16.07.2025, 10:00 ✶
Nicość.
Równowaga.
Wolność.
Błogosławiona śmierci, starsza siostro snu…
Powiedzieć, że spał jak zabity to mało. On przecież już nie żył, pozbawiony świadomości pozbawiony tego wszystkiego czego…
Jej śmiech był dziwnym dodatkiem do tej czerni. Nie zrozumiał go i nie rozpoznał w pierwszej chwili. Śmiech nie mogący przecież należeć do żadnego z demonów, a przecież nie mógł trafić do jakiegokolwiek spokojnego nieba. Nie po życiu, które prowadził. Złośliwe duszki unoszące się nad zbożami, czekającego by rozebrać go ze wspomnień? Czemu jednak nie stał, a czuł bardzo wyraźnie czuł, że leżał. Że jego plecy, pośladki nogi, też przecież kark i tył głowy dotykają czegoś a ciało nieznośnie ciąży.
Ten śmiech wrócił, rozbawiony chichotała, irytująco lekki nad jego zwłokami, a wraz z nim pojawiła się świadomość dotyczącą właścicielki tegoż.
Irytacja wzmogła, choć wciąż nie był do końca pewien co takiego się stało. Czy wampir może zostać ghulem? Czy duch może czuć ciężar? W końcu szczęśliwie (bo wbrew pozorom nasz sponiewierany hrabia nie był aż tak głupi, a zbyt dobrze wyspany) zrozumiał, że jednak jego randez-vous miał z młodszym bratem Kostuchy. Odtwarzając tropy i wspomnienia z pewnym zażenowaniem dotarł do punktu w którym mógł też połączyć jego wyobrażenie śmierci z chichoczacym podlotkiem.
Usiadł na łóżku. Spionizowal się w ten kuriozalny sposób w jaki ludzie lubili ukazywać wstające wampiry. Co właściwie chciał zrobić? Co właściwie myślał o sprawie? Krótki rzut okiem na okolice dał mu pewien *obraz*, unikatowego mariażu makabreski i sielanki. Uroczy pokoik, czuwająca nad śpiącym niewiasta umilajaca sobie lekturą czas. Uroczy pokoik z zaklejonymi oknami, pokryty wciąż kurzem przeszłości w którym zalągł się szkodnik.
Nie dość, że przez nią jego ukochany nie był ostatnią rozmawiającą z nim osobą, to jeszcze jego ostatni wieczór nie wyglądał tak jak zaplanował, nie był ostatni, przegapił świt i kalał oczy tym… tym… musiał przyznać w bardzo ładnym odcieniu kocem.
Zacisnął palce na materiale i puścił je. Nie oddychał, nie czerwienił się. Jego serce nie waliło w furii. Ostatecznie i tak był martwy, przynajmniej według niektórych interpretatorów wampirzej fizjologii.
Zsunął nogi z brzegu łóżka i dotknął bosymi stopami podłogi pokrytej wciąż miękkim pyłem. Nigdzie nie było gramofonu i odkrył, że przyjmuje ten fakt z ulgą. Ostentacyjnie, absolutnie obrażony nie patrzył w stronę intruza, choć wszystkie jego pozostałe zmysły skalibrowane były na to, by odbierać każdy jej najmniejszy ruch tudzież jego brak.
Ze wszystkich miejsc podszedł do butelki i ujął ją za szyjkę szukając na niej metki jakby miał do czynienia z winem.
– Jaki rocznik? – zapytał pozornie obojętnie, przelewając krew do kielicha. Ssanie było intensywne, ale nie takie, by stracił nad sobą kontrolę. Na bogów, w końcu nie miał stu lat żeby rzucać się na widok przeciętego opuszka!
W boleśnie znajomym geście ujął palcami brzeg pucharu, drugą załapał nieco prymitywniej za szyjkę butelki i ruszył w kierunku swojego kata. Czy anty-kata, skoro nie zjednał się ze spalonym kwieciem, skoro najprawdopodobniej dokonała swojej anty-egzekucji i zmusiła go do życia. Zatrzymał się przy fotelu i wyciągnął ku niej rękę z naczyniem w zapraszającym geście. Jego twarz była ściągnięta napięciem, usta przypominały wąska linie ale niech jej będzie. On wystawił kiedyś do wiatru jej oczekiwania, teraz ona jego. Dlaczego wampiry były tak absurdalnie pamiętliwe?
Równowaga.
Wolność.
Błogosławiona śmierci, starsza siostro snu…
Powiedzieć, że spał jak zabity to mało. On przecież już nie żył, pozbawiony świadomości pozbawiony tego wszystkiego czego…
Jej śmiech był dziwnym dodatkiem do tej czerni. Nie zrozumiał go i nie rozpoznał w pierwszej chwili. Śmiech nie mogący przecież należeć do żadnego z demonów, a przecież nie mógł trafić do jakiegokolwiek spokojnego nieba. Nie po życiu, które prowadził. Złośliwe duszki unoszące się nad zbożami, czekającego by rozebrać go ze wspomnień? Czemu jednak nie stał, a czuł bardzo wyraźnie czuł, że leżał. Że jego plecy, pośladki nogi, też przecież kark i tył głowy dotykają czegoś a ciało nieznośnie ciąży.
Ten śmiech wrócił, rozbawiony chichotała, irytująco lekki nad jego zwłokami, a wraz z nim pojawiła się świadomość dotyczącą właścicielki tegoż.
Irytacja wzmogła, choć wciąż nie był do końca pewien co takiego się stało. Czy wampir może zostać ghulem? Czy duch może czuć ciężar? W końcu szczęśliwie (bo wbrew pozorom nasz sponiewierany hrabia nie był aż tak głupi, a zbyt dobrze wyspany) zrozumiał, że jednak jego randez-vous miał z młodszym bratem Kostuchy. Odtwarzając tropy i wspomnienia z pewnym zażenowaniem dotarł do punktu w którym mógł też połączyć jego wyobrażenie śmierci z chichoczacym podlotkiem.
Usiadł na łóżku. Spionizowal się w ten kuriozalny sposób w jaki ludzie lubili ukazywać wstające wampiry. Co właściwie chciał zrobić? Co właściwie myślał o sprawie? Krótki rzut okiem na okolice dał mu pewien *obraz*, unikatowego mariażu makabreski i sielanki. Uroczy pokoik, czuwająca nad śpiącym niewiasta umilajaca sobie lekturą czas. Uroczy pokoik z zaklejonymi oknami, pokryty wciąż kurzem przeszłości w którym zalągł się szkodnik.
Nie dość, że przez nią jego ukochany nie był ostatnią rozmawiającą z nim osobą, to jeszcze jego ostatni wieczór nie wyglądał tak jak zaplanował, nie był ostatni, przegapił świt i kalał oczy tym… tym… musiał przyznać w bardzo ładnym odcieniu kocem.
Zacisnął palce na materiale i puścił je. Nie oddychał, nie czerwienił się. Jego serce nie waliło w furii. Ostatecznie i tak był martwy, przynajmniej według niektórych interpretatorów wampirzej fizjologii.
Zsunął nogi z brzegu łóżka i dotknął bosymi stopami podłogi pokrytej wciąż miękkim pyłem. Nigdzie nie było gramofonu i odkrył, że przyjmuje ten fakt z ulgą. Ostentacyjnie, absolutnie obrażony nie patrzył w stronę intruza, choć wszystkie jego pozostałe zmysły skalibrowane były na to, by odbierać każdy jej najmniejszy ruch tudzież jego brak.
Ze wszystkich miejsc podszedł do butelki i ujął ją za szyjkę szukając na niej metki jakby miał do czynienia z winem.
– Jaki rocznik? – zapytał pozornie obojętnie, przelewając krew do kielicha. Ssanie było intensywne, ale nie takie, by stracił nad sobą kontrolę. Na bogów, w końcu nie miał stu lat żeby rzucać się na widok przeciętego opuszka!
W boleśnie znajomym geście ujął palcami brzeg pucharu, drugą załapał nieco prymitywniej za szyjkę butelki i ruszył w kierunku swojego kata. Czy anty-kata, skoro nie zjednał się ze spalonym kwieciem, skoro najprawdopodobniej dokonała swojej anty-egzekucji i zmusiła go do życia. Zatrzymał się przy fotelu i wyciągnął ku niej rękę z naczyniem w zapraszającym geście. Jego twarz była ściągnięta napięciem, usta przypominały wąska linie ale niech jej będzie. On wystawił kiedyś do wiatru jej oczekiwania, teraz ona jego. Dlaczego wampiry były tak absurdalnie pamiętliwe?