17.07.2025, 20:07 ✶
Cały dzień przeklinał ten przeklęty popiół, który osiedlił się w jego domu jak jakiś squatter i nie chciał go opuścić. Mieszkanie u Mony go stresowało. Nie chciał pokazać się przy niej jako pijak i miernota, co było trudne, bo w gruncie rzeczy tym był. Manierka schowana w kieszeni marynarki ziała pustkami, a Icarus nie miał jak jej uzupełnić. Nie chciał też, żeby Rowle zaczęła zadawać pytania, żeby się zorientowała, że to wszystko... było dla niego za trudne. Że nie był mężczyzną, którym chciał dla niej być.
Miał na szczęście (lub nieszczęście) zajęcie. Przytachał z domu skrzynię z manuskryptami, które wymagały dokładnego czyszczenia. Dlatego siedział przy stole z pędzelkiem i przygotowanym przez siebie magicznym odczynnikiem, skoncentrowany na pracy. Sadza na szczęście schodziła z delikatnego papirusu. Wbrew sobie, błogosławił w duchu ojca, który nałożył na wszystkie zakupione przez siebie manuskrypty zaklęcia umacniające. Dzięki temu jeszcze się nie rozpadły. Niektóre plamy niestety miały stać się częścią ich historii. Nie spłonęły, to najważniejsze. Stanowiły źródła do niedokończonej książki Icarusa. Tej, której nie miał zamiaru w życiu kończyć.
Usprawiedliwiał się tym, że nie miał co robić. Nie zamierzał przyznać przed sobą, że wraz z Moną do jego serca powracała historia. Przez te wszystkie lata jego marzenie nie wygasło, a teraz znowu zaczynało lśnić w jego duszy. Musiał wyremontować bar. Wybić sobie to z głowy.
Kiedy przyszedł gość, Icarus podniosł najpierw wzrok, a potem samego siebie. Odkrył, że od siedzenia długo w krześle cały zdrętwiał. Wciąż był zresztą niedospany po Spalonej Nocy. Przybrał jednak tą samą maskę, którą nakładał w barze. Uśmiech prawdziwego Prewetta. Podszedł do przedpokoju, gdzie Mona zaprosiła swojego gościa. Icarus nie żył w jaskini i rozpoznał człowieka, który właśnie był gościem jego tymczasowej współlokatorki.
— Hannibal Selwyn? — spytał ze zmarszczonymi brwiami, ale nie bez uśmiechu. — Bogowie, Mo, zapomniałem, że ty jesteś z Selwynów — zażartował i wyciągnął rękę do aktora. — Icarus Prewett, miło mi poznać. Byłeś świetny w "Upiorze w operze".
Miał na szczęście (lub nieszczęście) zajęcie. Przytachał z domu skrzynię z manuskryptami, które wymagały dokładnego czyszczenia. Dlatego siedział przy stole z pędzelkiem i przygotowanym przez siebie magicznym odczynnikiem, skoncentrowany na pracy. Sadza na szczęście schodziła z delikatnego papirusu. Wbrew sobie, błogosławił w duchu ojca, który nałożył na wszystkie zakupione przez siebie manuskrypty zaklęcia umacniające. Dzięki temu jeszcze się nie rozpadły. Niektóre plamy niestety miały stać się częścią ich historii. Nie spłonęły, to najważniejsze. Stanowiły źródła do niedokończonej książki Icarusa. Tej, której nie miał zamiaru w życiu kończyć.
Usprawiedliwiał się tym, że nie miał co robić. Nie zamierzał przyznać przed sobą, że wraz z Moną do jego serca powracała historia. Przez te wszystkie lata jego marzenie nie wygasło, a teraz znowu zaczynało lśnić w jego duszy. Musiał wyremontować bar. Wybić sobie to z głowy.
Kiedy przyszedł gość, Icarus podniosł najpierw wzrok, a potem samego siebie. Odkrył, że od siedzenia długo w krześle cały zdrętwiał. Wciąż był zresztą niedospany po Spalonej Nocy. Przybrał jednak tą samą maskę, którą nakładał w barze. Uśmiech prawdziwego Prewetta. Podszedł do przedpokoju, gdzie Mona zaprosiła swojego gościa. Icarus nie żył w jaskini i rozpoznał człowieka, który właśnie był gościem jego tymczasowej współlokatorki.
— Hannibal Selwyn? — spytał ze zmarszczonymi brwiami, ale nie bez uśmiechu. — Bogowie, Mo, zapomniałem, że ty jesteś z Selwynów — zażartował i wyciągnął rękę do aktora. — Icarus Prewett, miło mi poznać. Byłeś świetny w "Upiorze w operze".