15.07.2025, 17:05 ✶
Ten rok był dobrotliwy, jeśli chodziło o plony i Bertie każdego dnia był wdzięczny za to, że miał obok siebie Joshuę. Jakimkolwiek jednak wielkim optymistą by nie pozostawał, jakaś jego część nie mogła się martwić, kiedy dłonie zbierały kolejne dary matki matki natury. Magia nie działała tak jak powinna, wnikając w glebę i zmieniając dotychczasowy porządek. Bott nie był pewien czy na dobre czy może gorsze, jednak póki Alastor nic na ten temat nie mówił, próbował zachowywać spokój. Spokój, kiedy trzeba było przerobić cztery razy większe zbiory. Spokój, kiedy trzeba było odjąć cztery razy więcej plew. Spokój, kiedy znajdywali zmienione, nieco straszne okazy, z których niektóre były chętne odgryźć rolnikom ręce.
- Ah, schlebiasz mi Joshua - prawie się zarumienił, słysząc jak to on tylko może te bąbelki zrobić. - Ale nawet nie wiesz jak cieszy mnie, że moja propozycja przypadła ci do gustu. Piwo bowiem, najlepiej pić w towarzystwie - uśmiechnął się delikatnie, jakby nagle przemawiała przez niego jakaś stara ludowa prawda. - Ah, gnomiszcza - machnął ręką. Mogły być problemem, faktycznie, ale u Botta jedzenia było pod dostatkiem, na tyle że nawet szkodniki nie do końca spełniały rolę no... szkodników. - Póki nie rozprzestrzeniają się dalej, nie martwiłbym się nimi aż tak bardzo. To też stworzenia boże.
Bott kiwnął głową i ruszył do domu, pozwalając by Joshua zajął się ostatnim zrzuceniem taczki na kompost. On sam zagłębił się w posiadłości, z miejsca kierując do kuchni i z lodówki wyciągając dwie butelki ostatniej partii raptuśnikowego piwa. Zabrał jeszcze otwieracz i ruszył na nowo na dwór, przez moment może wahając się czy nie poczekać na werandzie, ale ostatecznie stwierdzając że im szybciej zimne piwo trafi w ręce Joshuy, tym milej dla wszystkich. Dlatego ruszył, długimi krokami przemierzając trawę w kierunku stodoły, gdzie zwykle odstawiali taczkę. Czerwieniejące niebo pociemniało nieco, ale Bott nie zwrócił na to większej uwagi - przecież noc nadchodziła coraz szybciej i zaraz się z nimi przywita.
- Proszę bardzo, jedno raptuśnikowe zimne raz - uśmiechnął się do Joshuy i podał mu butelkę. - Proszę, nie śpiesz się i rozsmakuj. Potrzebuję rzetelnej opinii.
- Ah, schlebiasz mi Joshua - prawie się zarumienił, słysząc jak to on tylko może te bąbelki zrobić. - Ale nawet nie wiesz jak cieszy mnie, że moja propozycja przypadła ci do gustu. Piwo bowiem, najlepiej pić w towarzystwie - uśmiechnął się delikatnie, jakby nagle przemawiała przez niego jakaś stara ludowa prawda. - Ah, gnomiszcza - machnął ręką. Mogły być problemem, faktycznie, ale u Botta jedzenia było pod dostatkiem, na tyle że nawet szkodniki nie do końca spełniały rolę no... szkodników. - Póki nie rozprzestrzeniają się dalej, nie martwiłbym się nimi aż tak bardzo. To też stworzenia boże.
Bott kiwnął głową i ruszył do domu, pozwalając by Joshua zajął się ostatnim zrzuceniem taczki na kompost. On sam zagłębił się w posiadłości, z miejsca kierując do kuchni i z lodówki wyciągając dwie butelki ostatniej partii raptuśnikowego piwa. Zabrał jeszcze otwieracz i ruszył na nowo na dwór, przez moment może wahając się czy nie poczekać na werandzie, ale ostatecznie stwierdzając że im szybciej zimne piwo trafi w ręce Joshuy, tym milej dla wszystkich. Dlatego ruszył, długimi krokami przemierzając trawę w kierunku stodoły, gdzie zwykle odstawiali taczkę. Czerwieniejące niebo pociemniało nieco, ale Bott nie zwrócił na to większej uwagi - przecież noc nadchodziła coraz szybciej i zaraz się z nimi przywita.
- Proszę bardzo, jedno raptuśnikowe zimne raz - uśmiechnął się do Joshuy i podał mu butelkę. - Proszę, nie śpiesz się i rozsmakuj. Potrzebuję rzetelnej opinii.