Wood była żóltodziobem. Ledwo skończyła Hogwart. Wszystko wydawało się iść po jej myśli. Dziecięce marzenia zaczęły się spełniać. Została szukającą Harpii, skupiła się na swojej karierze graczki quidditcha. Nie szło jej to najgorzej, bardzo dużo czasu spędzała na treningach - chciała być najlepsza. Miała ogromne aspiracje, nie pojawiły się one bez powodu - chciała zostać lepszą zawodniczką od swojej matki. Może nie było to do końca zdrowe podejście, jednak całkiem skutecznie ją motywowało. Jako, że zbliżała się Ostara, to pojawiła się w Londynie. Wracała do rodzinnego domu dosyć często mimo tego, że ostatnio większość czasu spędzała w Holyhead, gdzie trenowała z harpiami. Brakowało jej trochę Londynu - tutaj w końcu miała swoich najbliższych przyjaciół, z którymi była związana jeszcze od czasu nauki w Hogwarcie, nie do końca też udało jej się nawiązać bliższe relacje z koleżankami z drużyny, może sama jakoś specjalnie się w to nie angażowała. Miała w końcu Camerona i Charles'a, tak właściwie po co jej byli kolejni znajomi?
Heather zmierzała tego wieczora do swojego domu. Nie do końca swojego, a do domu swoich rodziców. Spotkała się z chłopakami, jak zazwyczaj. Posiedzieli przy piwie trochę dłużej niż planowali, jednak sukcesem tego wieczoru było to, że udało jej się samej wybrać do domu. Zazwyczaj ich spotkania kończyły się na tym, że cała trójka lądowała w łóżku Heath. Jej rodzice najwyraźniej do tego przywykli i wydawać by się mogło nawet, że rozumieją ich przyjaźń. Nie wnikali też do końca w to, co łączy tę trójkę, choć ich relacja mogła się wydawać dosyć dziwna dla osób, które patrzyły na to z boku.
Panna Wood szła więc przed siebie, policzki miała rumiane, włosy rozwiane, alkohol który wypiła dodał jej koloru. Nie była jednak, aż tak pijana, żeby mieć problem z odnalezieniem się w rzeczywistości. Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk tłuczonego szkła. Podniosła głowę, aby zobaczyć skąd dochodzi. Jej uwagę przykuł szyld sklepu z eliksirami. Postanowiła się więc do niego zbliżyć. Obiecała sobie, że nie będzie bierna na pomoc innym od momentu, w którym sklep jej rodziców został zaatakowany przez popleczników Voldemorta i pani Smith w nim zginęła. Nadal nie potrafiła się z tym pogodzić, kobieta była jej bliska niczym osobista babcia. Otrzeźwiała momentalnie, ścisnęła mocno w ręce swoją różdżkę i ruszyła przed siebie. Obserowała okolicę - nie chciała się wpakować od razu pod nogi komuś, kto mógłby jej zrobić krzywdę. Zauważyła mężczyznę, którego najwyraźniej również zaniepokoiło to co się dzieje, a może sam był sprawcą? - Co tu robisz? - Odparła celując w niego różdżką. Nie było to specjalnie dyskretne, no ale trudno.