17.07.2025, 05:12 ✶
Lyssa obrzuciła go pobieżnym, niemniej jednak zniesmaczonym spojrzeniem, kiedy raczył wyrazić swoje zdanie na temat zaistniałej sytuacji. Na to, niestety, było już w jej odczuciu za późno, nie mówiąc już nawet o tym że ona próbowała tutaj wszystko ratować. Czy robiła to poprzez złośliwości i w sposób, który mógł Rookwooda tylko rozdrażnić? Ależ oczywiście, nie byłaby przecież sobą, gdyby wybrała najprostszą i najmilszą wszystkim ścieżkę, szczególnie po tym co tu się do tej pory wyprawiało. Czy zwróciła uwagę na tę drobną sugestie, jaka kryła się za jego słowami i uśmiechnęła się do siebie z tego powodu? Oczywiście, w końcu nawet jeśli nie był jej księciem z bajki, dobrze było wiedzieć że on był świadomy kto był tutaj najlepszą dla niego opcją.
Nie obchodziły jej te komplementy i zapewnienia na temat tego, jak ładnie potrafiła śpiewać. Nie interesowało jej też, na ile pokrywały się one z prawdą, szczególnie kiedy nie mogła zapomnieć palącego uczucia wstydu, które towarzyszyło jej podczas wesela. Było przecież tyle innych rzeczy, które mógł pochwalić - na przykład to, że właśnie ratowała ich z opresji na swój własny sposób. Ale kolejne co powiedział wcale nie było komplementem, a czymś zupełnie przeciwnym.
Było coś takiego w tych słowach, co działało jak płachta na byka, szczególnie przez osoby które zwyczajnie były młode. Niedoświadczone i nieobyte z życiem, ale desperacko wręcz próbowały nadrabiać na wszystkie możliwe sposoby. Pannę Dolohov, oczywiście, można było z łatwością zaliczyć do tego grona, a samozadowolenie wywołane pokonaniem rywalki w sposób wyjętym ze szkolnych korytarzy, zniknęło niczym mydlana bańka. Ale było też coś jeszcze, co zapiekło dziwacznie, jakby zdanie Rookwooda faktycznie się dla niej liczyło i miało znaczenie. Wstyd.
Dziewczyna nachmurzyła się wyraźnie, bo była pewna że po tej krótkiej chwili szydery, jaką sobie uskuteczniła nad taplającą się w wodzie Ashley, zwyczajnie się z Ulyssesem oddali. Mała kąpiel skutecznie odwiodłaby blondynkę od dalszych awansów i obydwoje mieliby wreszcie spokój, tak samo od niej jak i od jej brata. Ale Rookwood musiał unieść się jakimś honorem.
Lyssa tego zwyczajnie nie rozumiała, nagle zagubiona w świecie złych wyborów i zbyt silnych emocji, które szarpały ją na różne strony. Zaskoczona jego rzuceniem się do wody, zwyczajnie straciła równowagę, klapiąc tyłkiem na deski i przyglądając się całej tej akcji ratunkowej z szeroko otwartymi oczami, jakby nagle trochę się bała. Bała, że to do niej skierowany był ten cały wywód, który ostatecznie zaadresowany był do Ashley i jej brata, którego imienia pewnie nikt nigdy nie pamiętał.
Wymieniła z rodzeństwem krótkie spojrzenie, zanim poderwała się gwałtownie, rzuciła trzymany do tej pory kij golfowy i szybkim krokiem ruszyła w ślad za Rookwoodem, nerwowo zastanawiając się, co właściwie mogła teraz powiedzieć, żeby nie pogorszyć sprawy. Bo może i ją denerwował, może to nie była wymarzona randka, ale to wciąż była randka i nie chciała żeby skończyła się tak katastrofalnie.
- Ulyssesie? - musiała niestety nadrabiając trochę kroku, żeby za nim nadążyć i nawet nie zdążyła się z nim zrównać. - Już nie wiedziałam co zrobić, naprawdę... Nie uważam, że to była taka zniszczona randka. No, może gdybyś nie próbował jej ratować to byłaby lepsza, ale chyba nie można mieć wszystkiego...
Nie obchodziły jej te komplementy i zapewnienia na temat tego, jak ładnie potrafiła śpiewać. Nie interesowało jej też, na ile pokrywały się one z prawdą, szczególnie kiedy nie mogła zapomnieć palącego uczucia wstydu, które towarzyszyło jej podczas wesela. Było przecież tyle innych rzeczy, które mógł pochwalić - na przykład to, że właśnie ratowała ich z opresji na swój własny sposób. Ale kolejne co powiedział wcale nie było komplementem, a czymś zupełnie przeciwnym.
Było coś takiego w tych słowach, co działało jak płachta na byka, szczególnie przez osoby które zwyczajnie były młode. Niedoświadczone i nieobyte z życiem, ale desperacko wręcz próbowały nadrabiać na wszystkie możliwe sposoby. Pannę Dolohov, oczywiście, można było z łatwością zaliczyć do tego grona, a samozadowolenie wywołane pokonaniem rywalki w sposób wyjętym ze szkolnych korytarzy, zniknęło niczym mydlana bańka. Ale było też coś jeszcze, co zapiekło dziwacznie, jakby zdanie Rookwooda faktycznie się dla niej liczyło i miało znaczenie. Wstyd.
Dziewczyna nachmurzyła się wyraźnie, bo była pewna że po tej krótkiej chwili szydery, jaką sobie uskuteczniła nad taplającą się w wodzie Ashley, zwyczajnie się z Ulyssesem oddali. Mała kąpiel skutecznie odwiodłaby blondynkę od dalszych awansów i obydwoje mieliby wreszcie spokój, tak samo od niej jak i od jej brata. Ale Rookwood musiał unieść się jakimś honorem.
Lyssa tego zwyczajnie nie rozumiała, nagle zagubiona w świecie złych wyborów i zbyt silnych emocji, które szarpały ją na różne strony. Zaskoczona jego rzuceniem się do wody, zwyczajnie straciła równowagę, klapiąc tyłkiem na deski i przyglądając się całej tej akcji ratunkowej z szeroko otwartymi oczami, jakby nagle trochę się bała. Bała, że to do niej skierowany był ten cały wywód, który ostatecznie zaadresowany był do Ashley i jej brata, którego imienia pewnie nikt nigdy nie pamiętał.
Wymieniła z rodzeństwem krótkie spojrzenie, zanim poderwała się gwałtownie, rzuciła trzymany do tej pory kij golfowy i szybkim krokiem ruszyła w ślad za Rookwoodem, nerwowo zastanawiając się, co właściwie mogła teraz powiedzieć, żeby nie pogorszyć sprawy. Bo może i ją denerwował, może to nie była wymarzona randka, ale to wciąż była randka i nie chciała żeby skończyła się tak katastrofalnie.
- Ulyssesie? - musiała niestety nadrabiając trochę kroku, żeby za nim nadążyć i nawet nie zdążyła się z nim zrównać. - Już nie wiedziałam co zrobić, naprawdę... Nie uważam, że to była taka zniszczona randka. No, może gdybyś nie próbował jej ratować to byłaby lepsza, ale chyba nie można mieć wszystkiego...