16.07.2025, 21:09 ✶
Prawda jest taka, że gdyby ktoś kilka tygodni temu powiedział mi, że będę tu siedział - z nią, w tym idiotycznym, metaforycznym korytarzu między wczoraj a jutrem - i dam się wrobić w cokolwiek, co przypomina chłopaka, wyśmiałbym go prosto w twarz. Nie pasowało to do mnie - do tej wersji mnie, którą sam sobie wyhodowałem. Wszystko, co miałem, trzymałem w garści - ludzi, układy, zamiary. Prue była inna - to było w niej cholernie niebezpieczne, bo ona wcale nie próbowała mnie trzymać, i nie musiała. Wystarczyło, że była, z tym rumieńcem, który sam w niej rozbudziłem, z tymi oczami, które jeszcze udawały, że potrafią patrzeć na mnie spokojnie. Powinna była wiedzieć, że takie rzeczy nie kończą się dobrze. Nie kończą się w ogóle - raczej rozwalają człowieka od środka, tak, że potem przez tydzień myślisz o tym jednym spojrzeniu. Oboje powinniśmy mieć to na uwadze. Z tym, że chyba nie mieliśmy.
- Oczywiście, sze umiem. - Nie zdziwiła mnie tym ani trochę, raczej rozbawiła, taki miała urok - mówiła to, co już oboje wiedzieliśmy, tylko z taką miną, jakby sama właśnie odkryła coś wielkiego. - Tylko... To wygląda, jakbym szię obijał, a tak naplawdę lobię to s pełnym zaangaszowaniem, więs... - Właśnie w tym momencie doszło do mnie to, że moje „bezproduktywne” wcale nie było takie bierne...
- Glośba czy obietnica? - Powtórzyłem za nią, przechylając głowę, jakbym się nad tym naprawdę zastanawiał. - Wies, sze w moim pszypadku jedno i dlugie znaczy to samo, plawda? - Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, który obiecał jej wszystko i nic jednocześnie. - Jeśli jusz mi szię zachce cię gdzieś polwaś, to nie dam ci szię s tego wymigaś... - Miałem ochotę się zaśmiać, bo wiedziałem, że połowa tej groźby była tak naprawdę dla mnie samego. To ja bym musiał rzucić wszystko, żeby naprawdę ją gdzieś zabrać...
Oczywiście, że powinna się była tego spodziewać - tego, że jej własne słowa prędzej czy później staną się moją ulubioną bronią - a jeśli tego nie zrobiła, to tym lepiej dla mnie - tym milej mi było patrzeć, jak się rumieni, zaciska usta w półuśmiechu, próbuje się ratować tym swoim nieprzekonującym „Chyba tak.” przerobionym na „To znaczy tak.”. Ani przez chwilę nie zamierzałem jej ułatwiać. Nigdy nie słynąłem z tego, że puszczałem takie okazje mimo uszu. Zawsze byłem szybki, zawsze wiedziałem, kiedy wbić igłę i jak zrobić to tak, żeby zabolało tylko tam, gdzie miało. Zresztą… Nie robiłem tego, żeby zabolało. Robiłem to, bo w jej przypadku każde słowo, które wymknęło się spod kontroli, pachniało obietnicą, a ja bywałem jak pies spuszczony ze smyczy - jak już coś wpadło mi w zęby, to nie puszczałem. Zamrugałem, przechylając lekko głowę, jakbym naprawdę rozważał każdy jej wyraz twarzy i reakcję, chociaż z pewnością dobrze wiedziała, że rozbawiło mnie to na długo przed tym, nim zdążyła skończyć. Łatwo było się domyślić, że sama wpakowała się w pułapkę, i nie miałem ani krztyny współczucia, żeby ją z niej wyciągnąć. Była dorosła, znała mnie, wiedziała, co robi. Nachyliłem się jeszcze bliżej, żeby nie mogła mi uciec wzrokiem - nie, że próbowała - i parsknąłem krótkim, zadowolonym śmiechem, widząc, jak pali ją rumieniec. Cudowny widok.
Miała rację - byliśmy inni od tych wszystkich ludzi, których mijaliśmy każdego dnia. Oni udawali, kleili sobie te przyzwoite historyjki, podpisywali eleganckie umowy, szeptali słodkie kłamstwa w kuchniach o drugiej nad ranem, żeby jakoś wytrzymać obok kogoś, kto nie potrafił zaakceptować ich pełnej, prawdziwej natury - tej nie zawsze ładnej wersji.
- Spodziewałaś szię większej aseltywności? - Powtórzyłem, krzywiąc się w uśmiechu, który nie miał nic wspólnego z rozbrajającym chłopcem z sąsiedztwa - tym, co zawsze grzecznie mówił „Przepraszam za odwagę.” i całował po rękach. Ten uśmiech oznaczał kłopoty... Dla niej, dla mnie, dla wszystkiego, co mogłoby chcieć nas w jakikolwiek sposób zatrzymać przez te kilka dni. - Ja jestem cholelnie aseltywny. Tylko akulat w tej splawie… - Uniosłem brew, żeby zobaczyć, czy się skrzywi. Nie skrzywiła się. Dzielna dziewczyna. - Kompletnie mi nie zaleszy, szeby ci czegokolwiek odmawiaś. - Pozwoliłem, żeby moje palce przesunęły się wyżej, na wewnętrzną stronę jej przedramienia, powoli, leniwie. - No i, nie sądzę, by ktokolwiek mógł byś szczególnie aseltywny, kiedy ktoś go kusi w ten sposób... Poza tym... „Chyba tak” to nie jest to samo, co „tak”, wiesz? - Wywróciłem oczami, wzdychając ciężko nad moim marnym losem. Przechyliłem głowę, uśmiech rozlał mi się po twarzy z wolna, leniwie. - Dobsze, sze szię poplawiłaś. Nie lubię niedopowiedzeń. - Nachyliłem się niżej, tak że prawie dotykałem ustami jej ucha.
Poruszyła się - krótko, cicho, bezszelestnie, tak, że w normalnych warunkach bym tego nie wychwycił, ale tu nie było normalnych warunków. Wszystko było inne, bardziej odczuwalne, nawet ta drobna, ledwie zauważalna reakcja, która mówiła mi, że mogę więcej. Nie musiała wiedzieć, że tylko ona potrafiła to zrobić tak łatwo - otrzymać tę deklarację, choćby żartobliwą. Wcześniej byłem mistrzem w stawianiu granic, przecinałem wszystko ostrym cięciem. Z nią nie chciałem niczego przecinać, nie teraz - tym bardziej, że nie robiła niczego perfidnie, z pewnością jeszcze kilka dni temu nawet nie przyszłoby jej do głowy, żeby mnie w coś wrobić. A teraz? Teraz miała mnie owiniętego wokół palca i z każdą minutą zaciskała mi pętlę na szyi, albo sobie na własnej... Może na obu. Tak czy siak - miała rację - szkoda czasu. Szkoda kroków, etapów, stopni i tego całego ścierwa, które normalnie rozkładało się na miesiące. Może kiedyś potrzebowałbym przestrzeni, ale nie teraz, nie z nią. Przestrzeń brzmiała jak żart, kiedy siedziała tak blisko, że mógłbym liczyć pieprzyki na jej szyi. Była ciepła. Zbyt ciepła, jak na tę noc, ale cholera, nie zamierzałem jej tego mówić. Nie cofnęła wzroku, to było coś, co mnie w niej uderzało od początku - patrzyła, nie spuszczała oczu, nawet kiedy powinna, kiedy większość wolałaby udawać, że tego wszystkiego nie ma. Ona nie, mierzyła się ze mną na spojrzenia, na półsłówka, na żarty, w które sama wpadała po kolana.
Pocztówki... Te pieprzone pocztówki... Wpakowała mi w głowę ten obrazek - jak siedzę gdzieś, może na ławce w mieście, którego nie potrafię wymówić, i skrobię do niej kilka zdań, żeby wiedziała, że jeszcze oddycham. Głupi, cholernie naiwny gest, ale oboje wiedzieliśmy, że zrobię to, po tym wszystkim już na pewno - to nie były puste deklaracje, jak wtedy podczas pożaru, już nie.
- Chcesz pocztówki? Dobsze. Będziesz miała pocztówki... S kaszdej speluny, w któlej szię zatszymam, a kaszdego zadymionego dwolca, s kaszdej pazeklętej dziuly... Niech będzie - dostaniesz całe stado pocztówek. Będą bszydkie, kszywo podpisane, mosze zaplamione piwem, ale będą. - Zapewniłem. - Ale nie obiecuję, sze wszystkie będą pszyjacielskie... Napiszę na nich wszystko, co mi pszyjdzie do głowy, a jak znajdziesz w kopelsie coś więcej nisz widok na Lazulowe Wybszesze, to wiesz, sze sama to sobie załatwiłaś... - Dodałem ciszej, z udawaną powagą, której nie było w moich oczach. - Więs uwaszaj, bo mosze szię okazaś, sze będziesz musiała je paliś... - Pieprzona satysfakcja... Może i byłem draniem, ale przy niej cholernie lubiłem być draniem, który coś znaczy, nawet jeśli tylko w tej jednej sekundzie. Siedzieliśmy bardzo blisko. Wiedziałem, że czuje, jak mi bije serce - nieprzyzwoicie szybko, jak na faceta, który ponoć zawsze ma wszystko pod kontrolą. No, cóż - pieprzyć kontrolę.
- Nie wiem, czy to jeszt deklalasja, któlej chciałabyś uszyś, kiedy tak szię na mnie patszysz. - Prychnąłem cicho, sam z siebie rozbawiony, bo to była prawda - każde kolejne jej słowo było jak pętla, którą sam zaciskałem sobie na karku. - Zobaczymy, czy faktycznie masz w sobie tyle odwagi, co słów, ale... Pamiętaj, Bletchley, ja tesz potlafię skakaś i mam tlochę dłuszse nogi. - Powinienem to rzucić z kpiną - powinienem roześmiać się i zbyć to głupim żartem, ale tego nie zrobiłem. Każdy, kto znał mnie chociaż trochę - a ona akurat zaczynała znać mnie w tym właśnie, najgorszym sensie - wiedział, że jak da mi się w dłoń broń, to jej nie odłożę grzecznie na bok. Nie, ja ją obrócę w palcach, wyważę i znajdę miejsce, w które mogę uderzyć najcelniej. W przypadku Prue tym miejscem była ta szczelina między jej ostrożnością a rozbrajającą szczerością. Dla mnie? Idealna szpara, żeby wetknąć tam palec, rozchylić i zajrzeć do środka.
Wpatrując się w Prudence, mierząc się z nią wzrokiem, który nie szukał niczego, bo wiedział już wszystko, czego potrzebowałem, ugryzłem się w policzek, bo jedna z myśli, które przyszła mi nagle do głowy, była zbyt przyjemna, zbyt niebezpieczna i trochę za bliska temu, czego obiecałem sobie nigdy nie robić na poważnie... Cholera.
- No, ploszę... - Mruknąłem w końcu, kiedy cisza między nami zaczynała być wystarczająco gęsta, żeby można ją było rozciągnąć między palcami, jak gumę balonową. - Ani myślę dziękowaś tamtemu dupkowi, ale cokolwiek zlobił, chyba tlochę mu nie wyszło... - Uśmiechnąłem się, bo już czułem, że znowu się podkładam.
- Oczywiście, sze umiem. - Nie zdziwiła mnie tym ani trochę, raczej rozbawiła, taki miała urok - mówiła to, co już oboje wiedzieliśmy, tylko z taką miną, jakby sama właśnie odkryła coś wielkiego. - Tylko... To wygląda, jakbym szię obijał, a tak naplawdę lobię to s pełnym zaangaszowaniem, więs... - Właśnie w tym momencie doszło do mnie to, że moje „bezproduktywne” wcale nie było takie bierne...
- Glośba czy obietnica? - Powtórzyłem za nią, przechylając głowę, jakbym się nad tym naprawdę zastanawiał. - Wies, sze w moim pszypadku jedno i dlugie znaczy to samo, plawda? - Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, który obiecał jej wszystko i nic jednocześnie. - Jeśli jusz mi szię zachce cię gdzieś polwaś, to nie dam ci szię s tego wymigaś... - Miałem ochotę się zaśmiać, bo wiedziałem, że połowa tej groźby była tak naprawdę dla mnie samego. To ja bym musiał rzucić wszystko, żeby naprawdę ją gdzieś zabrać...
Oczywiście, że powinna się była tego spodziewać - tego, że jej własne słowa prędzej czy później staną się moją ulubioną bronią - a jeśli tego nie zrobiła, to tym lepiej dla mnie - tym milej mi było patrzeć, jak się rumieni, zaciska usta w półuśmiechu, próbuje się ratować tym swoim nieprzekonującym „Chyba tak.” przerobionym na „To znaczy tak.”. Ani przez chwilę nie zamierzałem jej ułatwiać. Nigdy nie słynąłem z tego, że puszczałem takie okazje mimo uszu. Zawsze byłem szybki, zawsze wiedziałem, kiedy wbić igłę i jak zrobić to tak, żeby zabolało tylko tam, gdzie miało. Zresztą… Nie robiłem tego, żeby zabolało. Robiłem to, bo w jej przypadku każde słowo, które wymknęło się spod kontroli, pachniało obietnicą, a ja bywałem jak pies spuszczony ze smyczy - jak już coś wpadło mi w zęby, to nie puszczałem. Zamrugałem, przechylając lekko głowę, jakbym naprawdę rozważał każdy jej wyraz twarzy i reakcję, chociaż z pewnością dobrze wiedziała, że rozbawiło mnie to na długo przed tym, nim zdążyła skończyć. Łatwo było się domyślić, że sama wpakowała się w pułapkę, i nie miałem ani krztyny współczucia, żeby ją z niej wyciągnąć. Była dorosła, znała mnie, wiedziała, co robi. Nachyliłem się jeszcze bliżej, żeby nie mogła mi uciec wzrokiem - nie, że próbowała - i parsknąłem krótkim, zadowolonym śmiechem, widząc, jak pali ją rumieniec. Cudowny widok.
Miała rację - byliśmy inni od tych wszystkich ludzi, których mijaliśmy każdego dnia. Oni udawali, kleili sobie te przyzwoite historyjki, podpisywali eleganckie umowy, szeptali słodkie kłamstwa w kuchniach o drugiej nad ranem, żeby jakoś wytrzymać obok kogoś, kto nie potrafił zaakceptować ich pełnej, prawdziwej natury - tej nie zawsze ładnej wersji.
- Spodziewałaś szię większej aseltywności? - Powtórzyłem, krzywiąc się w uśmiechu, który nie miał nic wspólnego z rozbrajającym chłopcem z sąsiedztwa - tym, co zawsze grzecznie mówił „Przepraszam za odwagę.” i całował po rękach. Ten uśmiech oznaczał kłopoty... Dla niej, dla mnie, dla wszystkiego, co mogłoby chcieć nas w jakikolwiek sposób zatrzymać przez te kilka dni. - Ja jestem cholelnie aseltywny. Tylko akulat w tej splawie… - Uniosłem brew, żeby zobaczyć, czy się skrzywi. Nie skrzywiła się. Dzielna dziewczyna. - Kompletnie mi nie zaleszy, szeby ci czegokolwiek odmawiaś. - Pozwoliłem, żeby moje palce przesunęły się wyżej, na wewnętrzną stronę jej przedramienia, powoli, leniwie. - No i, nie sądzę, by ktokolwiek mógł byś szczególnie aseltywny, kiedy ktoś go kusi w ten sposób... Poza tym... „Chyba tak” to nie jest to samo, co „tak”, wiesz? - Wywróciłem oczami, wzdychając ciężko nad moim marnym losem. Przechyliłem głowę, uśmiech rozlał mi się po twarzy z wolna, leniwie. - Dobsze, sze szię poplawiłaś. Nie lubię niedopowiedzeń. - Nachyliłem się niżej, tak że prawie dotykałem ustami jej ucha.
Poruszyła się - krótko, cicho, bezszelestnie, tak, że w normalnych warunkach bym tego nie wychwycił, ale tu nie było normalnych warunków. Wszystko było inne, bardziej odczuwalne, nawet ta drobna, ledwie zauważalna reakcja, która mówiła mi, że mogę więcej. Nie musiała wiedzieć, że tylko ona potrafiła to zrobić tak łatwo - otrzymać tę deklarację, choćby żartobliwą. Wcześniej byłem mistrzem w stawianiu granic, przecinałem wszystko ostrym cięciem. Z nią nie chciałem niczego przecinać, nie teraz - tym bardziej, że nie robiła niczego perfidnie, z pewnością jeszcze kilka dni temu nawet nie przyszłoby jej do głowy, żeby mnie w coś wrobić. A teraz? Teraz miała mnie owiniętego wokół palca i z każdą minutą zaciskała mi pętlę na szyi, albo sobie na własnej... Może na obu. Tak czy siak - miała rację - szkoda czasu. Szkoda kroków, etapów, stopni i tego całego ścierwa, które normalnie rozkładało się na miesiące. Może kiedyś potrzebowałbym przestrzeni, ale nie teraz, nie z nią. Przestrzeń brzmiała jak żart, kiedy siedziała tak blisko, że mógłbym liczyć pieprzyki na jej szyi. Była ciepła. Zbyt ciepła, jak na tę noc, ale cholera, nie zamierzałem jej tego mówić. Nie cofnęła wzroku, to było coś, co mnie w niej uderzało od początku - patrzyła, nie spuszczała oczu, nawet kiedy powinna, kiedy większość wolałaby udawać, że tego wszystkiego nie ma. Ona nie, mierzyła się ze mną na spojrzenia, na półsłówka, na żarty, w które sama wpadała po kolana.
Pocztówki... Te pieprzone pocztówki... Wpakowała mi w głowę ten obrazek - jak siedzę gdzieś, może na ławce w mieście, którego nie potrafię wymówić, i skrobię do niej kilka zdań, żeby wiedziała, że jeszcze oddycham. Głupi, cholernie naiwny gest, ale oboje wiedzieliśmy, że zrobię to, po tym wszystkim już na pewno - to nie były puste deklaracje, jak wtedy podczas pożaru, już nie.
- Chcesz pocztówki? Dobsze. Będziesz miała pocztówki... S kaszdej speluny, w któlej szię zatszymam, a kaszdego zadymionego dwolca, s kaszdej pazeklętej dziuly... Niech będzie - dostaniesz całe stado pocztówek. Będą bszydkie, kszywo podpisane, mosze zaplamione piwem, ale będą. - Zapewniłem. - Ale nie obiecuję, sze wszystkie będą pszyjacielskie... Napiszę na nich wszystko, co mi pszyjdzie do głowy, a jak znajdziesz w kopelsie coś więcej nisz widok na Lazulowe Wybszesze, to wiesz, sze sama to sobie załatwiłaś... - Dodałem ciszej, z udawaną powagą, której nie było w moich oczach. - Więs uwaszaj, bo mosze szię okazaś, sze będziesz musiała je paliś... - Pieprzona satysfakcja... Może i byłem draniem, ale przy niej cholernie lubiłem być draniem, który coś znaczy, nawet jeśli tylko w tej jednej sekundzie. Siedzieliśmy bardzo blisko. Wiedziałem, że czuje, jak mi bije serce - nieprzyzwoicie szybko, jak na faceta, który ponoć zawsze ma wszystko pod kontrolą. No, cóż - pieprzyć kontrolę.
- Nie wiem, czy to jeszt deklalasja, któlej chciałabyś uszyś, kiedy tak szię na mnie patszysz. - Prychnąłem cicho, sam z siebie rozbawiony, bo to była prawda - każde kolejne jej słowo było jak pętla, którą sam zaciskałem sobie na karku. - Zobaczymy, czy faktycznie masz w sobie tyle odwagi, co słów, ale... Pamiętaj, Bletchley, ja tesz potlafię skakaś i mam tlochę dłuszse nogi. - Powinienem to rzucić z kpiną - powinienem roześmiać się i zbyć to głupim żartem, ale tego nie zrobiłem. Każdy, kto znał mnie chociaż trochę - a ona akurat zaczynała znać mnie w tym właśnie, najgorszym sensie - wiedział, że jak da mi się w dłoń broń, to jej nie odłożę grzecznie na bok. Nie, ja ją obrócę w palcach, wyważę i znajdę miejsce, w które mogę uderzyć najcelniej. W przypadku Prue tym miejscem była ta szczelina między jej ostrożnością a rozbrajającą szczerością. Dla mnie? Idealna szpara, żeby wetknąć tam palec, rozchylić i zajrzeć do środka.
Wpatrując się w Prudence, mierząc się z nią wzrokiem, który nie szukał niczego, bo wiedział już wszystko, czego potrzebowałem, ugryzłem się w policzek, bo jedna z myśli, które przyszła mi nagle do głowy, była zbyt przyjemna, zbyt niebezpieczna i trochę za bliska temu, czego obiecałem sobie nigdy nie robić na poważnie... Cholera.
- No, ploszę... - Mruknąłem w końcu, kiedy cisza między nami zaczynała być wystarczająco gęsta, żeby można ją było rozciągnąć między palcami, jak gumę balonową. - Ani myślę dziękowaś tamtemu dupkowi, ale cokolwiek zlobił, chyba tlochę mu nie wyszło... - Uśmiechnąłem się, bo już czułem, że znowu się podkładam.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)