Tak właściwie to i ona i Ambroise nosili na swoich barkach odpowiedzialność za dbanie o swoje rodziny. Nie miała pojęcia, kiedy tak do końca się to wydarzyło. Od zawsze starali się je godnie reprezentować, miała jednak wrażenie, że gdy się rozeszli to się nasiliło. Każde z nich zaangażowało się jeszcze bardziej w sprawy ich rodzin, jakoś tak naturalnie do tego doszło, bo mieli więcej czasu. Nie wydawało jej się, aby w tej chwili powinni podążać tą drogą. Nie, kiedy musieli poukładać swój, wspólny świat. Dobrze byłoby wrócić do dawnego porządku. Miała świadomość, że to wcale może nie być takie łatwe. Otoczenie przywykło do tego, że brali na siebie sporo i będą musieli przypomnieć o tym, że mają swoje życia.
Był to chyba odpowiedni moment. Geraldine przez ostatni czas była gotowa rzucać wszystko, by pomagać najbliższym, zajmowała się w dużej mierze tym, o co prosił ją ojciec. Pojawiała się w wielu miejscach jako reprezentantka klubu łowieckiego, błyszczała na salonach jako ich dziedziczka, tyle, że poza tym, że pokazywała się między ludźmi niczego to ze sobą nie niosło. Miała świadomość tego, jak wyglądał ich świat, nie była w stanie go zmienić. Wiedziała, że nie będzie w stanie przejąć tego statusu oficjalnie, chociaż należał jej się za to co dla nich robiła. Zresztą nie mieli lepszego kandydata od niej, tak naprawdę nawet kutasa miała największego ze swoich braci, nawet jeśli istniał tylko w teorii. Nie do końca jej się to podobało. Powinna porozmawiać o tym z ojcem, ale nie do końca wiedziała, jak miałaby do tego podejść. Jakoś tak potoczyło się wszystko, że żaden z jej braci raczej nie nadawał się do tego, aby zostać w przyszłości oficjalną głową ich rodu. Jeden był chuj wie gdzie, nie wiadomo, czy nadal żył, a drugi został wampirem. Nikt nie chciałby oddawać losu swojej rodziny bestii, szczególnie Yaxleyowie, to nie mogło mieć miejsca. Nie zamierzała również pozwolić na to, by ktoś z bocznej linii zajął ich miejsce. Nie po tym, co dla nich robiła. Sytuacja była trudna, na pewno z czasem znajdzie jakieś rozwiązanie, na szczęście ojciec jeszcze nie wybierał się za zasłonę.
Może i sama pragnęła raczej świętego spokoju, ale nie miała zamiaru odpuszczać, nadal gdzieś w niej siedziała chęć do rywalizacji, pokonywania najtrudniejszych wyzwań. Może więc odejście od konwenansów, zmiana podejścia były czymś, czym powinna się zająć? Nie miałaby nic przeciwko temu, by znowu trochę namieszać w tym konserwatywnym świecie. Od lat walczyła ze stereotypami związanymi z płcią, to nie byłoby dla niej nic nowego.
Dostrzegała to, że jej brat nie chciał pomocy. Próbowała dawać mu wszystko, czego potrzebował, próbowała go zrozumieć, tyle, że nic z tego nie wychodziło. Był oporny na jej wszystkie próby. Nie zamierzała walić głową w mur - szczególnie, że nie prynosiło to żadnych efektów. Nie należała do osób, które altruistycznie chciały poświęcać swoje życie dla innych. Nie teraz, na pewno nie w tym momencie, w którym jej własne życie zaczęło znowu się układać. Musiała odezwać się do ojca, poprosić go o pomoc, zresztą wiedziała, że jej nie odmówi. Nigdy tego nie robił, miał do niej sentyment, od zawsze mogła przyjść do niego ze wszystkim, nigdy nie był obojętny na jej prośby. To ułatwiało sprawę, w tym wypadku nie wydawało jej się również, aby matka była skłonna zostawić swojego ulubionego syneczka na pastwę losu, więc wszystko mogło się jakoś ułożyć.
- Na wiele sposobów. - To był fakt. Próbowali, tylko nic z tego nie wyszło, nigdy nie miało wyjść, skoro Astaroth nie chciał przyjąć pomocy. Zafiksował się na swoim dramacie i nie był w stanie zacząć o siebie dbać.
- Tak naprawdę to nie wiem nawet, kto jest ich uzdrowicielem. Ja korzystałam z pomocy Florence. - Ufała przyjaciółce na tyle, żeby przychodzić do niej z każdą pierdołą. Bulstrode zawsze była gotowa ją wesprzeć, ratowała jej dupę w wielu przypadkach. Zdecydowanie wolała korzystać z pomocy zaufanej osoby, a kobieta należała do dość wąskiego grona przyjaciół, które miała. Nigdy nie zadawała niewygodnych pytań, tylko jej pomagała, to było całkiem wygodne w przypadku tego, co Yaxley robiła w swoim wolnym czasie.
- Nie wiem, czy to coś zmieni, ale warto przekazać mu te informacje. - Ambroise oczywiście miał rację, zresztą nie zamierzała wchodzić w jego kompetencje, to on był uzdrowicielem, a nie ona. Wiedział co robi, miał spore doświadczenie. Postąpią tak, jak będzie uważał za słuszne. Jeśli ta wiedza będzie miała jakoś pomóc tamtemu człowiekowi to powinni mu ją przekazać.
- Wiem, że Benjy jest zajebisty w tym co robi... - Zaczęła mówić spokojnie, naprawdę doceniała umiejętności Fenwicka, ale nie chciała wiecznie go prosić o pomoc, było jej dość głupio z tego powodu, że ciągle był im do czegoś potrzebny, robił to póki co bezinteresownie, nie mogli co chwilę go czymś obciążać. - To mój kuzyn, może nie spotykaliśmy się zbyt często, ale ojciec może go rozpoznać, nie wiem jak zareaguje, nie wiem, czy go nie pozna, a nie chciałabym, żeby przeze mnie się narażał. - Tak naprawdę nikt nie musiał go nawet zobaczyć, jednak Yaxleyówna brała pod uwagę najgorsze scenariusze. Nie miała pojęcia, w jaki sposób Gerard zareagowałby na obecność syna swojej młodszej siostry. Wiedziała, że rodzina była dla niego bardzo ważna, był w stanie zrozumić naprawdę sporo, ale to chyba nie był odpowiedni moment, jeszcze nie teraz. Póki co sama miała z nim dość napięte stosunki, chociaż powoli zaczęła to porządkować, ba wydawało jej się nawet, że mogliby stać się bardzo silnym duetem na polu walki, zresztą mieli szansę już to sprawdzić.
- Chyba sami powinniśmy się tym zająć. - To wydawało jej się być bardziej właściwym rozwiązaniem.
- Może znajdzie się w nim jakaś kelpie... - Dodała z uśmiechem. Oczywiście, że jeśli takie stworzenie by się tam trafiło, to musiałaby je zlikwidować, tym razem szybko i bezbłędnie. Miała przecież doświadczenie z przeszłości...
- Skoro tak, to nie widzę żadnych przeciwwskazań, przyjemnie się zasypia, kiedy fale rozbijają się o klify. - Mogli więc poszukać domu nad morzem, bo czemu by nie. Mieli sporo możliwości, należeli w końcu do majętnych osób i mogli spełniać swoje wszystkie zachcianki.
- Ciekawe dlaczego padło właśnie na Ciebie. - Oczywiście mógł to być przypadek, ale czy faktycznie powinni to za to uznać? Nie wydawało jej się, by Roise jakoś specjalnie narażał się poplecznikom Voldemorta, może poza tym, że pomścił Amandę, o czym jej wspomniał. Na pewno nie pozostawił po sobie żadnych śladów, nie miała co do tego żadnych wątpliwości, bo Greengrass podchodził rozsądnie to takich spraw. Nikt nie wiedział jednak, co kierowało tymi pojebami, nie patrzyli na to w kogo uderzają, niby pierdolili o czystości krwi, a atakowali swoich, to znaczy czystokrwistych.
- To całkiem rozsądne, nie wiadomo, kiedy znowu coś się wydarzy. Oni przekraczają granice, nie patrzą na nic, ani na nikogo. Za miastem może być bezpieczniej. - Na pewno było, szczególnie nie w tych popularnych wśród czarodziejskiej społeczności miejscowościach. To chyba nie był taki głupi pomysł. Będą musieli porozmawiać z Corio o różnych możliwościach. Jasne, Londyn był całkiem wygodny, wszystko znajdowało się na wyciągnięcie ręki, ale powinni myśleć szerzej, szukać dla siebie odpowiedniego miejsca na ziemi, a dobrze było mieć najbliższych przy sobie. Co by tu dużo nie mówić, Lestrange stał się ich rodziną mimo tego, że nie łączyły ich więzy krwi.