15.07.2025, 16:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.07.2025, 17:24 przez Icarus Prewett.)
Słowa Basila sprawiły, że zrobiło mu się niedobrze. Icarus miał ochotę nawrzeszczeć na brata, choć wiedział, że na pogrzebie nie było to możliwe. Zawsze taki idealny. Musiał zawsze coś zrobić, coś powiedzieć, co natychmiast pokazywało, jak nawet w takiej sytuacji Ari był tym gorszym, słabszym bratem. Tym, który mylił się we wszystkim w porównaniu z wielkim, przemądrym Basiliusem. Nawet przeprosiny nie pomagały w tej sytuacji.
— Daj spokój. Przynajmniej dzisiaj — rzucił cicho. — Nie każdy jest tobą.
Kiedy Basil odszedł, Icarus przez chwilę nie wiedział, co zrobić. Chciał wspierać Ellie, choć wiedział, że średnio się do tego nadawał. W palcach wciąż, jakby instynktownie, obracał smoczy wisiorek, który podarowała mu Florence. Trzymał go pod koszulą, nie pokazywał go Monie i na razie nie chciał, by go widziała. Nie chciał, żeby myślała sobie, że chciał z nią być tylko z powodu czyjejś ostatniej woli. Liścik pozostawił mętlik w jego głowie. Ostatnie słowa Florence do niego, ostatnia oczywista prawda, o której wiedział, ale nie potrafił przetrawić.
Wziął ze stolika kieliszek z winem. Za dużo myślał. Raz wydawało mu się, że jest jakaś nadzieja, innym razem ulatywała jak iluzja. Tylko alkohol odrobinę uspokajał jego myśli. A przynajmniej powodował, że w tej mieszaninie problemów, Icarus pogrążał się w tym jednym, podstawowym. Podtruwał się, niszczył od środka. Przed tamtą nocą chciał nawet z tym zerwać. Co za głupota... Nie dało się od tego uciec. Była to ostatnia stała w jego życiu. To nie zewnętrzny świat go niszczył, a on sam brał to w swoje ręce.
Tak naprawdę... bał się. Świat, w którym osoby takie jak Florence umierały, a przeżywali Śmierciożercy, napawał go przerażeniem. Nie chciał żyć w takim miejscu. Bycie kronikarzem nie miało sensu, kiedy zbliżał się koniec świata. Nie było nauki na błędach przeszłości. Wszystko zapętlało się w wiecznym cyklu nienawiści i samozniszczenia. Niszczyła każdego, kto wnosił do świata cokolwiek dobrego. Atreus przecież nie zasługiwał na takie cierpienie, a jednak obrywał od życia. Jaka w tym sprawiedliwość?
— Hej, Ellie... Trzymasz się jakoś? — nie oczekiwał nawet odpowiedzi. Wiedział, że jego siostra też ciężko przez to przechodziła. Nie chciał się kłócić z Basilem, choć ten doprowadzał go czasem do białej gorączki. Może to dlatego, że czuł się przy nim jak idiota. Albo jak zwykły człowiek, który stoi przed kamiennym posągiem - niewzruszonym i chłodnym. Basil nie miał przecież nałogów, był bohaterem Spalonej Nocy, bez połączeń z mafią, bez brudnych rąk. Bez brudnej krwi. Tyle, że Ellie potrzebowała ich. Tylko jak mogła się oprzeć na Icarusie, któremu samemu grunt osuwał się spod nóg?
— Daj spokój. Przynajmniej dzisiaj — rzucił cicho. — Nie każdy jest tobą.
Kiedy Basil odszedł, Icarus przez chwilę nie wiedział, co zrobić. Chciał wspierać Ellie, choć wiedział, że średnio się do tego nadawał. W palcach wciąż, jakby instynktownie, obracał smoczy wisiorek, który podarowała mu Florence. Trzymał go pod koszulą, nie pokazywał go Monie i na razie nie chciał, by go widziała. Nie chciał, żeby myślała sobie, że chciał z nią być tylko z powodu czyjejś ostatniej woli. Liścik pozostawił mętlik w jego głowie. Ostatnie słowa Florence do niego, ostatnia oczywista prawda, o której wiedział, ale nie potrafił przetrawić.
Wziął ze stolika kieliszek z winem. Za dużo myślał. Raz wydawało mu się, że jest jakaś nadzieja, innym razem ulatywała jak iluzja. Tylko alkohol odrobinę uspokajał jego myśli. A przynajmniej powodował, że w tej mieszaninie problemów, Icarus pogrążał się w tym jednym, podstawowym. Podtruwał się, niszczył od środka. Przed tamtą nocą chciał nawet z tym zerwać. Co za głupota... Nie dało się od tego uciec. Była to ostatnia stała w jego życiu. To nie zewnętrzny świat go niszczył, a on sam brał to w swoje ręce.
Tak naprawdę... bał się. Świat, w którym osoby takie jak Florence umierały, a przeżywali Śmierciożercy, napawał go przerażeniem. Nie chciał żyć w takim miejscu. Bycie kronikarzem nie miało sensu, kiedy zbliżał się koniec świata. Nie było nauki na błędach przeszłości. Wszystko zapętlało się w wiecznym cyklu nienawiści i samozniszczenia. Niszczyła każdego, kto wnosił do świata cokolwiek dobrego. Atreus przecież nie zasługiwał na takie cierpienie, a jednak obrywał od życia. Jaka w tym sprawiedliwość?
— Hej, Ellie... Trzymasz się jakoś? — nie oczekiwał nawet odpowiedzi. Wiedział, że jego siostra też ciężko przez to przechodziła. Nie chciał się kłócić z Basilem, choć ten doprowadzał go czasem do białej gorączki. Może to dlatego, że czuł się przy nim jak idiota. Albo jak zwykły człowiek, który stoi przed kamiennym posągiem - niewzruszonym i chłodnym. Basil nie miał przecież nałogów, był bohaterem Spalonej Nocy, bez połączeń z mafią, bez brudnych rąk. Bez brudnej krwi. Tyle, że Ellie potrzebowała ich. Tylko jak mogła się oprzeć na Icarusie, któremu samemu grunt osuwał się spod nóg?