Była wytrącona z równowagi, to prawda, głównie przez ilość nerwów i skupienie, w których trwała kilka ostatnich godzin, ale nie był to czas na rozkojarzenia, ani na to by usiąść i zwolnić. Chwila dla nabrania oddechu już naszła i przeminęła, wraz z pojawieniem się Cathala w namiocie – a przecież potrzebował pomocy, niezależnie od tego, co cały czas opowiadał (zupełnie jakby przyznanie się do tego, że jest się rannym bardziej niż to wygląda na pierwszy rzut oka, raniło jego ego).
Czekała cierpliwie, aż Cal usadowi się na krześle i w tym czasie McGonagall zastosowywała na sobie technikę uspokajania oddechu, gdy liczyła w pamięci sekundy, na które go brała i przez jaki czas wypuszczała powietrze przez lekko rozchylone usta.
– Mhmm – mruknęła i uniosła wyżej jedną brew. Już ona znała te zagrywki, stosowane nader często. Wypadek, a potem „tylko nie mówcie mojej rodzinie” – jakże to egoistyczne; bo zakładała, że Liam, wzorem wielu innych pacjentów, informować nikogo nie będzie chciał. Sama się z tym podejściem nie zgadzała, natomiast nie miała żadnej siły, by to zmienić. A przede wszystkim by zmusić Shafiqa do zmiany tej decyzji. Natomiast inna rzecz przebiegła jej teraz przez głowę. – Nie znam dokładnie całego prawa tutaj… Ale nie ma żadnego obowiązku, by informować rodzinę poszkodowanego? – przede wszystkim nie chciała, żeby mieli potem z tego tytułu problemy…
Mruknęła coś niewyraźnie pod nosem, patrząc na uniesioną dłoń blondyna oceniająco, a ostatecznie przeniosła uwagę na nieco przemodelowaną twarz swojego szefa, najwyraźniej stwierdziwszy, że ręka mu nie odpadnie.
– W tym wywarze to powinieneś rękę trzymać, a nie tylko sobie nim wysmarować skórę – odezwała się po chwili, gdy już minęło kilka sekund jej znacznie bardziej uważnego badania twarzy. Zmusiła nawet dłonią, by Cal nieco uniósł twarz, gdy dotknęła go pod brodą, kierując jego głowę w odpowiednim kierunku, żeby lepiej widzieć. – Hmm – mruczała do siebie pod nosem, a potem bardzo delikatnie dotknęła tego jego nosa w kilku punktach, chcąc dokładnie wyczuć charakter tego złamania, jako że miał trochę napuchniętą twarz i nie wszystko było dobrze widać gołym okiem. – No dobra, złap się mocniej – rzuciła jak gdyby nigdy nic, a sama wzięła swoją różdżkę w dłoń i trzymając ją najpierw pionowo zrobiła bardzo krótki ruch przypominający zamachnięcie, by wytworzyć niewielką siłę, mającą nastawić kości na właściwe miejsce. Episkey było bardzo przydatnym zaklęciem w takich momentach, za wyjątkiem tego, że potrafiło dość niekontrolowanie szarpnąć pacjentem. I rzecz jasna nie był to jeszcze koniec, a ledwie dobry początek i teraz Gonewra krytycznie przypatrywała się swemu dziełu przez lekko zmrużone powieki.