- Nie, ale masz rację, sama im współczuję. - Yaxleyówna nie należała do osób, którym łatwo przychodziło skreślanie ludzi. Mało było osób, które by nienawidziła, jeśli jednak do tego dochodziło - to miała swoje metody, aby pokazać im swoje nastawienie. Potrafiła się mścić i być naprawdę okropną osobą, chociaż nie zdarzało się to zbyt często.
Przeszli rożne etapy znajomości, jakoś tak się im to wszystko ułożyło. Dzięki temu znała Ambroisa z każdej możliwej strony. Nie dochodziło między nimi do jakichś wielkich kłótni, wybierali inną drogę do okazywania sobie niechęci, co może było jeszcze gorsze, bo czasem podczas wrzasków dość szybko można było sobie wszystko wyjaśnić. Tutaj raczej rzucali w siebie piorunami z oczu i ziali chłodem, nie robiąc przy tym przedstawień. Na szczęście dotarło do nich to, że nie powinni być swoimi wrogami, bo dużo lepiej wychodziła im współpraca, później przyjaźń, a nawet wspólne życie.
- Niemożliwe. - Rzuciła teatralnie, ze niby ona była jednym z cięższych przypadków? Gdzie tam - na pewno przesadzał. Tak naprawdę to miała świadomość, że była dosyć odporna na wszelkie rady, nie tylko w tamtym jednym przypadku. Często pomijała niektóre etapy rekonwalescencji, po prostu zaciskała zęby i działała dalej, bo nie znosiła siedzieć bezczynnie. Bywało, że faktycznie obawiała się tego, że jej zachowanie może przynieść więcej szkody, niż pożytku, jednak chyba nigdy nie zakończyło się to tak fatalnie, jak mogło. Aktualnie zresztą jej ciało było w naprawdę wyśmienitej formie, bo przykładała się do tego, by być w pełni zdrową, było to dość istotne dla osób, których praca zawodowa była mocno zależna od ich formy fizycznej.
Uważała, że to wszystko, co razem przeżyli było im potrzebne do tego, aby aktualnie znajdować się w tym miejscu. Znali się jak nikt inny, potrafili rozumieć się bez słów, zresztą ich zimne stosunki były naprawdę bardzo krótkim okresem na tle ich wspólnych interakcji. Dzięki temu wiedzieli w jaki sposób powinni ze sobą postępować, chcąc nie chcąc los dosyć często krzyżował ich ścieżki, dzięki czemu dość szybko wszystko sobie wyjaśnili, a z czasem dostrzegli to jak wiele dla siebie znaczą. Łączyła ich silna więź, silniejsza od wszystkich innych, jakie znała. Zresztą nawet Florence to potwierdziła, nie było sensu ze sobą walczyć, skoro razem mogli stworzyć coś wspaniałego. Na szczęście to do nich dotarło i aktualnie miało być tylko lepiej.
- To chyba bardziej cecha charakteru, nie tylko zawodu. - Dopowiedziała jeszcze, bo zdawała sobie sprawę do czego zmierzał. Łowcy byli bardzo specyficzną grupą zawodową, oczywiście, że dużo częściej narażali się na niebezpieczeństwo niż zwyczajni zjadacze chleba, jednak nie wszyscy mieli takie podejście jak ona. Spora część tych, których znała była potulna jak baranki, całkiem grzecznie wykonywała polecenia bardziej kompetentnych osób. Sama Yaxleyówna - była wyjątkowo toporna i lubiła mieć ostatnie zdanie, nawet jeśli w głębi duszy czuła, że nie do końca miało ono sens. Przyjemność po prostu sprawiało jej stawianie na swoim.
- Tak, jest bardzo konkretny, chlanie wódy to też ważna rzecz, należy ją robić z odpowiednim podejściem. - Jej rodzinna rezydencja słynęła z przyjęć, które ciągnęły się przez kilka dni, a czasem nawet i tygodni. Yaxleyowie potrafili się bawić, szczególnie jej ojciec, który był duszą towarzystwa, może nie wszystkim odpowiadał taki styl życia, jednak dla Geraldine było to całkiem normalne. Napatrzyła się przez te lata i przywykła do tego, że tak po prostu jest. Zresztą nie było w tym niczego złego, bawili się, a nie napierdalali między sobą, co było chyba dużo lepsze.
- Czeka nas całkiem pracowity dzień. - W sumie jej to wcale nie przeszkadzało. Zdążyła już nieco odsapnąć, dość szybko się nudziła, kiedy nie miała jakiegoś konkretnego zajęcia, więc tak właściwie była zadowolona, że będą mieli się czym zająć.
- To zależy, co masz na myśli mówiąc o tym, że bardziej Cię w to włączę. Mogę mówić Ci więcej, ale nie zgodzę się na wchodzenie mi w drogę, wiesz o tym zresztą. - Nie miała problemu z tym, aby informować go o szczegółach, czego nie robiła jakoś specjalnie dokładnie wcześniej, jednak niektóre rzeczy nie powinny się zmieniać. Oczywiście, że mógł znowu pojawiać się z nią w lasach, górach, czy gdzie tam się pałętała, ale wszystko miało swoje granice. Zresztą nie wydawało jej się, aby Roise miał zamiar interweniować w to, czym się zajmowała. Dobrze było mieć go jednak gdzieś obok, tak się składało, że nie gardziła towarzystwem solidnego medyka podczas swoich wypraw.
- Na szczęście nie najgorzej nam to wychodzi. - Całkiem nieźle radzili sobie działając spontanicznie. Potrafili dość szybko analizować to, co było dla nich najlepsze, zresztą aktualnie jeszcze nic się nie działo, nie mogli przygotować planu na każdą możliwą okazję, bo wiele zależało od tego w jakiej sytuacji się znajdą.
- Patrząc na to ile nieruchomości spłonęło doszczętnie podejrzewam, że się ruszy niekoniecznie w tę stronę w którą byśmy chcieli, ale tym też nie musimy się przejmować. - Należeli do majętnych osób, nie musieli liczyć każdego grosza podczas wyboru swojego przyszłego domu, podejrzewała, że mało kto dysponował takimi funduszami, szczególnie po tym, co się wydarzyło w Londynie.