• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Czarodzieje Kroniki Przyjęci do gry v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 8 Dalej »
Aaron Moody

Aaron Moody
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#4
14.07.2025, 11:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.07.2026, 02:35 przez Aaron Andrew Moody.)  








Aaron Andrew Moody
Zawsze zasłaniał się prawem, przynajmniej dopóki ktoś mądrzejszy nie cytował mu przepisów tego samego prawa w twarz. Potrzeba było jednak niemałej przenikliwości, żeby obnażyć niekonsekwencje w postępowaniu Aarona Moody'ego. Żeby zrozumieć, że operował w granicach wyznaczonych nie tyle przez prawo, co przez stworzony na jego podstawie kodeks moralny. Kodeks nierealistyczny, pełen niedorzeczności, okrutny jak prawo babilońskie, skrupulatny jak rzymskie roczniki. Sam go sobie stworzył. Sam go sobie narzucił. Chociaż potępiał religię za arbitralność, wyznawał wiarę w samodzielny system dogmatów, w którym nie było miejsca na wątpliwość. Przemoc była jego religią. I tak samo jak gardził miłosierdziem jako słabością, tak samo oczekiwał wdzięczności za przemoc dokonaną w imię porządku.
Nigdy by się do tego nie przyznał, nawet przed samym sobą.
Aaron Andrew Moody tak jak wszyscy twierdził, że sprawiedliwość winna być ślepą. W praktyce widział jednak bardzo wyraźnie, kogo chce poświęcić, a kogo chronić.
[+]Żonę.







Po jednej stronie on, a po drugiej — podnoszący się powoli z kolan Londyn. A pomiędzy — jaśmin i Lorien.
— Zasłonili miasto. — Stwierdziła rzecz tak przecież oczywistą. Każdy głupi widział kwiatki porastające ażurową pergolę. Były na każdym balkonie. […] Zacisnęła nieco mocniej palce na połach jego marynarki, którą wcześniej okrył jej ramiona, chroniąc przed chłodem wrześniowego wieczoru. Może po prostu lubiła zapach jego wody kolońskiej. Był inny — ostrzejszy, kwaśniejszy, gdy mieszał się z potem i plamił kołnierzyk marynarki; bardziej jednowymiarowy. Zwyczajnie w świecie tani. A przynajmniej tańszy od zapachów używanych przez większość otaczających ją mężczyzn. Chwilę jej zajęło zrozumienie dlaczego jej to nie przeszkadza. Dlaczego lubi sposób, w którym piżmo miesza się z zapachem papierosów i kawy.
Lubiła to, bo Aaron Moody pachniał jak… Ministerstwo Magii.
— Zasłoniliby niebo, gdyby jego kolor nie pasował do dress code podanego na zaproszeniu — mruknął, oparłszy się o balustradę balkonu tuż obok spowitej jaśminem Lorien. Przypomniał sobie, że jaśminem miały też wionąć perfumy Kleopatry uwodzącej z pokładu łodzi Marka Antoniusza, wyczekującego jej wizyty w Tarsie. Aaron lubił jaśmin z innego powodu, bardziej praktycznego.
Jego zapach odstraszał komary.
Kiedy powiedział o tym Lorien, ta tylko przewróciła oczami, robiąc minę. Krzew jaśminu miał jednak swoje miejsce na zacienionym balkonie Moody'ego, a choć zdążył zdziczeć, nieregularnie podlewany, jego pnącza wciąż nie dawały za wygraną: wspinały się po prętach barierki, zachwycając białym kwieciem. Lorien też zachwycała. Była tak blisko, że zmuszony był pilnować się, aby nie dotknąć przypadkiem tiulowych zakładeczek sukni, szeleszczących przy każdym ruchu kobiety. Ostentacyjnie na nią nie patrzył, skupiony na obserwacji wejścia na balkon, gotów interweniować, gdyby ktoś próbował naprzykrzać się sędzi. Wolna dłoń jak zawsze czuwała w pobliżu różdżki.
— Bardzo ładnie wyglądasz — powiedział, wciąż na nią nie patrząc.






Gdy Lorien po raz pierwszy usłyszała od niego anegdotkę o Kleopatrze, spytała zaczepnie czy kojarzy mu się z mityczną królową Egiptu. Usłyszała tylko proste: "niespecjalnie", po którym nastąpił bardzo długi, pełen dat i historycznych niuansów monolog. Przestała słuchać gdzieś w połowie drugiego zdania.
A teraz znów głos Aarona brzmiał tak jakby mówił o pogodzie, a nie o niej.
"Bardzo ładnie wyglądasz."
Wiem. Chciała odpowiedzieć. Widziałam w lustrze jak na mnie patrzysz, gdy wychodziliśmy.
— Doprawdy? — Zapytała zamiast tego, siląc się na całkiem obojętny ton. […] Nie odwróciła głowy. Co więcej, wyprostowała się jeszcze odrobinę mocniej; tak by przy najmniejszym ruchu dłoni musiał zahaczyć palcami o miękki materiał jej sukienki.
— Co podoba ci się najbardziej?
Marynarka zsunęła się odrobinę z jej ramienia; Gest tak leniwy, tak niefrasobliwy, że mógł wydać się prawie naturalny. No właśnie prawie. Powoli przechyliła głowę. Pozwoliła ciężkim lokom opaść na drugie ramię, odsłonić smukłą, zdobioną pojedynczym sznurem pereł, szyję. Skórę pokrytą gęsią skórką i drobnymi bliznami po wyłuskanych piórach.







Wreszcie na nią spojrzał. Nie wydawał się specjalnie poruszony, a przynajmniej nie dał niczego po sobie poznać. Patrzył przez chwilę tak, jak gdyby szukał czegoś w jej twarzy. Właśnie tak musiał wyglądać na sali przesłuchań, gdy słyszał przyznanie się do winy. Z pociemniałymi nagle oczami, z ustami zaciśniętymi nie w pogardzie, lecz w napięciu: gdy po wielu godzinach przesłuchiwania podejrzanego zamykał za sobą drzwi, wydawał się niemal… Rozbawiony. Aaron Moody był rozbawiony, o ile było to możliwe w przypadku Aarona Moody'ego.
"Co ci się podoba najbardziej?"
Nie poruszył się. Nie musiał. Nie, skoro ona nachyliła się blisko, bliżej. Wcześniej obserwował jak goście mierzą się wzrokiem, oceniając, kto ma lepsze miejsce, z której loży najlepiej widać scenę. Tylko głupiec patrzyłby na scenę, mając u swego boku Lorien Mulciber. Gdy więc ona spojrzała na niego, on już patrzył na nią. Powiódł spojrzeniem wzdłuż jej ciała, wzdłuż szyi, długiej na siedem pocałunków, a może i nawet na dziewięć, jeżeli miał być dokładnym, a przecież Aaron Moody lubił być dokładnym.
Dostała to, czego chciała. Pełnię jego uwagi.
"Co ci się podoba najbardziej?"
— W tym momencie — odpowiedział, równie obojętnym tonem — moja marynarka.
I to, w jaki sposób otulała posesywnie jej drobną postać, niby to przypadkiem odkrywając nagie ramię.
[+]Przyjaciół.








Cytat:Przy Woodym gęba mu się nie zamykała, a gdy wrzeszczał na boisku, głos jego niósł się hen po błoniach: podobnie jak i radosny rechot, gdy znowu udało im się coś nabroić, naturalnie, umykając przed brojenia konsekwencjami. A jednak bez najlepszego przyjaciela obok, Aaron zawsze zdawał się zdecydowanie mniej wylewnym. Znikał szeroki uśmiech, którego wspomnienie można było dostrzec wyłącznie w zewnętrznych kącikach oczu: w liniach uśmiechu wypalonych przez lato, wiatr i nawyk patrzenia pod słońce. Spontaniczność ustępowała miejsca zachowaniom wyuczonym, zdecydowanie bardziej kontrolowanym. Na twarz powracał wyraz skupienia, może nawet powagi, a zmarszczone brwi czyniły go podobnym do despotycznego ojca, który wpoił w niego tę dyscyplinę. Być może to nie grube dywany tłumiły odgłos zbliżających się kroków. Może to Aaron po prostu stąpał lżej. Było w nim czasem coś z kota, który skrada się nisko na łapach. Jak gdyby chciał wbić pazury w zdobycz, w którą wbił wcześniej spojrzenie zielonych ślepi. Bo Aaron czuł, że wszystko musi wydrzeć życiu pazurami. Tak bardzo przyzwyczajony był do tej myśli, że bezwartościowym wydawało mu się to, co przychodziło zbyt łatwo. Miał wrażenie, że ludzie to wyczuwają. To dążenie, żeby zawsze przekraczać samego siebie. Wiele od siebie wymagał, a gdy oczekiwaniom tym nie potrafił sprostać, czuł się gorszym. Nie myślał o innych ludziach w takich samych kategoriach, w jakich myślał o sobie, a jednak trudno było nie odnieść wrażenia, że jest się przez Aarona osądzanym, gdy ten zaczynał się dystansować. Jego cisza nagle stawała się wrogą, uprzejmość mylona była z rezerwą, a bezpośredniość, którą ludzie zwykle uznawali za ujmującą, zyskiwała znamiona agresji. Nie chciał się wywyższać, tkwiła w nim jednak ta chorobliwa wiara to, że musi robić więcej, wciąż więcej, jak gdyby życie było niekończącą się listą rzeczy do odhaczenia.Ale najpierw musiał jeszcze ogarnąć drużynę, stertę pracy domowej, życie towarzyskie, odpisać na list od matki, który tydzień już przeleżał na jego biurku, a potem…
"Aaron, wrzuć na luz", mówił Woody.

Cytat:"Świat nie jest sprawiedliwy", stwierdziła rzeczowo Lorien. "Ale gdyby był, Clemens Longbottom dogorywałby w Azkabanie za swoje przewinienia, a nie serwował rozwodnione piwo na Nokturnie. Więc odrobina wdzięczności panie Moody byłaby bardziej na miejscu."
— Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś dokonał żywota w Azkabanie za stosowanie przemoc wobec zwierząt… A przestępcy są od nich niższymi w naturalnej hierarchii, nieprawdaż? — Mógłby nie mówić tego na głos, zwłaszcza, że wiedział, że porusza wrażliwy temat. A jednak nie potrafił przy niej utrzymać języka za zębami. Pociągnął dalej metaforę, jakże niekomfortową w odniesieniu do napaści na maledictusa. Lorien dbała o posługiwanie się właściwym aparatem pojęciowym, szukała między przepisami miejsca dla wszystkich istot magicznych… Aparat Aarona był w tym wszystkim prostszy. Ale proste rozwiązania były zwykle najlepszymi. — Powiedziałbym wręcz, że gorsi są niż zwierzęta. Mój kot morduje, bo taki już jego koci instynkt. Człowiek dokonuje wyboru. — Wyboru, żeby przestać być człowiekiem. Gdyby kot złapał w łapy ptaszka, w którego się przemieniasz, czy kazałabyś go oskórować?, zastanawiał się, patrząc w ptasie oczy kobiety. Kazałabyś go zamknąć w klatce, czy od razu wyrwać łapy? — Wszystko, co go po tym spotyka, jest naturalną tego wyboru konsekwencją. — Wzruszył ramionami. — Dobry brygadzista musi mieć coś z kota. Być może Clemens spadł jak kot na cztery łapy… Ja jednak uważam, że sprawiedliwości stało się zadość. — Skinął głową w stronę Lorien, jak gdyby rzeczywiście chciał wyrazić uznanie wobec wyroków Wizengamotu. — Wdzięczny też jestem. Za to, że mogę pić to rozwodnione piwo.
Ciężki temat zakończył lekką nutą. Bo co, bo miał niby żałować, że Woody rozpierdolił łeb jakiemuś popaprańcowi? W życiu. Jego przyjaciel mógł mieć skrupuły. Mógł mieć wątpliwości, czy postępuje właściwie. Aaron takich wątpliwości nie miał. Nie miał też skrupułów. Nie winił jednak Woody'ego, że przeżywa to w taki, a nie inny sposób. To byłoby tak, jak gdyby winić weterana za to, że wybucha gniewem, gdy w pobliżu pojawi się trigger. Legilimencja miała swoją cenę. Gdyby zanurzył się w brudnym umyśle takiego Koroleva, też czułby się zbrukanym. Lorien dobrze wiedziała, jak straszliwe wyznania padały na salach sądowych. Czytała opisy zbrodni zawarte w aktach aurorów, wyciągających zeznania z oskarżonych. Jeżeli samo to zdejmowało obrzydzeniem, co gdyby wniknąć we wnętrze głowy jednego z tych zwyrodnialców? To oni powinni być Woody'emu wdzięczni. Niósł brzemię tej wiedzy za nich.
[+]Dzieci.
Cytat:Sam Aaron pamiętał, jak na samym początku jego ministerialnej kariery, starsi stażem aurorzy zwracali się do niego imieniem jego ojca, poprawiając się w tej samej chwili, w której podnosili wzrok na jego twarz. Przyzwyczajenie podobne do tego, z jakim ręka sięgała po różdżkę w chwili zagrożenia. Wyuczone na pamięć manewry, ruchy, w które wpasował się tak szybko, jak gdyby zawsze należały do niego. Teraz on łapał się na tym, że zwraca się do synów imionami ojców. Zastanawiał się, czy i jego syna nazywali jego imieniem. Może dlatego nigdy nie ułatwiał niczego Alkowi: nie chciał, żeby wstydził się, gdy będą ich ze sobą mylić. A jak przestaną, będzie wiedział, że sam na to zapracował. Każdy ojciec chce przecież, żeby jego syn go przewyższył.
Alastor przerósł go zanim jeszcze skończył Hogwart, ale Aaron wciąż patrzył na niego z góry.
Cytat:"Ja po prostu nie chcę narażać osób, na których może nam zależeć, a które możemy stracić", padło nagle. Aaron zwrócił spojrzenie z powrotem na Erika. Widać było, że podjął decyzję, i nic, co powie Longbottom, nie będzie jej w stanie jej zmienić. Jego mina była zacięta, a na twarzy niespodziewanie zagościł grymas pogardy.
Nie, to było coś więcej niż pogarda. To był gniew.
Gdyby tylko spojrzenie mogło zabijać.
Jak on w ogóle śmiał mówić o stracie Aaronowi Moody'emu? Jak śmiał mówić o stracie komuś, kto miał przy tym stole syna i córkę? Cały jego świat skupiał się przy tym jebanym stole. Może dlatego nie wybuchł gniewem, tylko siedział, zaciskając ręce w pięści tak, że aż pobielały mu knykcie. Bo dla Aarona Moody'ego to było tak, jak gdyby Erik Longbottom właśnie wytarł sobie jego dziećmi gębę.
Co oni wiedzieli o jego synu? Aaron zacisnął zęby, gdy zobaczył, jak Albus przygasił świece. Kto dał mu prawo decydowania o tym, co jest w stanie znieść Alastor? Dumbledore'owi nie przeszkadzało to do tej pory w zwalaniu na jego barki zadań Zakonu, a publicznie nagle zaczynał kwestionować przy wszystkich siłę i autorytet Alastora, z zaprawionego aurora czyniąc chłopca, który boi się płomieni.
Jego syn nie był słaby. Aaron niczego nienawidził tak, jak insynuacji, że mógł być słaby. Przeżył klątwę wilkołactwa, przeżyje i to. Przeżyje tę wojnę. Przeżyje swojego ojca, i jebanego Albusa Dumbledore'a, który jego ojcem nie był, więc nie musiał go traktować jak dziecko.
Co oni wiedzieli o jego córce? To, co się stało z Millie po Beltane… Długie tygodnie, jakie spędziła na rekonwalescencji w murach Lecznicy Dusz, uświadomiły Aarona Moody'ego o tym, że jest słabym człowiekiem. Wiedział bowiem, że nie zniósłby tego widoku. Widoku chorej Millie. Widoku złamanej Millie. Całe życie wtłaczał jej do głowy ideały, za którymi sam podążał, zawsze liczyła się odwaga, poświęcenie i służba drugiemu człowiekowi…
A gdy się nimi wykazywała, zwyczajnie nie mógł tego znieść.
Jaki ojciec byłby w stanie to znieść. Nie dał rady nawet na nich patrzeć, gdy stali obok siebie. To było zbyt wiele. A Erik Longbottom śmiał mówić przy tym stole o poświęceniu.
Które z nich poświęciło więcej niż Aaron Moody. Które z nich narażało się bardziej.
Które z nich miało więcej do stracenia.
Cytat:Byłem młody, powiedział Woody'emu, być może nieco bełkotliwie, a jednak wciąż dało się go zrozumieć. Byłem taki młody. Sam byłem jeszcze dzieciakiem, gdy pojawiły się dzieciaki. Bogowie, dorastałem z nimi. Dorastaliśmy razem. A teraz jestem stary. Aaron przejechał ręką po twarzy. Nie był wystarczająco pijany, ale przecież odbije sobie w rocznicę jej śmierci, pomyślał. Innych rocznic nie pamiętał, innych grzechów też nie. Nie było po co. Więc pił dalej.
Ja się starzeję, ale dzieciaki wciąż są dzieciakami. Zwłaszcza Millie. Alastor sobie poradzi, wiem o tym. Dobry z niego chłopiec. Zawsze radził sobie sam, chociaż… Ja w jego wieku byłem już wdowcem. Miałem rodzinę, która utrzymywała mnie na powierzchni. Miałem po co żyć. A on nie ma niczego. Nie ma przystani, do której mógłby wrócić, nie ma swojego portu. Nie rozumiem tego i nie podoba mi się to. Nie podoba mi się to, jak żyje. Aaron wzruszył ramionami. A jeżeli o moją dziewczynkę chodzi… Przycisnął pięść do czoła i siedział tak przez chwilę, próbując się uspokoić. Cóż, Millie wciąż jest małą dziewczynką, stwierdził boleśnie. Tak samo wulgarną, jak wrażliwą. Przerażająco poranioną od środka, a jednak zbyt kruchą, aby zatrzymać ją w ramionach. Głos mu się łamał, gniew przenikał się w gardle z żalem, który próbował wypalić kolejnym wychylonym zbyt szybko kieliszkiem wódki. Odziedziczyła cały mój upór, ale nic z mojej dyscypliny. Nigdy nie umiałem do niej dotrzeć. A najgorsze jest to, że ona nie umie słuchać. Nie uczy się na błędach. Dla niej to jest przecież tak, jak gdyby Madeleine umarła wczoraj. Jest do niej taka podobna. Myśli, że jej nienawidzę, bo jest tak bardzo podobna do swojej zmarłej matki, stwierdził z nagłym rozjuszeniem, jak gdyby przypomniał sobie jedną z wielu kłótni, jaką musieli odbyć, złość jego zgasła jednak tak szybko, jak wybuchła, a ja przecież nienawidzę tego tylko, jak upośledziła ją śmierć Maddie. A wzrastała tak ślicznie. Maddie zawsze chciała dziewczynkę. Może to za wcześnie, mówiłem. Może powinniśmy poczekać. Ale wiesz, jaka ona jest… Więc oboje chcieliśmy. Zawsze tak myślałem, że chcę zbyt dużo, wiesz? Chciałem tego wszystkiego zbyt mocno. Zbyt intensywnie  Nie dla siebie. Dla niej. A ona… Ona mnie zostawiła. Wzięła i umarła po tym jak spełnił jej marzenia o domu pełnym dzieci. Umierała tak długo, że powinien umieć się z tym pogodzić. Chorowała przecież od lat, a on latami trwał u jej boku, do samego końca przekonany, że jest jeszcze coś, co da się zrobić, żeby odwlec nieuniknione. Jakże męczył ją swoim uporem. Tym jak desperacko pragnął zatrzymać ją obok siebie. Ona chciała mieć rodzinę, ale on chciał mieć tylko ją. Po latach czuł z tego powodu wyrzuty sumienia. Nie wobec dzieci — zawsze był bowiem bardzo samolubny w swej miłości — wobec niej, że przedłużał jej cierpienie po to tylko, żeby odwlec własne.
Czasem zastanawiał się, czy walczyłaby tak długo, gdyby miała obok siebie tylko jego. Czy godziłaby się na wszystkie terapie, wizyty magomedyków, eksperymentalne kuracje, gdyby nie czekały na nią w domu dzieci, które jej zrobił. Przerażały go te myśli, nigdy niewypowiedziane na głos. Nawet w pijackim amoku zdawały mu się zbyt strasznymi, żeby w ogóle dopuścił do siebie ich istnienie.
Ze mnie nie zrobiła kaleki, stwierdził, wolno cedząc słowa w pijackiej manierze, ale dziewczynkę zepsuła swoją śmiercią tak straszliwie, że teraz Millie nie wie nawet, jak powinno wyglądać życie. Bo ja jestem popierdolony, ale przecież próbuję… A wiesz, jaka ona była dzielna, gdy była malutka? Millie. Nigdy nie płakała, nawet wtedy, gdy przewracała się, próbując chodzić. Już wtedy wyrywała mi się z rąk, chociaż nóżki jej się aż wyginały na boki, niezdolne utrzymać dziecięcego ciężaru. Czy to ja ją zepsułem? Ja zepsułem, bracie? Bogowie wiedzą, że nie tego chciałem, bełkotał, tak jak o słowa, potykając się o własne nogi, gdy Woody pomagał mu podejść do jednego z rejwachowych wyr. Nie chciał złożyć się na nim w butach — nie godziło się przecież gnieździć w świeżej pościeli w butach — ale gdy schylił się, żeby rozwiązać sznurówki, zakręciło mu się we łbie tak straszliwe, że musiał wesprzeć się o ramię Longbottoma, żeby nie wyrżnąć o podłogę. Zaśmiał się. Śmiał się aż do łez. A może płakał aż do śmiechu. Był tak pijany, że nie widział już różnicy między jednym a drugim.
Nie zepsułem syna. Nie mogłem więc zepsuć córki. A jednak jest złamana. Skrzypiące drzwi naoliwisz. Pękniecie w ścianie załatasz. Jak mam naprawić złamaną córkę? Ja chcę tylko, żeby miała lepsze życie. Ja chcę tylko…
W tej chwili chciał ją targnąć za włosy i zmusić do spojrzenia w lustro. Nienawidził tego, co ze sobą robiła. Nienawidził tego, że marnowała swoje życie.
Cytat:Aaron Andrew Moody nawet nie raczył skomentować dąsów syna. Nie było czego komentować, bo Alastor mu się przecież nie sprzeciwił. Zarzucił protesty, zanim stary zdążył spojrzeć na niego ciężko. Zawsze był posłusznym dzieckiem. Może dlatego Aaron pozwalał mu na więcej. Zignorował więc słowa syna w przejawie ojcowskiej łaskawości, patrząc, jak sam powraca na swoje miejsce w szeregu. Patrząc jak sam udziela sobie reprymendy. "Nieważne." Wiedział, że jego chłopiec przechodzi trudny okres. Nie chciał mu dokładać, po to tylko, żeby zaznaczyć swój autorytet. Nie targały nim jednak żadne wątpliwości ani wyrzuty sumienia. Został wychowany w dyscyplinie, święcie przekonany był więc, że jego słowo stanowi prawo. Jego własny ojciec urządziłby mu awanturę, gdyby krzywo spojrzał w jego stronę, pomyślał Aaron, a co dopiero, gdyby odezwał się do niego w taki sposób. Znajdował pewną ulgę w tym, że swoje dzieci traktował dalece łagodniej. Być może nie wynikało to z tego, że był lepszym ojcem, ale z tego, że Alastor był lepszym synem. Bo Aaron nie był dobrym synem. Zawsze za bardzo się stawiał. Zawsze był zbyt niepokorny, zbyt zatwardziały w swym gniewie, żeby staremu tak po prostu wybaczyć. Żeby ustąpić.
Oczywiście, nigdy nie pozwolił, żeby było to po nim w jakikolwiek sposób widać. Nie przy dzieciach, gdy ojciec poczuł się wreszcie w obowiązku poznać wnuki. Nie poznałby ich, gdyby nie Madeleine, która zawsze obwiniała się o to, że Aaron przestał się z ojcem odzywać. Niepotrzebnie. Nawet gdyby stary nie wypominał mu ustawicznie tego, że ożenił się z Maddie, nie chciałby mieć z nim nic wspólnego. Wyrzuty skończyły się, gdy Aaron zaprzysiężony został na aurora. Nie zaprosił jednak ojca na ceremonię. Milcząca niechęć panowała między nimi do samego końca.
W porównaniu do swego ojca, Aaron Moody był kurwa świętym.









A good act does not wash out the bad, nor a bad act the good. Each should have its own reward.
That is justice.

Wierzył, że człowiek złem skażony, zarażać będzie swym zepsuciem wszystkich wokół. Zło było jak pleśń za ścianą. Rozprzestrzeniała się po cichu, niemal niezauważenie, zasmradzając kolejne pomieszczenia. W końcu zaczynała trawić podłogi, wżerać w fundament. Nieważne, na jak silnych podstawach wzniesiono dom, gdy ten zaczynał gnić od środka. Zło, tak jak pleśń, zdusić należało w samym zarodku, aby nie śmiało zagrozić dobru powszechnemu. A jednak nie bez przyczyny Moody powtarzał wciąż, że zło jest wyborem. Bo takim samym wyborem było przecież dobro. Dlaczego nagle nie można byłoby więc wybrać dobra? Dlaczego nie można byłoby nagle odmienić swego życia? A jednak jeden dobry uczynek nie był w stanie naprawić krzywd popełnionych w przeszłości. Nie byłoby ich w stanie wymazać całe życie spędzone na więziennej pokucie. Nie, były takie rzeczy, o których nie sposób było zapomnieć.

His blood was singing. This was what he was meant for; he never felt so alive as when he was fighting, with death balanced on every stroke.
— A Storm of Swords, George R. R. Martin

— Panie Moody, czy jest pan gotów stać na straży porządku prawnego reprezentowanej przez Ministerstwo Magii angielskiej republiki magicznej?

Ostatnie z pytań przed ogłoszeniem oficjalnego zaprzysiężenia było wyłącznie formalnością. Młody auror nie odwzajemnił jednak uśmiechu przewodniczącego komisji egzaminacyjnej.

— Bezapelacyjnie, do samego końca — odpowiedział. — Mojego lub jej.







Kartoteka natury osobistej
Przypominał wywołane w sepii zdjęcie, ze swymi włosami w brudnym odcieniu pyłu pokrywającego londyńskie ulice, z wysoko sklepionymi kośćmi policzkowymi, których kanciastość przywodziła na myśl wykładającą je kostkę brukową. Wyglądał na człowieka, który wie, kim jest, wie, skąd pochodzi. Nosił na barkach zmęczenie metropolii, która wydała go na świat, a jednak zawsze trzymał głowę prosto, śmiało patrząc przed siebie. Cera jego swym szaroburym kolorytem przypominała rozkopane podwórza przy szpalerze szeregowych domów na szaroburych przedmieściach, po których biegały szarobure psy. Niebo nad miastem, zasnute chmurami i smogiem, niczym nie różniło się od jego chmurnego oblicza. Urodził się pod tym niebem, wiedział, że przyjdzie mu umrzeć pod tym niebem, a jednak twardo stąpał po ziemi. Do bólu przyziemny, tak najpełniej można by go było opisać. Budził skojarzenia z portretami bohaterów wojennych, z zaciętą twarzą, poznaczoną zmarszczkami zmartwień, które zdawały się przydawać mu szlachetności, jak gdyby wiek lepiej niż cokolwiek innego zaświadczyć mógł o jego kompetencjach. Nawet nijaki mundur aurora leżał na Aaronie Moodym jak ulał, nudny niemalże w swej nieskazitelności. Nie sposób było określić, gdzie zaczyna się mężczyzna, gdzie kończy auror.


Hatred as an element of struggle; relentless hatred of the enemy that impels us over and beyond the natural limitations of man and transforms us into effective, violent, selective, and cold killing machines. Our soldiers must be thus. People without hatred cannot vanquish a brutal enemy.
— Message to the Tricontinental, Che Gueavara

[+]Porozrzucane dokumenty
Zdjęcia w ramkach na biurku.
Nocna zmiana w pracy.
Zawada głodomór.
[+]Nieuporządkowane akta
[Obrazek: bd1b94e6d9f5dd4da69e02b2f4216229e73ad5aa.png]
[+]Zakurzone archiwum
♦ W lustrze Ain Eingarp widzę moją żonę. Przewraca oczami, próbując stłumić cisnący się na usta uśmiech. Wygląda na starszą. Wygląda też na szczęśliwszą, chociaż ma więcej siwych włosów, niż zapamiętałem.
♦ Bogin przyjmuje przy mnie formę ciał moich dzieci. Mojego syna, któremu nie potrafię pomóc. Córki, której martwe oczy patrzą na mnie z wyrzutem.
♦ Amortencja pachnie mi świeżo zaparzoną kawą, trocinami i zapachem nadmorskiego powietrza przesyconego solą. Zimowe wiatry niosą je ku wybrzeżom Anglii znad twierdzy Azkaban. Nad wszystkimi tymi zapachami dominuje jednak odurzająco słodka woń kwiatów jaśminu. Kiedyś kojarzyła mi się z letnimi wieczorami przy piwie, teraz przywodzi na myśl zagięcie szyi mojej żony. Zapach jaśminu mają bowiem perfumy, które szczególnie sobie upodobała.
♦ Moje ulubione zaklęcie to te, które pozwala mi uporządkować skrzynkę z narzędziami. Inaczej miałbym tam straszny pierdolnik.
♦ Mój patronus przyjmuje formę zimorodka. Zmyślny z niego ptaszek.
♦ Wróżbiarstwo to dla mnie narzędzie nieprecyzyjne, acz przydatne. W ramach mojej pracy zdarzało mi się korzystać z ekspertyz jasnowidzów, a chociaż nie zawsze wspominam tę współpracę dobrze, liczą się efekty, jakie przyniosła.
♦ Czarna magia? Cóż… Cel jest w Azkabanie wiele.
♦ Za swoje największe osiągnięcie uważam zostanie aurorem.
♦ Stoję po stronie wymiaru sprawiedliwości.
♦ Moje serce należy do mojej rodziny i przyjaciół.


Tak powiedział jej Hektor, i chciał w ramiona wziąć syna, ale cofnęło się dziecko z krzykiem do piersi piastunki, widokiem drogiego ojca strwożone. Blask spiżu synka przeraził, grzebień z końskimi kitami rozechwianymi ponad nim straszliwie na hełmu szczycie. Zaśmiał się ojciec kochany, zaśmiała matka czcigodna. Hektor przesławny natychmiast hełm ciężki zsunął z swej głowy i obok złożył na ziemi, jaskrawym lśniący połyskiem. Potem wziął synka drogiego, ucałował, utulił w ramionach, mówiąc te słowa do Zeusa i innych bogów błagalne: "Zeusie i inni bogowie! Dajcie, by moja latorośl, syn mój, w przyszłości, tak samo jak ja, był pierwszym wśród Trojan, żeby potężny był siłą i rządził rozumnie Ilionem! Niech o nim kiedyś powiedzą: Przewyższył dzielnością ojca! — gdy będzie z bitwy powracał, unoszac zbroją skrwawioną wroga, co padł z jego ręki, i matki radując serce".
Tak oto powiedział i zaraz oddał kochanej swej żonie syna, a ta przygarnęła dziecko do piersi, łzy przysłaniając uśmiechem. Więc mąż się nad nią użalił, objął ją ręką łagodną, i te powiedział jej słowa: "Czemu, nieszczęsna, tak wielkim żalem rozdzierasz swe serce? Posłać mnie nikt do Hadesu wbrew moim losom nie zdoła, Mojry zaś umknąć wyrokom — na to nie znajdzie sposobu ani tchórz, ani szlachetny, nikt na tej ziemi zrodzony. Mężczyznom pozostaw troskę o wojnę, wszystkim zrodzonym w Ilionie, a mnie z nich wszystkich najbardziej".
Tak powiedział i podniósł hełm o chwiejących się kitach z grzyw końskich Hektor przesławny.
— Illiada, Homer







At the risk of seeming ridiculous, let me say that the true revolutionary is guided by a great feeling of love.

To, co Lorien mogła zobaczyć w Aaronie, nie należało do gmachu Ministerstwa, chociaż tylko tam był w stanie to ostatnimi czasy poczuć. Ten szczególny stan ducha, gdy świat zdawał się wręcz wirować od możliwości.
Nawet jeżeli ten świat ograniczał się w tej chwili do wytartej kanapy w jego mieszkaniu.
Mogli więc zasłaniać się kodeksami, obowiązkiem, mienić strażnikami porządku, którego świat tak desperacko potrzebował, ale uległość zawsze była czymś, co wymuszali na innych. Coś, do czego dążyli siłą swych charakterów, nie naturalną inklinacją. Posłuszeństwo nie było ich językiem natywnym. Było tak samo wyuczonym, jak posługiwanie się literą prawa. Oboje doskonale znali różnicę między uznaniem przewagi autorytetu a bezwolnym podporządkowaniem. Lorien, jako sędzia, wydawała wyroki, więc jej język musiał brzmieć autorytarnie. Nie powodowana była w tym wyłącznie kaprysem charakteru, lecz przekonaniem, że jej słowo ma moc ostateczną. Aaron, jak na aurora przystało, z jednej strony wykonywał polecenia wyższej instancji, z drugiej, wymuszał posłuch na innych. Oboje byli ludźmi władzy. Ona przez interpretację prawa, on przez jego egzekucję. Ona przez wyrok, on przez interwencję. Ona przez słowo, on przez czyn.
Oboje odnajdywali się w tej hierarchii. Żyli nią. Potrzebowali jej, bo tylko dzięki temu ich świat nie pogrążył się jeszcze w chaosie. Wielką moc miała ta struktura, a jednak niewystarczającą. To, co Aaron widział w Lorien, nie mieściło się w gmachu Ministerstwa. Nie mieściło się nawet w jej własnym ciele, pokrytym bliznami po piórach, jak gdyby coś próbowało wyżreć ją od środka.
Tak jak w głosie Lorien dało się usłyszeć pogłos pustych sal Wizengamotu, tak w głosie Aarona gościło wspomnienie opustoszałej sali przesłuchań.
W obu tych miejscach należało mówić wyłącznie prawdę, i tylko prawdę.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości





Wiadomości w tym wątku
Aaron Moody - przez Aaron Andrew Moody - 12.07.2025, 00:57
RE: Aaron Moody - przez Dearg Dur - 14.07.2025, 11:03
RE: Aaron Moody - przez Dearg Dur - 14.07.2025, 11:03
RE: Aaron Moody - przez Aaron Andrew Moody - 14.07.2025, 11:03
RE: Aaron Moody - przez Aaron Andrew Moody - 14.07.2025, 15:39
RE: Aaron Moody - przez Aaron Andrew Moody - 14.07.2025, 15:43
RE: Aaron Moody - przez Aaron Andrew Moody - 09.10.2025, 18:07

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa