16.07.2025, 12:33 ✶
Patrzyłem na horyzont, na linię morza, gdzie czerń wody i nieba stapiała się niemalże bezszelestnie, a gdzieś daleko od brzegu mignęło światło łodzi. Z Prudence było inaczej - sam się sobie dziwiłem, jak łatwo przychodziło mi siedzieć z nią i po prostu mówić. Nie musiałem się pilnować. Nie musiałem odliczać w głowie, ile jeszcze słów na mój temat mogło paść, zanim powinienem się zamknąć, by nie powiedzieć o sobie za dużo. Nie musiałem się zastanawiać, co jej wolno wiedzieć, a czego nie. Z nią to wszystko po prostu płynęło - czasem spokojnie, czasem rwącym nurtem. Mogliśmy odbić od bzdurnych żartów i wylądować na czymś cięższym, mogliśmy bez ostrzeżenia znowu odbić w stronę głupot, i nie miałem poczucia, że coś tracę albo zaraz będę tego żałował. Nie musiałem się zmuszać, nie musiałem rozważać, czy warto. Było w niej coś, co mnie cholernie ciągnęło do tej swobody, otwartości. Nie wiedziałem nawet, co dokładnie - może chodziło o jej zachowanie...
Właśnie taką ją lubiłem. Nie wyprasowaną i poprawną, tylko taką, jaka była teraz - z tym lekko figlarnym tonem, z tym ciepłem w oczach, ze wszystkim, co sprawiało, że chciałem tu siedzieć, zamiast szukać pretekstu, żeby zniknąć. Nawet jeśli wiedziałem, że różnimy się wszystkim, czym się da, i na dłuższą metę pewnie by nas to zjadło... Właśnie przez to chciałem więcej. Chciałem wiedzieć, co jeszcze tam ma, co mi pokaże, co przede mną schowała. Może dlatego nie miałem ochoty się odsuwać, nie wyciągałem żadnych swoich starych sztuczek na trzymanie dystansu. Może dlatego byłem tu, a nie pięćset mil dalej. Miała w oczach coś, co mówiło mi, że rozumie więcej, niż powinna, a jednak nie naciska.
Pozwoliłem sobie na chwilę ciszy, obserwując jak spokojny nastrój zapada między nami, a potem uniosłem brew i spojrzałem na nią z błyskiem w oku. Zachciało mi się parsknąć śmiechem, ale powstrzymałem się w ostatniej chwili, zamiast tego tylko rozciągnąłem usta w półuśmiechu - nie do końca rozbawionym, nie do końca poważnym. Ot, w sam raz. Powietrze było chłodne, wilgotne, ale między nami panowało coś, co grzało bardziej niż letnie słońce - ciepło bliskości, które sprawiało, że każdy dotyk, gest wydawał się mieć znaczenie. Obejmowałem ją ramieniem, przyciągając do siebie tak, żeby znalazła się jak najbliżej, a ona nie protestowała, wręcz przeciwnie - czułem, jak opiera się lekko, jakby szukała tego kontaktu tak samo jak ja. Uśmiechnąłem się pod nosem i kiwnąłem głową - ten pomysł, żeby tu przyjść, był naprawdę dobry. To było inne niż wszystko, do czego byłem przyzwyczajony - zazwyczaj trzymam ludzi na dystans, pozwalam im zobaczyć kawałek, który sobie wybiorę, resztę chowam w cieniu i czekam, aż odpuszczą... Nie tym razem. Miałem wrażenie, że patrzenie w jej oczy było najzupełniej naturalne - może nie romantyczne czy przesadnie poetyckie, ale szczere, zwyczajne i odpowiednie. Między nami było ciepło, naprawdę przyjemnie, jak gdybyśmy na chwilę odcięli się od świata i wszystkich jego problemów, miejskich zgiełków... Siedząc tam, w ciszy, która nie domagała się słów, pozwoliłem sobie na ten spokój. Ta chwila miała coś z intymności, której dawno nie doświadczałem - nie było potrzeby nic mówić, tylko czuć, jak obecność drugiego człowieka koi i uspokaja.
- Zlobiłbym, zlobiłbym. - Mruknąłem leniwie, ledwie zauważalnie wzruszając ramionami, jakbym rozmawiał o czymś, co od zawsze było oczywiste. Przekrzywiłem głowę, patrząc na nią, kiedy mówiła o urlopie. Brzmiało to prawie zabawnie, a jednocześnie cholernie smutno. Nie miała pojęcia, jak się odpoczywa, w sumie, sam nie byłem w tym mistrzem, ale przynajmniej próbowałem.
- Wiesz, sze umiem. - Odpowiedziałem wreszcie spokojnie, a na ustach błąkał mi się półuśmiech, który mówił jej pewnie więcej niż wszystkie moje zdania. - Potlafię malnowaś czas tak, szeby był najbaldziej besploduktywny, jak tylko szię da. - Pokręciłem głową z rozbawieniem, bo wcale nie wątpiłem, że to będzie trudne - o, tak, Prudence Bletchley była trudnym przypadkiem, ale nie zamierzałem się na to skarżyć. - Znajdę doble miejsce, umowa to umowa. - Kiwnąłem głową z udawanym namaszczeniem, stukając palcem w wierzch jej dłoni, jakbym pieczętował kontrakt. - Słowo szię szekło, jak splóbujesz szię wymigaś, to cię znajdę i zaciągnę na ten piepszony urlop, choćbyś plotestowała.
Patrzyłem, jak się rozluźnia, pod tym wszystkim, co nosiła na barkach, zaczyna wyglądać na lekką. To było coś, czego chciałem - właśnie tego - nie silenia się na maski, nie tej jej wyuczonej, poważnej miny, tylko tej kobiety, która potrafi śmiać się z moich głupot i przerzucać się ripostami, jakbyśmy znali się sto lat.
Nie spodziewałem się, że Prudence tak łatwo zaufa mi, otworzy przede mną drzwi do swojego osobistego świata - do jej gotyckiego, uroczego mieszkania, które było dla niej czymś więcej, niż tylko przestrzenią. To było jej miejsce, jej gniazdko, i to pozwolenie, bym do niego wszedł, było naprawdę wielkim zaufaniem - większym, niż ktokolwiek inny okazywał mi od dawna. Uśmiechnąłem się pod nosem, kiwając głową. Pomysł, który zaproponowała, był naprawdę dobry, chociaż nie spodziewałem się, że okaże mi aż takie zaufanie. Wpuścić kogoś do swojego miejsca… Cholera, znałem ludzi, którzy nie dopuszczali nikogo bliżej niż na metr. Znałem to z autopsji.
Patrzyłem jeszcze przez chwilę w horyzont, w ciemność, gdzie niebo zlewało się z morzem, i uśmiechałem się do siebie, rozbawiony słowem, którego użyła Prudence. Mogłem jej to wybaczyć, mógłbym zamknąć oko na jej nonszalancję, ale nie byłem z tych, którzy puszczają coś takiego płazem, no, tak - czasem po prostu musiałem coś palnąć. Pozwoliłem więc, by zapadła cisza, zanim uniosłem brew i przeniosłem wzrok na nią, patrząc z błyskiem w oku.
- Plowadzamy szię ze sobą, tak? - Powtórzyłem, rozbawiony, z tym spokojnym tonem, który wcale nie był taki spokojny, jeśli się go dobrze słuchało. - Wiesz, to brzmi powasznie. Baldziej nisz jakikolwiek pszelotny układ. Wiesz, zwykle tak mówią ludzie, któszy mają ze sobą coś więcej nisz chwilę, no nie? Powinienem chyba czuś plesję. - Uśmiechnąłem się szerzej. - Na szczęście jestem powasznym facetem i zamiast lobiś tszy kloki w tył, zamieszam wziąś odpowiedzialność, skolo jusz nie jestem tylko twoim pszyjacielem s zaglanisy, któly od czasu do czasu wyśle pocztówkę, zlobiłaś ze mnie swojego chłopaka... Chcesz tego czy nie, pielwsze słowo do dziennika... - Wpatrywałem się w nią uważnie, bez mrugnięcia, bez odwracania wzroku, bo było dla mnie zupełnie naturalne, że na siebie patrzymy. Wiedzieliśmy oboje, że nie tworzyliśmy podstaw do klasycznego związku - przyszłość nie była częścią tego, co teraz dzieliliśmy, ale nic nie przeszkadzało nam w prowadzaniu się ze sobą choćby przez chwilę. Zresztą bawiło mnie to całe zmieszanie, które chciałem w niej wywołać. Wystarczyło być bohaterem wieczoru, żeby zostać jej chłopakiem - cóż za świat.
- Nasz związek pszeskoczył o kilka stopni w pazeciągu kilku godzin, imponujące tempo. - Powiedziałem bezczelnie, puszczając do niej oko i pozwalając temu zdaniu opaść w ciszy. Zaśmiałem się cicho, bardziej pod nosem niż na głos, bo wiedziałem, że im ciszej się z niej droczę, tym bardziej to działa. Nie miałem wątpliwości, że Prue potrafiłaby mnie udusić, gdyby miała powód. Na szczęście - nie miała. Była dla mnie jak powiew chłodnego wiatru na rozgrzanej, pustej pustyni. Właśnie tak to opisałbym, gdyby ktoś mnie zmusił do gadania, lecz w tej chwili nie potrzebowałem o tym mówić. Wiedziała to, bo byłem obok - jeszcze nie wstałem, zamiast się zwinąć, pozwalałem sobie ją obejmować, czuć pod dłonią to ciepło, którego przez tyle lat udawałem, że wcale nie potrzebuję, i cholernie dobrze mi było, że mogę - mogłem ją objąć, rozmawiać z nią, słuchać, jak mówi o bzdurach i ważnych rzeczach, mogłem dorzucać swoje trzy grosze, czasem żartem, czasem półprawdą...
- Elias laszej powinien wiedzieś, sze zawsze robię wszystko dlatego, isz tego chcę. Baldzo tludno mieś na mnie wpływ, jeśli tego nie chcę, potlafię byś upalty. - Spojrzałem na Prudence i odparłem, z lekką perfidią w głosie. - Choś, plawdę mówiąs, twój brat wie tesz doskonale, że szię nie wiąszę, mosze więs byś tlochę podejszliwy. Mosze nawet uzna cię za manipulantkę, szczególnie sze, jako członek losiny, pewnie nie docenia w tobie tego samego, co ja. - Stwierdziłem. Nie dodawałem nic więcej, zostawiłem ją z tym, co mogła sobie wyobrazić, pozostawiając pole do domysłów. Pozostawiłem te słowa w zawieszeniu, nie dopowiadając nic więcej, dając jej pole do własnych domysłów.
Pozwoliłem sobie westchnąć teatralnie, udając, że cierpię od jej wyznań, odnośnie potrzeby kontroli, a jednocześnie przyciągnąłem ją odrobinę bliżej ramieniem, żeby nie było wątpliwości, że wcale nie zamierzam się odsuwać. Odwzajemniłem jej spojrzenie, nie uciekając wzrokiem, nie mrugając ani nie patrząc gdzie indziej. Wpatrywaliśmy się w siebie przez chwilę, jakby to było najbardziej naturalne, co moglibyśmy w tym momencie robić. Ten sposób patrzenia wydawał mi się wręcz przyziemny, ale w gruncie rzeczy nie miał w tym nic złego. Byliśmy dorośli, ona była atrakcyjną kobietą, między nami istniał wyraźny pociąg, a nasza relacja, chociaż nieokreślona i nie nazwana, odpowiadała nam obojgu. Znałem jej nastawienie, widziałem, kim była, ona znała mnie z całym moim bagażem i niedoskonałościami. Mimo że znaliśmy się słabo, byliśmy świadomi różnic, które nas dzieliły - a te różnice były naprawdę znaczące. Nie wiedziałem, co w niej było, nie potrafiłbym tego wytłumaczyć, nawet gdybym musiał, ale wiedziałem, że chcę tu siedzieć, chcę ją trzymać blisko, bo całkiem dobrze mi z tym wszystkim, co dawno wypchnąłem z siebie i zamknąłem na cztery spusty. Z Prudence to wracało. Czułem, jak to jest - w tym dobrym sensie - siedzieć z kimś i nie musieć się pilnować, jakie to jest dziwnie łatwe, kiedy siadam obok niej, obejmuję ją ramieniem i wiem, że nie muszę natychmiast wstać, wymigać się, rzucić żartu na odczepnego, odsunąć się na metr, żeby zachować ten idiotyczny margines bezpieczeństwa, który przez lata robił za barierę ochronną między mną a resztą świata. Z Prudence to działało inaczej. Nie wiedziałem, czy to kwestia tej jej cichej cierpliwości, czy może tej niepokojącej nuty w spojrzeniu, tej wiecznej gotowości, żeby rozłożyć coś na czynniki pierwsze i sprawdzić, co naprawdę ma w środku. Była w niej jakaś miękka surowość - paradoks, wiem - ale chyba właśnie to mnie kupowało. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym - bez wielkich deklaracji. Tak, jakby po latach dusznego, suchego powietrza ktoś otworzył okno i wpuścił wreszcie trochę tlenu...
Właśnie taką ją lubiłem. Nie wyprasowaną i poprawną, tylko taką, jaka była teraz - z tym lekko figlarnym tonem, z tym ciepłem w oczach, ze wszystkim, co sprawiało, że chciałem tu siedzieć, zamiast szukać pretekstu, żeby zniknąć. Nawet jeśli wiedziałem, że różnimy się wszystkim, czym się da, i na dłuższą metę pewnie by nas to zjadło... Właśnie przez to chciałem więcej. Chciałem wiedzieć, co jeszcze tam ma, co mi pokaże, co przede mną schowała. Może dlatego nie miałem ochoty się odsuwać, nie wyciągałem żadnych swoich starych sztuczek na trzymanie dystansu. Może dlatego byłem tu, a nie pięćset mil dalej. Miała w oczach coś, co mówiło mi, że rozumie więcej, niż powinna, a jednak nie naciska.
Pozwoliłem sobie na chwilę ciszy, obserwując jak spokojny nastrój zapada między nami, a potem uniosłem brew i spojrzałem na nią z błyskiem w oku. Zachciało mi się parsknąć śmiechem, ale powstrzymałem się w ostatniej chwili, zamiast tego tylko rozciągnąłem usta w półuśmiechu - nie do końca rozbawionym, nie do końca poważnym. Ot, w sam raz. Powietrze było chłodne, wilgotne, ale między nami panowało coś, co grzało bardziej niż letnie słońce - ciepło bliskości, które sprawiało, że każdy dotyk, gest wydawał się mieć znaczenie. Obejmowałem ją ramieniem, przyciągając do siebie tak, żeby znalazła się jak najbliżej, a ona nie protestowała, wręcz przeciwnie - czułem, jak opiera się lekko, jakby szukała tego kontaktu tak samo jak ja. Uśmiechnąłem się pod nosem i kiwnąłem głową - ten pomysł, żeby tu przyjść, był naprawdę dobry. To było inne niż wszystko, do czego byłem przyzwyczajony - zazwyczaj trzymam ludzi na dystans, pozwalam im zobaczyć kawałek, który sobie wybiorę, resztę chowam w cieniu i czekam, aż odpuszczą... Nie tym razem. Miałem wrażenie, że patrzenie w jej oczy było najzupełniej naturalne - może nie romantyczne czy przesadnie poetyckie, ale szczere, zwyczajne i odpowiednie. Między nami było ciepło, naprawdę przyjemnie, jak gdybyśmy na chwilę odcięli się od świata i wszystkich jego problemów, miejskich zgiełków... Siedząc tam, w ciszy, która nie domagała się słów, pozwoliłem sobie na ten spokój. Ta chwila miała coś z intymności, której dawno nie doświadczałem - nie było potrzeby nic mówić, tylko czuć, jak obecność drugiego człowieka koi i uspokaja.
- Zlobiłbym, zlobiłbym. - Mruknąłem leniwie, ledwie zauważalnie wzruszając ramionami, jakbym rozmawiał o czymś, co od zawsze było oczywiste. Przekrzywiłem głowę, patrząc na nią, kiedy mówiła o urlopie. Brzmiało to prawie zabawnie, a jednocześnie cholernie smutno. Nie miała pojęcia, jak się odpoczywa, w sumie, sam nie byłem w tym mistrzem, ale przynajmniej próbowałem.
- Wiesz, sze umiem. - Odpowiedziałem wreszcie spokojnie, a na ustach błąkał mi się półuśmiech, który mówił jej pewnie więcej niż wszystkie moje zdania. - Potlafię malnowaś czas tak, szeby był najbaldziej besploduktywny, jak tylko szię da. - Pokręciłem głową z rozbawieniem, bo wcale nie wątpiłem, że to będzie trudne - o, tak, Prudence Bletchley była trudnym przypadkiem, ale nie zamierzałem się na to skarżyć. - Znajdę doble miejsce, umowa to umowa. - Kiwnąłem głową z udawanym namaszczeniem, stukając palcem w wierzch jej dłoni, jakbym pieczętował kontrakt. - Słowo szię szekło, jak splóbujesz szię wymigaś, to cię znajdę i zaciągnę na ten piepszony urlop, choćbyś plotestowała.
Patrzyłem, jak się rozluźnia, pod tym wszystkim, co nosiła na barkach, zaczyna wyglądać na lekką. To było coś, czego chciałem - właśnie tego - nie silenia się na maski, nie tej jej wyuczonej, poważnej miny, tylko tej kobiety, która potrafi śmiać się z moich głupot i przerzucać się ripostami, jakbyśmy znali się sto lat.
Nie spodziewałem się, że Prudence tak łatwo zaufa mi, otworzy przede mną drzwi do swojego osobistego świata - do jej gotyckiego, uroczego mieszkania, które było dla niej czymś więcej, niż tylko przestrzenią. To było jej miejsce, jej gniazdko, i to pozwolenie, bym do niego wszedł, było naprawdę wielkim zaufaniem - większym, niż ktokolwiek inny okazywał mi od dawna. Uśmiechnąłem się pod nosem, kiwając głową. Pomysł, który zaproponowała, był naprawdę dobry, chociaż nie spodziewałem się, że okaże mi aż takie zaufanie. Wpuścić kogoś do swojego miejsca… Cholera, znałem ludzi, którzy nie dopuszczali nikogo bliżej niż na metr. Znałem to z autopsji.
Patrzyłem jeszcze przez chwilę w horyzont, w ciemność, gdzie niebo zlewało się z morzem, i uśmiechałem się do siebie, rozbawiony słowem, którego użyła Prudence. Mogłem jej to wybaczyć, mógłbym zamknąć oko na jej nonszalancję, ale nie byłem z tych, którzy puszczają coś takiego płazem, no, tak - czasem po prostu musiałem coś palnąć. Pozwoliłem więc, by zapadła cisza, zanim uniosłem brew i przeniosłem wzrok na nią, patrząc z błyskiem w oku.
- Plowadzamy szię ze sobą, tak? - Powtórzyłem, rozbawiony, z tym spokojnym tonem, który wcale nie był taki spokojny, jeśli się go dobrze słuchało. - Wiesz, to brzmi powasznie. Baldziej nisz jakikolwiek pszelotny układ. Wiesz, zwykle tak mówią ludzie, któszy mają ze sobą coś więcej nisz chwilę, no nie? Powinienem chyba czuś plesję. - Uśmiechnąłem się szerzej. - Na szczęście jestem powasznym facetem i zamiast lobiś tszy kloki w tył, zamieszam wziąś odpowiedzialność, skolo jusz nie jestem tylko twoim pszyjacielem s zaglanisy, któly od czasu do czasu wyśle pocztówkę, zlobiłaś ze mnie swojego chłopaka... Chcesz tego czy nie, pielwsze słowo do dziennika... - Wpatrywałem się w nią uważnie, bez mrugnięcia, bez odwracania wzroku, bo było dla mnie zupełnie naturalne, że na siebie patrzymy. Wiedzieliśmy oboje, że nie tworzyliśmy podstaw do klasycznego związku - przyszłość nie była częścią tego, co teraz dzieliliśmy, ale nic nie przeszkadzało nam w prowadzaniu się ze sobą choćby przez chwilę. Zresztą bawiło mnie to całe zmieszanie, które chciałem w niej wywołać. Wystarczyło być bohaterem wieczoru, żeby zostać jej chłopakiem - cóż za świat.
- Nasz związek pszeskoczył o kilka stopni w pazeciągu kilku godzin, imponujące tempo. - Powiedziałem bezczelnie, puszczając do niej oko i pozwalając temu zdaniu opaść w ciszy. Zaśmiałem się cicho, bardziej pod nosem niż na głos, bo wiedziałem, że im ciszej się z niej droczę, tym bardziej to działa. Nie miałem wątpliwości, że Prue potrafiłaby mnie udusić, gdyby miała powód. Na szczęście - nie miała. Była dla mnie jak powiew chłodnego wiatru na rozgrzanej, pustej pustyni. Właśnie tak to opisałbym, gdyby ktoś mnie zmusił do gadania, lecz w tej chwili nie potrzebowałem o tym mówić. Wiedziała to, bo byłem obok - jeszcze nie wstałem, zamiast się zwinąć, pozwalałem sobie ją obejmować, czuć pod dłonią to ciepło, którego przez tyle lat udawałem, że wcale nie potrzebuję, i cholernie dobrze mi było, że mogę - mogłem ją objąć, rozmawiać z nią, słuchać, jak mówi o bzdurach i ważnych rzeczach, mogłem dorzucać swoje trzy grosze, czasem żartem, czasem półprawdą...
- Elias laszej powinien wiedzieś, sze zawsze robię wszystko dlatego, isz tego chcę. Baldzo tludno mieś na mnie wpływ, jeśli tego nie chcę, potlafię byś upalty. - Spojrzałem na Prudence i odparłem, z lekką perfidią w głosie. - Choś, plawdę mówiąs, twój brat wie tesz doskonale, że szię nie wiąszę, mosze więs byś tlochę podejszliwy. Mosze nawet uzna cię za manipulantkę, szczególnie sze, jako członek losiny, pewnie nie docenia w tobie tego samego, co ja. - Stwierdziłem. Nie dodawałem nic więcej, zostawiłem ją z tym, co mogła sobie wyobrazić, pozostawiając pole do domysłów. Pozostawiłem te słowa w zawieszeniu, nie dopowiadając nic więcej, dając jej pole do własnych domysłów.
Pozwoliłem sobie westchnąć teatralnie, udając, że cierpię od jej wyznań, odnośnie potrzeby kontroli, a jednocześnie przyciągnąłem ją odrobinę bliżej ramieniem, żeby nie było wątpliwości, że wcale nie zamierzam się odsuwać. Odwzajemniłem jej spojrzenie, nie uciekając wzrokiem, nie mrugając ani nie patrząc gdzie indziej. Wpatrywaliśmy się w siebie przez chwilę, jakby to było najbardziej naturalne, co moglibyśmy w tym momencie robić. Ten sposób patrzenia wydawał mi się wręcz przyziemny, ale w gruncie rzeczy nie miał w tym nic złego. Byliśmy dorośli, ona była atrakcyjną kobietą, między nami istniał wyraźny pociąg, a nasza relacja, chociaż nieokreślona i nie nazwana, odpowiadała nam obojgu. Znałem jej nastawienie, widziałem, kim była, ona znała mnie z całym moim bagażem i niedoskonałościami. Mimo że znaliśmy się słabo, byliśmy świadomi różnic, które nas dzieliły - a te różnice były naprawdę znaczące. Nie wiedziałem, co w niej było, nie potrafiłbym tego wytłumaczyć, nawet gdybym musiał, ale wiedziałem, że chcę tu siedzieć, chcę ją trzymać blisko, bo całkiem dobrze mi z tym wszystkim, co dawno wypchnąłem z siebie i zamknąłem na cztery spusty. Z Prudence to wracało. Czułem, jak to jest - w tym dobrym sensie - siedzieć z kimś i nie musieć się pilnować, jakie to jest dziwnie łatwe, kiedy siadam obok niej, obejmuję ją ramieniem i wiem, że nie muszę natychmiast wstać, wymigać się, rzucić żartu na odczepnego, odsunąć się na metr, żeby zachować ten idiotyczny margines bezpieczeństwa, który przez lata robił za barierę ochronną między mną a resztą świata. Z Prudence to działało inaczej. Nie wiedziałem, czy to kwestia tej jej cichej cierpliwości, czy może tej niepokojącej nuty w spojrzeniu, tej wiecznej gotowości, żeby rozłożyć coś na czynniki pierwsze i sprawdzić, co naprawdę ma w środku. Była w niej jakaś miękka surowość - paradoks, wiem - ale chyba właśnie to mnie kupowało. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym - bez wielkich deklaracji. Tak, jakby po latach dusznego, suchego powietrza ktoś otworzył okno i wpuścił wreszcie trochę tlenu...
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)