15.07.2025, 09:48 ✶
Głos. Ciepły męski baryton przebił się bez pudła przez rok morskich fal, wywołując momentalnie w zdradliwym ciele przyjemne mrowienie. Jak Jonathan dostał się na szczyt latarni, na wąski taras ze zbyt niską, zbyt cienką barierką by o niej w ogóle pamiętać nocną porą? O ileż lepsza to była scena dla dwójki aktorów, gdzie odsłonięta kurtyną był nocny firmament, deskami zaś chłodne kamienie swym kształtem uniemożliwiające zbyt wiele manewrów.
– Pożar… – podjął nie odwracając do niego głowy, patrząc wciąż przed siebie, nieruchomo, jakby sam był posągiem, elementem latarni niemożliwym do usunięcia. Jakby stał tu zawsze. Jakby to Selwyn był gościem, choć to w okolicy jego domu znajdowało się śpiące muzeum.
– …pożar co najwyżej oszczędził Ciebie mon ami. Nie było mnie wtedy w Anglii, bo zgodnie z Twoim wyrokiem opuściłem Londyn, aby spotkać świt otoczony tym co było moim ogrodem w Poisy.– Być może powinien nazwać to miejsce swoim domem, ale po odejściu Jonathana dawne schronienie było raczej więzieniem aniżeli miejscem, gdzie był w stanie się zregenerować.
Nim jego rozmówca zdążył zareagować, odwrócił się do niego, czując że pewnie da radę utrzymać jego spojrzeniem, jakąkolwiek emocje by niosła ze sobą przystojna twarz. – Ta druga część oczywiście była moją własną inwencją w zakresie spędzania wolnego czasu, który mi pozostał. – Teraz brzmiał na nieco rozbawionego samą ideą, jakby wspomnienie dojmującego smutku odbierającego jakąkolwiek radość z trwającej zbyt długo egzystencji, czy później - gdy już się obudził - swojego strachu, że mógłby zostać duchem i jego istnienie na zawsze byłoby przywiązane do miejsca, które zdecydowanie chciał przecież. – ...ale odwróćmy to. Pozwól mi się cieszyć na wyraźny dowód, że ogień nie był problemem dla Ciebie. Kiedy tylko dowiedziałem się o pożodze, zakładałem, że krążyłeś w samym jej środku gasząc co popadnie i wyciągając z gruzowisk mrówki, których jeszcze nie zebrała Kostucha? – Lekki ton? Być może. Włosy rozwiewane przez dmący od strony morza wiatr teraz zmierzwione okalały nawet lekko uśmiechniętą twarz. Bliżej było grymasowi jednak do początków ich znajomości, pozornie bezczelnych, choć ostrożnych u swoich podstaw rozmów podczas bali, gdy dopiero poznawali się wzajemnie. Teraz wiedzieli o sobie zbyt dużo. Wciąż za mało.
– Pożar… – podjął nie odwracając do niego głowy, patrząc wciąż przed siebie, nieruchomo, jakby sam był posągiem, elementem latarni niemożliwym do usunięcia. Jakby stał tu zawsze. Jakby to Selwyn był gościem, choć to w okolicy jego domu znajdowało się śpiące muzeum.
– …pożar co najwyżej oszczędził Ciebie mon ami. Nie było mnie wtedy w Anglii, bo zgodnie z Twoim wyrokiem opuściłem Londyn, aby spotkać świt otoczony tym co było moim ogrodem w Poisy.– Być może powinien nazwać to miejsce swoim domem, ale po odejściu Jonathana dawne schronienie było raczej więzieniem aniżeli miejscem, gdzie był w stanie się zregenerować.
Nim jego rozmówca zdążył zareagować, odwrócił się do niego, czując że pewnie da radę utrzymać jego spojrzeniem, jakąkolwiek emocje by niosła ze sobą przystojna twarz. – Ta druga część oczywiście była moją własną inwencją w zakresie spędzania wolnego czasu, który mi pozostał. – Teraz brzmiał na nieco rozbawionego samą ideą, jakby wspomnienie dojmującego smutku odbierającego jakąkolwiek radość z trwającej zbyt długo egzystencji, czy później - gdy już się obudził - swojego strachu, że mógłby zostać duchem i jego istnienie na zawsze byłoby przywiązane do miejsca, które zdecydowanie chciał przecież. – ...ale odwróćmy to. Pozwól mi się cieszyć na wyraźny dowód, że ogień nie był problemem dla Ciebie. Kiedy tylko dowiedziałem się o pożodze, zakładałem, że krążyłeś w samym jej środku gasząc co popadnie i wyciągając z gruzowisk mrówki, których jeszcze nie zebrała Kostucha? – Lekki ton? Być może. Włosy rozwiewane przez dmący od strony morza wiatr teraz zmierzwione okalały nawet lekko uśmiechniętą twarz. Bliżej było grymasowi jednak do początków ich znajomości, pozornie bezczelnych, choć ostrożnych u swoich podstaw rozmów podczas bali, gdy dopiero poznawali się wzajemnie. Teraz wiedzieli o sobie zbyt dużo. Wciąż za mało.