13.02.2023, 23:31 ✶
- Może z tego samego powodu, z którego zostawił wszystko inne – odparł portret zgryźliwym tonem. – Wyszedł i nie wrócił. Bezwartościowy gówniarz. Mam nadzieję, że utopił się w bagnie.
Mężczyzna z obrazu mógł mieć paskudny charakter albo żywił urazę wobec tego, w jakim miejscu przyszło mu egzystować. Ewentualnie w grę wchodziły oba.
- Mam – stwierdził ku zaskoczeniu Stewarda. – Nawet dwa. Położone w równie uroczych miejscach jak to – dodał z pewną goryczą w głosie. – Nie mam komu powiedzieć, że tu jesteś. A nawet gdybym miał, dlaczego miałbym to zrobić?
Cóż. Może niekoniecznie poinformowałby kogoś, nawet mając taką możliwość, że w tym domu powoli umiera kobieta…
Kolejne słowa Stewarda jednak wyraźnie wzbudziły w nim zainteresowanie. Ludzie z portretów byli tylko… namalowani, a jednak pod pewnymi względami zdawali się czasem zachowywać pewne elementy charakteru oryginału i jakiś instynkt samozachowawczy. Być może mężczyźnie z obrazu niekoniecznie uśmiechało się tkwienie tutaj, na powoli niszczejącym płótnie, po którym za parę lat nic nie zostanie.
- Spryciarz z ciebie, co? – oświadczył, choć ponownie określenie nie brzmiało ani trochę jak komplement. – Chcesz, żebym pokazał ci stąd drogę do Little Hangleton. Może nawet ją pamiętam…
Patrick przynajmniej dostał potwierdzenie. W pobliżu znajdowała się wioska, którą widział na mapie. O Little Hangleton mógł nawet słyszeć, bo chociaż była to miejscowość pełna mugoli, to nie brakowało w niej także czarodziejskich rodzin.
- …tylko skąd mam mieć pewność, że jak tylko cię stąd nie wyprowadzę, nie wrzucisz mojego portretu do jakiegoś jeziora? – dokończył, mierząc Patricka uważnym spojrzeniem. Coś w jego ciemnych oczach sugerowało, że kalkulował właśnie, czy układ się mu opłaca. Szacował ryzyko. Steward niestety miał rację, co do tego, że ta lokacja nie mogła przetrwać długo.
A ostatecznie istniały jeszcze dwa portrety, na które mógł się przenieść, gdyby Patrick postanowił się go pozbyć.
- Przyrzeknij – zażądał w końcu. – Zabierzesz mnie ze sobą, sprawisz mi nową, ładną ramę, a potem zadbasz, żebym zawisł w suchym miejscu. Jeżeli tak zrobisz, pomogę ci się stąd wydostać.
Jeżeli uzyskał przyrzeczenie, za progiem chaty faktycznie zaczął udzielać instrukcji. Niezbyt pewnych: zdawało się, że człowiek z portretu faktycznie doskonale zna, a raczej znał okolicę, ale wszystko musiało się zmienić od czasu, gdy widział ją po raz ostatni. Parę razy zmuszał Stewarda, by obracał się z nim wokół własnej osi albo podchodził do jakiegoś miejsca, tylko po to, by kazać mu potem zawrócić. Narzekał też dość chętnie na to, że to „wszystko kiedyś wyglądało inaczej” i „straszne, do czego musi się zniżać”. W końcu jednak, gdy zdawało się już, że celowo zwodzi Patricka… mgła zaczęła się przerzedzać. Nie minęło nawet bardzo dużo czasu: dom nie znajdował się wcale daleko od Little Hangleton, choć leżał w niemiłej lokalizacji i zapewne na granicy miejsca, gdzie przestawała działać magia. Tak czy inaczej, Patrick – zmęczony, ubłocony, mokry, z rękami trochę już obolałymi od dźwigania portretu – mógł zobaczyć najpierw normalną trawę i drzewa, a potem wreszcie zarys pierwszych zabudowań. Jego magia również wróciła: różdżka działała, a on mógł się teleportować.
O ile, oczywiście, chciał zaryzykować ponownie taką próbę…
Mężczyzna z obrazu mógł mieć paskudny charakter albo żywił urazę wobec tego, w jakim miejscu przyszło mu egzystować. Ewentualnie w grę wchodziły oba.
- Mam – stwierdził ku zaskoczeniu Stewarda. – Nawet dwa. Położone w równie uroczych miejscach jak to – dodał z pewną goryczą w głosie. – Nie mam komu powiedzieć, że tu jesteś. A nawet gdybym miał, dlaczego miałbym to zrobić?
Cóż. Może niekoniecznie poinformowałby kogoś, nawet mając taką możliwość, że w tym domu powoli umiera kobieta…
Kolejne słowa Stewarda jednak wyraźnie wzbudziły w nim zainteresowanie. Ludzie z portretów byli tylko… namalowani, a jednak pod pewnymi względami zdawali się czasem zachowywać pewne elementy charakteru oryginału i jakiś instynkt samozachowawczy. Być może mężczyźnie z obrazu niekoniecznie uśmiechało się tkwienie tutaj, na powoli niszczejącym płótnie, po którym za parę lat nic nie zostanie.
- Spryciarz z ciebie, co? – oświadczył, choć ponownie określenie nie brzmiało ani trochę jak komplement. – Chcesz, żebym pokazał ci stąd drogę do Little Hangleton. Może nawet ją pamiętam…
Patrick przynajmniej dostał potwierdzenie. W pobliżu znajdowała się wioska, którą widział na mapie. O Little Hangleton mógł nawet słyszeć, bo chociaż była to miejscowość pełna mugoli, to nie brakowało w niej także czarodziejskich rodzin.
- …tylko skąd mam mieć pewność, że jak tylko cię stąd nie wyprowadzę, nie wrzucisz mojego portretu do jakiegoś jeziora? – dokończył, mierząc Patricka uważnym spojrzeniem. Coś w jego ciemnych oczach sugerowało, że kalkulował właśnie, czy układ się mu opłaca. Szacował ryzyko. Steward niestety miał rację, co do tego, że ta lokacja nie mogła przetrwać długo.
A ostatecznie istniały jeszcze dwa portrety, na które mógł się przenieść, gdyby Patrick postanowił się go pozbyć.
- Przyrzeknij – zażądał w końcu. – Zabierzesz mnie ze sobą, sprawisz mi nową, ładną ramę, a potem zadbasz, żebym zawisł w suchym miejscu. Jeżeli tak zrobisz, pomogę ci się stąd wydostać.
Jeżeli uzyskał przyrzeczenie, za progiem chaty faktycznie zaczął udzielać instrukcji. Niezbyt pewnych: zdawało się, że człowiek z portretu faktycznie doskonale zna, a raczej znał okolicę, ale wszystko musiało się zmienić od czasu, gdy widział ją po raz ostatni. Parę razy zmuszał Stewarda, by obracał się z nim wokół własnej osi albo podchodził do jakiegoś miejsca, tylko po to, by kazać mu potem zawrócić. Narzekał też dość chętnie na to, że to „wszystko kiedyś wyglądało inaczej” i „straszne, do czego musi się zniżać”. W końcu jednak, gdy zdawało się już, że celowo zwodzi Patricka… mgła zaczęła się przerzedzać. Nie minęło nawet bardzo dużo czasu: dom nie znajdował się wcale daleko od Little Hangleton, choć leżał w niemiłej lokalizacji i zapewne na granicy miejsca, gdzie przestawała działać magia. Tak czy inaczej, Patrick – zmęczony, ubłocony, mokry, z rękami trochę już obolałymi od dźwigania portretu – mógł zobaczyć najpierw normalną trawę i drzewa, a potem wreszcie zarys pierwszych zabudowań. Jego magia również wróciła: różdżka działała, a on mógł się teleportować.
O ile, oczywiście, chciał zaryzykować ponownie taką próbę…