13.02.2023, 20:08 ✶
Edgar miał zarówno pecha, jak i szczęście. Z jednej strony – fatalnie wybierał sobie obiekty kradzieży. A przynajmniej ich część, bo różowa sakiewka sugerowała, że dokonał przynajmniej jednej udanej napaści. Najpierw auror i Brygadzistka, którzy zafundowali mu szybki kurs do ministerstwa. Teraz z kolei czarodziej, który po schwytaniu niekoniecznie oddałby go brygadzistom, ale z dużym prawdopodobieństwem chłopak wolałby mandat niż parę minut w jego towarzystwie.
– Ale… – zaczął Edgar, próbując wyrwać się z uścisku Patricka, gdy ten stawiał go na nogi. Trochę oklapł, kiedy Steward poinformował, że pójdą sprawdzić jego babcię. Otworzył usta i je zamknął, wyraźnie niezdecydowany, czy próbować dalej iść w zaparte, z nadzieją, że żadna czarownica nie zgłosi kradzieży, czy po prostu się przyznać. Ostatecznie rzucił tylko Cathalowi wściekłe spojrzenie, prawdopodobnie to jego obwiniając o wszystkie swoje nieszczęścia.
W gruncie rzeczy Shafiq wcale nie obwiniał chłopaka o to, że próbował kradzieży. Sam nie zawsze był uczciwy. Ale już głupota, jaką ten się popisał w całym procesie, była niewybaczalna...
Shafiq zmierzył Stewarda spojrzeniem teraz, kiedy mógł przyjrzeć się mu uważniej. Patrick nie wyglądał na aurora. Właściwie w ogóle wyglądał na kogoś, kto nie rzuca się w oczy. I może właśnie dlatego Cathal ostatecznie darował sobie jakiekolwiek uwagi.
Zawsze uważał, że strzec się należy tych najbardziej niepozornych. Było prawie pechem, że sam się do nich nie zaliczał – co jednak miało sporo związku z tym, że rzucał się w oczy ze względu na opaleniznę i włosy rozjaśnione słońcem, tak nie pasujące do kwietnia w mglistym Londynie. Może właśnie dlatego Edgar uznał go za łatwy cel. Wygląd turysty oraz głębokie zamyślenie, wywołane tym, że Shafiq pozwolił przed księgarnią myślom po prostu płynąć, sugerowały, że niekoniecznie zorientuje się, że ktoś go obrobił…
- Jeśli wizyta w Ministerstwie nie jest konieczna, zrobię to tutaj – powiedział tylko Shafiq. Nie przepadał za budynkiem Ministerstwa. Ani w ogóle za żadnymi urzędami i tego typu instytucjami. Czuł się w nich bardziej klaustrofobicznie niż pośród starożytnych, na wpół zasypanych korytarzy. – Cathal Shafiq. Sowy można kierować do mieszkania trzynaście, przy Horyzontalnej siedem. Stałem przed księgarnią, kiedy chłopak na mnie wpadł. Wydało mi się to podejrzane, więc sprawdziłem kieszeń. Sakiewka, jak łatwo się domyśleć, znikła. Ruszyłem za złodziejem…
– Nie jestem złodziejem! – zaprotestował Edgar wściekle i znowu lekko się szarpnął, spoglądając na boki, jakby liczył, że moment, w którym Cathal mówi, wystarczy, by rozproszyć Patricka.
– …którego ręka prawdopodobnie całkowicie niechcący zabłąkała się do mojej kieszeni i jakoś przypadkiem złapała moją sakiewkę – uzupełnił Shafiq, nie zmieniając wyrazu twarzy. Przesypał zawartość swojej sakiewki na rękę, pokazując ją Stewardowi. Zakładał, że mężczyzna pewnie musi zweryfikować, czy w istocie nie była po prostu pełna knutów. – Z księgarni akurat wychodziła niejaka Poppy Sandor, która pracuje w sklepie zielarskim na Pokątnej i być może coś widziała, bo przebiegł tuż obok niej. Chłopak zapewne ma bardzo samobójcze skłonności, bo skierował się na Noktur. Resztę pan zna. Czy to wszystko?
Z powrotem umieścił pieniądze w sakiewce. A samą sakiewkę tym razem schował w wewnętrznej kieszeni płaszcza, obiecując sobie, że nie będzie więcej ryzykował. I jeśli Steward nie potrzebował od niego niczego więcej – Cathal po prostu odszedł, zostawiając Edgara w jego rękach. Sam miał zamiar skierować się do pierwotnego celu swojej wyprawy na Pokątną.
– Ale… – zaczął Edgar, próbując wyrwać się z uścisku Patricka, gdy ten stawiał go na nogi. Trochę oklapł, kiedy Steward poinformował, że pójdą sprawdzić jego babcię. Otworzył usta i je zamknął, wyraźnie niezdecydowany, czy próbować dalej iść w zaparte, z nadzieją, że żadna czarownica nie zgłosi kradzieży, czy po prostu się przyznać. Ostatecznie rzucił tylko Cathalowi wściekłe spojrzenie, prawdopodobnie to jego obwiniając o wszystkie swoje nieszczęścia.
W gruncie rzeczy Shafiq wcale nie obwiniał chłopaka o to, że próbował kradzieży. Sam nie zawsze był uczciwy. Ale już głupota, jaką ten się popisał w całym procesie, była niewybaczalna...
Shafiq zmierzył Stewarda spojrzeniem teraz, kiedy mógł przyjrzeć się mu uważniej. Patrick nie wyglądał na aurora. Właściwie w ogóle wyglądał na kogoś, kto nie rzuca się w oczy. I może właśnie dlatego Cathal ostatecznie darował sobie jakiekolwiek uwagi.
Zawsze uważał, że strzec się należy tych najbardziej niepozornych. Było prawie pechem, że sam się do nich nie zaliczał – co jednak miało sporo związku z tym, że rzucał się w oczy ze względu na opaleniznę i włosy rozjaśnione słońcem, tak nie pasujące do kwietnia w mglistym Londynie. Może właśnie dlatego Edgar uznał go za łatwy cel. Wygląd turysty oraz głębokie zamyślenie, wywołane tym, że Shafiq pozwolił przed księgarnią myślom po prostu płynąć, sugerowały, że niekoniecznie zorientuje się, że ktoś go obrobił…
- Jeśli wizyta w Ministerstwie nie jest konieczna, zrobię to tutaj – powiedział tylko Shafiq. Nie przepadał za budynkiem Ministerstwa. Ani w ogóle za żadnymi urzędami i tego typu instytucjami. Czuł się w nich bardziej klaustrofobicznie niż pośród starożytnych, na wpół zasypanych korytarzy. – Cathal Shafiq. Sowy można kierować do mieszkania trzynaście, przy Horyzontalnej siedem. Stałem przed księgarnią, kiedy chłopak na mnie wpadł. Wydało mi się to podejrzane, więc sprawdziłem kieszeń. Sakiewka, jak łatwo się domyśleć, znikła. Ruszyłem za złodziejem…
– Nie jestem złodziejem! – zaprotestował Edgar wściekle i znowu lekko się szarpnął, spoglądając na boki, jakby liczył, że moment, w którym Cathal mówi, wystarczy, by rozproszyć Patricka.
– …którego ręka prawdopodobnie całkowicie niechcący zabłąkała się do mojej kieszeni i jakoś przypadkiem złapała moją sakiewkę – uzupełnił Shafiq, nie zmieniając wyrazu twarzy. Przesypał zawartość swojej sakiewki na rękę, pokazując ją Stewardowi. Zakładał, że mężczyzna pewnie musi zweryfikować, czy w istocie nie była po prostu pełna knutów. – Z księgarni akurat wychodziła niejaka Poppy Sandor, która pracuje w sklepie zielarskim na Pokątnej i być może coś widziała, bo przebiegł tuż obok niej. Chłopak zapewne ma bardzo samobójcze skłonności, bo skierował się na Noktur. Resztę pan zna. Czy to wszystko?
Z powrotem umieścił pieniądze w sakiewce. A samą sakiewkę tym razem schował w wewnętrznej kieszeni płaszcza, obiecując sobie, że nie będzie więcej ryzykował. I jeśli Steward nie potrzebował od niego niczego więcej – Cathal po prostu odszedł, zostawiając Edgara w jego rękach. Sam miał zamiar skierować się do pierwotnego celu swojej wyprawy na Pokątną.