Moody swego czasu panią Bulstrode – pardon, panią Spencer-Moon – szanował. Grzeczna, rzeczowa, dobrze wykształcona, na "dzień dobry" zawsze odpowiadała... A potem została szefową Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, pod który podlega Biuro Aurorów, a więc i jako auror – Aaron Moody. Dwa lata czekał, aby jego podanie w sprawie rozszerzenia kompetencji aurorów zostało rozpatrzone pozytywnie. Nie zostało. Moody wnosił o przyznanie przedstawicielom aparatu prawa uprawnień na używanie zaklęć czarnomagicznych, a także o stosowanie środków przymusu wobec czarnoksiężników, którzy stwarzać mogą szczególne zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego. O podjęcie zdecydowanych działań w obliczu rosnącej potęgi Voldemorta, którego pretensje należałoby ukrócić, choćby tylko dla przykładu. A pani Spencer-Moon – nic. Od czasu ataków na Beltane nie chce się Moody'emu powtarzać nawet sławetnego: "a nie mówiłem". No bo można byłoby pomyśleć, że niby historyczka – że niby świadoma przenikania się świata magicznego z mugolskim – świadoma niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą śmierciożerczy terror... A to tylko kolejna karierowiczka, której moralność wcale nie jest taka kryształowa, jak mogłoby się wydawać. Nie ma co, wzdycha z rozczarowaniem Moody, za miesiąc trzeba będzie pisać podanie raz jeszcze.
Relacja przyjęta 20.03.26 (Dearg Dur)
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.