczyło Lorraine, aby pozwoliła tej energii nie dźgać jądra istnienia, a wypłynąć na zewnątrz.
Więc siedział pod ścianą i głaskał jej jasne włosy, więc nucił cicho, a potem przestał by mogła wypowiedzieć swoje żądania. Swoją prośbę. Swoją cenę. To głupie. Od samego początku nie było to spotkanie biznesowe, Anthony tęsknił za inteligentną dziewczyną, za rozmówczynią sprawnie operującą słowem i intertekstualnością w słowie zaszytą, za jej emocjonalnością i duchowością, które zawsze odnajdywały drogę, choćby najtwardszą z porcelanowych masek Lorraine próbowała przykleić sobie do twarzy. Widział w niej odbicie siebie, ale też zazdrościł jej w pewien sposób niezależności, nieświadom zupełnie ceny, której nigdy przed nim nie odsłoniła. Czy z resztą cokolwiek ów informacja by zmieniła? Czy myślałby o niej inaczej? A może w oczach pojawiłaby się litość, której nigdy nie chciała w nich zobaczyć.
Siedział i uśmiechał się lekko, choć nieco niepewnie w swej reakcji, gdy powiedziała, że to Baldwin podpisał krwią jakiś... cyrograf być może. Śmieszne, potem dziwne nieco w gorzkim epilogu spotkanie, nieporozumienie, które pęczniało znaczeniami za każdym razem gdy wracał do niego myślami, teraz nagle od profanum, od bonusu do pracy za którą i tak nie miał jak zapłacić, przeszło do sacrum pod którym Lorraine opłukiwała łzami jego dłonie. Dobrze, że powiedziała, dobrze że zabroniła mu tykać tej Wenus, bo sam pewnie w gniewie za płacz bliskiej mu kobiety kazałby ją zburzyć. Tymczasem teraz kubistyczna boginii, prześmiewczo, szelmowsko, irracjonalnie, intencjonalnie - nabierała nowego znaczenia: była niczym biały namiot nad ich spotkaniem.
– Będzie jak sobie tego życzysz – wyszeptał cicho, nie przestając przeczesywać długimi palcami jedwabiu jej włosów, materiału z którego kokon był ciasny, bezpieczny w swojej duchocie, w bezruchu w przyzwoleniu na bezsilność. A potem śpiewał dalej tę samą pieśń, choć tym razem po angielsku, w przekładzie niezbyt dokładnym, ale wystarczającym dla nich...
– Moon, high and deep in the sky
Your light sees far,
You travel around the wide world,
and see into people's homes.
Moon, stand still a while
and tell me where is my dear.
Tell him, silvery moon,
that I am embracing her.
For at least momentarily
let him recall of dreaming of me.
Illuminate him far away,
and tell him, tell him who is waiting for him!
If his human soul is, in fact, dreaming of me,
may the memory awaken him!
Moonlight, don't disappear, disappear!