13.02.2023, 19:45 ✶
Tak to zwykle jest, że narzekasz na hałas, drobne zniewagi, ciągłą nieuwagę, a potem, gdy tego zabraknie, uświadamiasz sobie, że czegoś ci brakuje. Jakby części ciebie samego. Pozostaje pustka, z którą nie wiesz, jak sobie poradzisz, więc zaczynasz poszukiwać kolejnego chaosu, licząc na to, że poprzedni do ciebie wróci. A od Fergusa nie tak łatwo się uwolnić, by w ogóle komukolwiek groziła tęsknota. Musiałby być chyba jedną nogą w grobie, a i tak pewnie wywołałby wokół siebie bałagan.
Nigdy nie zauważył, że roznosiła się wokół niego woń drewna i żywicy, zbyt przywykły do tego zapachu, z którym zaznajomiony był od dziecka. Nie miał aż tak wrażliwego zmysłu węchu jak Cynthia – musiało mu się coś naprawdę podobać, by zwrócił na to uwagę. Albo gryźć w nos z taką siłą, że aż go mdliło. Kostnica należała raczej do tej drugiej grupy, kojarząc mu się ze sterylnością szpitala i czymś słodkawo-kwaśnym, przywodzącym na myśl zgniłe owoce.
Lubił dyskutować z Flintówną, a jeszcze bardziej się z nią sprzeczać, wywracając przy tym oczami i starając się jej ukazać, że to właśnie on miał rację. Tak właściwie zaczęła się ich przyjaźń i wokół tego rozwijała w to, co łączyło ich dzisiejszego dnia. Czasami miał wrażenie, że tylko udawała i odpuszczała, żeby pozwolić mu cieszyć się małym zwycięstwem. Uwielbiał ją za to, ale jednocześnie nienawidził. Co to za chwała, jeśli nie zapracował na nią samodzielnie?
- Czemu zawsze rozchodzi się o pieniądze? – zapytał, wzdychając ciężko. – Ojciec wiecznie powtarza, że wysoko urodzeni chcieliby wszystko załatwić wyłącznie kasą i znajomościami. Nie wierzę, że to mówię, ale w tym wypadku może mieć trochę racji. Ministerstwu to najwyraźniej na rękę.
Czytał o dziesiątek wojen, które zaczynały się w podobny sposób i chociaż zazwyczaj wygrywała ta „słuszna” strona, zniszczenia, jakie to ze sobą niosło, były przeogromne. Dlatego właśnie tak bardzo się tego obawiał. Historia lubiła się powtarzać, a świat czarodziejów ledwo co pozbierał się po Grindelwaldzie, by po raz kolejny radzić sobie z czymś takim. Społeczeństwo wciąż było zbyt podzielone, wystarczyło wziąć pod uwagę to, że ludzie zaczęli wychodzić na ulice, by walczyć o swoje racje. I zawsze spotykało się to z czyimś sprzeciwem, kończąc krwawą jatką.
- Może i mnie bezpośrednio nie dotyczy, ale znam sporo mugolaków i naprawdę nie podoba mi się to, co o nich mówi – burknął, mrużąc oczy w lekkiej irytacji. Choćby bardzo chciał, nie potrafił tak po prostu odpuścić. Mógłby to zepchnąć w tył głowy, zapomnieć o całej sprawie… Tyle że nie potrafił, bo zaraz miał przed oczami obraz przyjaciółek, które i bez tego rodzaju postulatów miały przesrane już od pierwszej klasy w Hogwarcie. – To samo mówili w latach dwudziestych o Grindelwaldzie, wiesz?
Przyglądał się, jak przygotowywała herbatę, za nic nie orientując w tym, po jakie zioła ostatecznie sięgnęła. Przekona się zapewne, gdy Cynthia podstawi mu kubek pod nos. Póki co wciąż leżał wsparty na oparciu krzesła, starając się nie zasnąć w tej nużącej, deszczowej atmosferze. Lampa zażyła się jasnym światłem, było dość chłodno, a on był pobudzony artykułem… A i tak korciło go, by zwinąć się w kulkę i zasnąć. Najwyraźniej w stresowych sytuacjach po prostu ogarniała go senność. I mógłby tak na wpół drzemać, gdyby nie zadała pytania, przez które poderwał głowę w górę, mierząc ją uważnym spojrzeniem.
- Co? Nie, to bez sensu. Przecież to facet – mruknął, nie odrywając od niej wzroku, gdy po raz kolejny sięgała po gazetę, przyglądając się temu całemu Czarnemu Panu. Kiedy wspominał o okładkowej gębie, miał raczej na myśli to, że przypominał wszystkich tych uśmiechniętych gogusiów z pierwszej strony Czarownicy i innych tego typu szmatławców przeznaczonych dla gospodyń domowych. A może wcale nie? Wzdrygnął się, zrzucając to na wszechogarniające zimno i wodę ściekającą mu z włosów za kołnierz swetra.
Skinął tylko głową na informację o nerce, wciąż nie widząc w tym żadnego sensu. Nie był uzdrowicielem, tym bardziej koronerem. Znał się na drewnie, nie na ludzkich organach. Wydawało mu się jednak, że w tym wypadku fakt, że nie filtrowała, mógł być jednak dość istotny. Nie tyle z własnej wiedzy, bo medycznej nie posiadał praktycznie żadnej, a z tonu Cynthii. Nigdy tego nie zauważała, ale unosiła głos, gdy mówiła o czymś ważnym.
- Jakim cudem jesteś w stanie tutaj jeść? – zdziwił się, gdy dostrzegł wypełnioną ciastkami puszkę, którą postawiła tuż obok nich. Sam nie miał ochoty po nie sięgać, wciąż zezując w kierunku czarnego worka naciągniętego na ciało pana Godwina. Nie przepadał za towarzystwem trupów, choć bez udziału czarnej magii niewiele mogły mu zrobić. Przysunął kubek herbaty pod nos, próbując rozpoznać aromat. Malina zdawała się dość przyjazna, więc upił łyk, czując przyjemne ciepło rozchodzące się po gardle.
- Wciąż jestem na nie w kwestii jedzenia w kostnicy – ciągnął, gdy mówiła o sałatce. – Za to na drinka pójdę z tobą zawsze. Tylko nie jestem pewien co do tego, czy Castiel będzie chciał iść. Twój brat chyba niespecjalnie za mną przepada.
Nigdy nie zauważył, że roznosiła się wokół niego woń drewna i żywicy, zbyt przywykły do tego zapachu, z którym zaznajomiony był od dziecka. Nie miał aż tak wrażliwego zmysłu węchu jak Cynthia – musiało mu się coś naprawdę podobać, by zwrócił na to uwagę. Albo gryźć w nos z taką siłą, że aż go mdliło. Kostnica należała raczej do tej drugiej grupy, kojarząc mu się ze sterylnością szpitala i czymś słodkawo-kwaśnym, przywodzącym na myśl zgniłe owoce.
Lubił dyskutować z Flintówną, a jeszcze bardziej się z nią sprzeczać, wywracając przy tym oczami i starając się jej ukazać, że to właśnie on miał rację. Tak właściwie zaczęła się ich przyjaźń i wokół tego rozwijała w to, co łączyło ich dzisiejszego dnia. Czasami miał wrażenie, że tylko udawała i odpuszczała, żeby pozwolić mu cieszyć się małym zwycięstwem. Uwielbiał ją za to, ale jednocześnie nienawidził. Co to za chwała, jeśli nie zapracował na nią samodzielnie?
- Czemu zawsze rozchodzi się o pieniądze? – zapytał, wzdychając ciężko. – Ojciec wiecznie powtarza, że wysoko urodzeni chcieliby wszystko załatwić wyłącznie kasą i znajomościami. Nie wierzę, że to mówię, ale w tym wypadku może mieć trochę racji. Ministerstwu to najwyraźniej na rękę.
Czytał o dziesiątek wojen, które zaczynały się w podobny sposób i chociaż zazwyczaj wygrywała ta „słuszna” strona, zniszczenia, jakie to ze sobą niosło, były przeogromne. Dlatego właśnie tak bardzo się tego obawiał. Historia lubiła się powtarzać, a świat czarodziejów ledwo co pozbierał się po Grindelwaldzie, by po raz kolejny radzić sobie z czymś takim. Społeczeństwo wciąż było zbyt podzielone, wystarczyło wziąć pod uwagę to, że ludzie zaczęli wychodzić na ulice, by walczyć o swoje racje. I zawsze spotykało się to z czyimś sprzeciwem, kończąc krwawą jatką.
- Może i mnie bezpośrednio nie dotyczy, ale znam sporo mugolaków i naprawdę nie podoba mi się to, co o nich mówi – burknął, mrużąc oczy w lekkiej irytacji. Choćby bardzo chciał, nie potrafił tak po prostu odpuścić. Mógłby to zepchnąć w tył głowy, zapomnieć o całej sprawie… Tyle że nie potrafił, bo zaraz miał przed oczami obraz przyjaciółek, które i bez tego rodzaju postulatów miały przesrane już od pierwszej klasy w Hogwarcie. – To samo mówili w latach dwudziestych o Grindelwaldzie, wiesz?
Przyglądał się, jak przygotowywała herbatę, za nic nie orientując w tym, po jakie zioła ostatecznie sięgnęła. Przekona się zapewne, gdy Cynthia podstawi mu kubek pod nos. Póki co wciąż leżał wsparty na oparciu krzesła, starając się nie zasnąć w tej nużącej, deszczowej atmosferze. Lampa zażyła się jasnym światłem, było dość chłodno, a on był pobudzony artykułem… A i tak korciło go, by zwinąć się w kulkę i zasnąć. Najwyraźniej w stresowych sytuacjach po prostu ogarniała go senność. I mógłby tak na wpół drzemać, gdyby nie zadała pytania, przez które poderwał głowę w górę, mierząc ją uważnym spojrzeniem.
- Co? Nie, to bez sensu. Przecież to facet – mruknął, nie odrywając od niej wzroku, gdy po raz kolejny sięgała po gazetę, przyglądając się temu całemu Czarnemu Panu. Kiedy wspominał o okładkowej gębie, miał raczej na myśli to, że przypominał wszystkich tych uśmiechniętych gogusiów z pierwszej strony Czarownicy i innych tego typu szmatławców przeznaczonych dla gospodyń domowych. A może wcale nie? Wzdrygnął się, zrzucając to na wszechogarniające zimno i wodę ściekającą mu z włosów za kołnierz swetra.
Skinął tylko głową na informację o nerce, wciąż nie widząc w tym żadnego sensu. Nie był uzdrowicielem, tym bardziej koronerem. Znał się na drewnie, nie na ludzkich organach. Wydawało mu się jednak, że w tym wypadku fakt, że nie filtrowała, mógł być jednak dość istotny. Nie tyle z własnej wiedzy, bo medycznej nie posiadał praktycznie żadnej, a z tonu Cynthii. Nigdy tego nie zauważała, ale unosiła głos, gdy mówiła o czymś ważnym.
- Jakim cudem jesteś w stanie tutaj jeść? – zdziwił się, gdy dostrzegł wypełnioną ciastkami puszkę, którą postawiła tuż obok nich. Sam nie miał ochoty po nie sięgać, wciąż zezując w kierunku czarnego worka naciągniętego na ciało pana Godwina. Nie przepadał za towarzystwem trupów, choć bez udziału czarnej magii niewiele mogły mu zrobić. Przysunął kubek herbaty pod nos, próbując rozpoznać aromat. Malina zdawała się dość przyjazna, więc upił łyk, czując przyjemne ciepło rozchodzące się po gardle.
- Wciąż jestem na nie w kwestii jedzenia w kostnicy – ciągnął, gdy mówiła o sałatce. – Za to na drinka pójdę z tobą zawsze. Tylko nie jestem pewien co do tego, czy Castiel będzie chciał iść. Twój brat chyba niespecjalnie za mną przepada.