13.02.2023, 23:47 ✶
- Wpadłam się napić piwa – przytaknęła Mackenzie. – Chodzę tam raz na parę miesięcy.
Bary odwiedzała nieco częściej niż konkretnie Fontannę, choć zwykle wybierała te z dala od Horyzontalnej, robiła to maksymalnie raz na dwa tygodnie i zazwyczaj sięgała po bardzo słabe albo pozbawione alkoholu napoje. Puby dawały z jednej strony okazję do ucieczki od kieratu, w którym zwykle funkcjonowała, z drugiej zapewniały – zwłaszcza dzięki mocy metamorfomaga – pewną anonimowość. Samotność w tłumie. To była jedyna forma przebywania w tłumie, jaką potrafiła uznać za prawie przyjemną.
- Nie jestem pewna, czy tak samo rozumiemy zabawę… – dodała na propozycję z pewnym namysłem. Miała niejasne wrażenie, że dla Theodore’a oznaczało to na przykład dużo picia, dużo rozmawiania z ludźmi, jakieś granie i tak dalej, a może nawet, o zgrozo, oczekiwałby, że Mackenzie spróbowałaby flirtować z jakimiś klubowymi bywalcami.
Dla niej zabawą było latanie na miotle: długie włóczęgi, gdy nigdzie nie musiała się spieszyć albo skomplikowane manewry, wykonywane dla czystej zabawy, nie pod okiem trenera czy z drużyną. Nawet odwiedziny w Fontannie traktowała raczej jako coś w kategoriach zmiany środowiska niż pójścia się zabawić.
Wszelkie puby odeszły jednak w zapomnienie, gdy ruszyła rozwiązać tajemnicę drzwi. Jak burza przemknęła obok Theodore’a na dół, a potem przybiegła z powrotem, gdy on właśnie kończył swoje czułe wypowiedzi.
- Pewnie nie ma jej w domu. Odsuniesz się? – poprosiła, celując różdżką w zamek. – Alohomora!
Czar nie przyniósł efektu, choć charakterystyczny poblask sugerował, że Mackenzie rzuciła zaklęcie poprawnie. Greengrass zmarszczyła brwi: najwyraźniej pani Weasley zadbała o podstawowe zabezpieczenia przez złodziejami.
Dziewczyna nie miała jednak zamiaru się podać. Nie, kiedy coś niszczyło jej mieszkanie.
Ponowiła próby, a dwa inne zaklęcia zostały odbite. W końcu Mackenzie schowała po prostu różdżkę i z całej siły walnęła w drzwi barkiem. Jak się okazało – pani Weasley tak skupiła się na zabezpieczaniu wejścia magią, że drzwi same w sobie wykonane były z taniej sklejki i ustąpiły przed prostym, fizycznym atakiem.
Wpadły do środka, a Greengrass – razem z nimi. Po to, by wylądować na podłodze w przedpokoju.
Wilgotnej podłodze, pokrytej cieniutką warstewką wody…
- Jasny szlag – wymamrotała, klękając i spoglądając w stronę lekko uchylonych drzwi łazienki.
Bary odwiedzała nieco częściej niż konkretnie Fontannę, choć zwykle wybierała te z dala od Horyzontalnej, robiła to maksymalnie raz na dwa tygodnie i zazwyczaj sięgała po bardzo słabe albo pozbawione alkoholu napoje. Puby dawały z jednej strony okazję do ucieczki od kieratu, w którym zwykle funkcjonowała, z drugiej zapewniały – zwłaszcza dzięki mocy metamorfomaga – pewną anonimowość. Samotność w tłumie. To była jedyna forma przebywania w tłumie, jaką potrafiła uznać za prawie przyjemną.
- Nie jestem pewna, czy tak samo rozumiemy zabawę… – dodała na propozycję z pewnym namysłem. Miała niejasne wrażenie, że dla Theodore’a oznaczało to na przykład dużo picia, dużo rozmawiania z ludźmi, jakieś granie i tak dalej, a może nawet, o zgrozo, oczekiwałby, że Mackenzie spróbowałaby flirtować z jakimiś klubowymi bywalcami.
Dla niej zabawą było latanie na miotle: długie włóczęgi, gdy nigdzie nie musiała się spieszyć albo skomplikowane manewry, wykonywane dla czystej zabawy, nie pod okiem trenera czy z drużyną. Nawet odwiedziny w Fontannie traktowała raczej jako coś w kategoriach zmiany środowiska niż pójścia się zabawić.
Wszelkie puby odeszły jednak w zapomnienie, gdy ruszyła rozwiązać tajemnicę drzwi. Jak burza przemknęła obok Theodore’a na dół, a potem przybiegła z powrotem, gdy on właśnie kończył swoje czułe wypowiedzi.
- Pewnie nie ma jej w domu. Odsuniesz się? – poprosiła, celując różdżką w zamek. – Alohomora!
Czar nie przyniósł efektu, choć charakterystyczny poblask sugerował, że Mackenzie rzuciła zaklęcie poprawnie. Greengrass zmarszczyła brwi: najwyraźniej pani Weasley zadbała o podstawowe zabezpieczenia przez złodziejami.
Dziewczyna nie miała jednak zamiaru się podać. Nie, kiedy coś niszczyło jej mieszkanie.
Ponowiła próby, a dwa inne zaklęcia zostały odbite. W końcu Mackenzie schowała po prostu różdżkę i z całej siły walnęła w drzwi barkiem. Jak się okazało – pani Weasley tak skupiła się na zabezpieczaniu wejścia magią, że drzwi same w sobie wykonane były z taniej sklejki i ustąpiły przed prostym, fizycznym atakiem.
Wpadły do środka, a Greengrass – razem z nimi. Po to, by wylądować na podłodze w przedpokoju.
Wilgotnej podłodze, pokrytej cieniutką warstewką wody…
- Jasny szlag – wymamrotała, klękając i spoglądając w stronę lekko uchylonych drzwi łazienki.