17.07.2025, 16:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.07.2025, 18:05 przez Helloise Rowle.)
Nie było w jej fascynacji czarnymi kwiatami niczego ze zwykłej ciekawości naukowej, a już z pewnością sama Helloise w ten sposób tego nie postrzegała. Pragnęła te róże odgadnąć, ponieważ czuła się utytułowana do pozdrawiania każdego kwiatu jak dobrego przyjaciela. Rościła sobie prawo do ich sekretów, które mogłaby tajemniczo sygnalizować ludziom i obnosić się tym swoim niedostępnym dla innych, intymnym porozumieniem z roślinami. Należała jej się przyjaźń czarnych róż, a że te nie dawały jej się tak łatwo poznać, rozdrażniły ją. Jeśli więc nie po dobroci dobierze się do ich istoty, zrobi to w inny sposób — już to wiedziała.
Nie potrzebowała faktycznie, aby pilnować jej dobrego imienia, bo sama pozwalała mu hulać, gdzie chciało. Puszczała mimo uszu plotki, jakie gromadziły się wokół tego Helloise — trzymała to słowo przy sobie wyłącznie dla wygody dnia codziennego. Inaczej pozwoliłaby mu odejść tak, jak pozwoliła, aby uwolniło się od niej Rowle; nie oglądała się bowiem od dawna na to, czy echo ojcowskiego nazwiska oddala się od niej, czy zbliża. Było jej to wszystko jedno.
— Być może. Na piękne patrzy się przyjemnie, nawet gdy cierpi. Dla niektórych szczególnie gdy cierpi — cierpkim tonem zgodziła się częściowo z jego teorią. — Tyle jest jednak delikatniejszych kwiatów niż róża. — Odszukała pod kciukiem kolec na łodydze i nacisnęła na niego z rozmysłem, dopóki nie poczuła, że skóra ustąpiła pod ostrym haczykiem. Nie cofnęła palca od razu, lecz w skupieniu przyłożyła jeszcze nieco siły, aby kolec głębiej wszedł w ciało. — Tyle jest delikatnych polnych kwiatów, które trudno choćby zerwać i wziąć w ręce, nie niszcząc tym ich piękna. — Poczekała, aż na palcu zbierze się nieco krwi, po czym pociągnęła nim po dłoni Leviathana; tej, która porządziła się jej ręką i kwiatkiem. — A róża nie dość, że pogryzie, to będzie walczyć kilka dni ze śmiercią.
Na pytanie o kolor nie miała gotowej odpowiedzi i nie potrafiła jej wcale tak łatwo znaleźć. Krążyła długo wokół tego w milczeniu i zdawać by się mogło, że odpowiedź nigdy nie nadejdzie, a czarownica zawędrowała już myślami za daleko. Obchodziła swoje wyobrażone łąki wkoło i wkoło, szukając odpowiednich kwiatów. Mijała obojętnie niebieskie chabry, żółciutkie mlecze i czerwone maki — każdy jeden przyciągał ją jednakowo. Najmocniej zaś przyciągała ją sama ziemia, gdzie splatały się wszystkie korzonki i kiełkowały porozrzucane nasiona. Ziemia łączyła ich życie w swoim łonie w jeden tętniący system.
— Chcę ich wszystkich — oświadczyła w końcu. — Gdy zbierzesz wszystkie kolory, stworzysz biel, tak mówią. Widać też na białym najładniej ze wszystkich, jak robi się rdzawe, gdy umiera. To prawie jak nieskończoność kolorów i jeszcze jeden na sam koniec. — A jakim kwiatem ty byś był? zatańczyło jej na końcu języka, ale trafiła na gadzie oczy. Próbując zajrzeć w pionowe źrenice, pomyślała, że nie nadawały się one na serce kwiatu. Czaiło się tam coś innego. — Gdybyś ty wybrał smoczą łuskę, a nie ona ciebie, jaki by miała kolor?
Nie potrzebowała faktycznie, aby pilnować jej dobrego imienia, bo sama pozwalała mu hulać, gdzie chciało. Puszczała mimo uszu plotki, jakie gromadziły się wokół tego Helloise — trzymała to słowo przy sobie wyłącznie dla wygody dnia codziennego. Inaczej pozwoliłaby mu odejść tak, jak pozwoliła, aby uwolniło się od niej Rowle; nie oglądała się bowiem od dawna na to, czy echo ojcowskiego nazwiska oddala się od niej, czy zbliża. Było jej to wszystko jedno.
— Być może. Na piękne patrzy się przyjemnie, nawet gdy cierpi. Dla niektórych szczególnie gdy cierpi — cierpkim tonem zgodziła się częściowo z jego teorią. — Tyle jest jednak delikatniejszych kwiatów niż róża. — Odszukała pod kciukiem kolec na łodydze i nacisnęła na niego z rozmysłem, dopóki nie poczuła, że skóra ustąpiła pod ostrym haczykiem. Nie cofnęła palca od razu, lecz w skupieniu przyłożyła jeszcze nieco siły, aby kolec głębiej wszedł w ciało. — Tyle jest delikatnych polnych kwiatów, które trudno choćby zerwać i wziąć w ręce, nie niszcząc tym ich piękna. — Poczekała, aż na palcu zbierze się nieco krwi, po czym pociągnęła nim po dłoni Leviathana; tej, która porządziła się jej ręką i kwiatkiem. — A róża nie dość, że pogryzie, to będzie walczyć kilka dni ze śmiercią.
Na pytanie o kolor nie miała gotowej odpowiedzi i nie potrafiła jej wcale tak łatwo znaleźć. Krążyła długo wokół tego w milczeniu i zdawać by się mogło, że odpowiedź nigdy nie nadejdzie, a czarownica zawędrowała już myślami za daleko. Obchodziła swoje wyobrażone łąki wkoło i wkoło, szukając odpowiednich kwiatów. Mijała obojętnie niebieskie chabry, żółciutkie mlecze i czerwone maki — każdy jeden przyciągał ją jednakowo. Najmocniej zaś przyciągała ją sama ziemia, gdzie splatały się wszystkie korzonki i kiełkowały porozrzucane nasiona. Ziemia łączyła ich życie w swoim łonie w jeden tętniący system.
— Chcę ich wszystkich — oświadczyła w końcu. — Gdy zbierzesz wszystkie kolory, stworzysz biel, tak mówią. Widać też na białym najładniej ze wszystkich, jak robi się rdzawe, gdy umiera. To prawie jak nieskończoność kolorów i jeszcze jeden na sam koniec. — A jakim kwiatem ty byś był? zatańczyło jej na końcu języka, ale trafiła na gadzie oczy. Próbując zajrzeć w pionowe źrenice, pomyślała, że nie nadawały się one na serce kwiatu. Czaiło się tam coś innego. — Gdybyś ty wybrał smoczą łuskę, a nie ona ciebie, jaki by miała kolor?
dotknij trawy