17.07.2025, 20:31 ✶
Siedzieliśmy na tej skarpie tak długo, że chyba przestaliśmy słyszeć, jak morze uderza o skały. Szum stał się czymś więcej niż dźwiękiem, był częścią nas - tego, jak oboje milczeliśmy między jednym jej pytaniem a moją odpowiedzią, moim pytaniem a jej odpowiedzią, coraz bardziej rozluźnieni chłodem zupełnie innego powietrza niż to, którym oddychaliśmy jeszcze godzinę wcześniej. Wcale nie chciałem się zrywać stąd pierwszy, nie teraz, kiedy siedziała tak blisko, że wystarczyło przesunąć dłoń o kilka centymetrów, żeby poczuć, jak ciepło bije z niej na mnie. Oparłem łokieć o kolano, drugą rękę zacisnąłem lekko na jej talii, jakbym chciał ją przytrzymać na tym wąskim skrawku plaży, której kawałek ukradliśmy tej nocy tylko dla siebie. Była tak blisko, że czułem jej oddech na własnej szyi. Morze poniżej huczało spokojnie, ale ja miałem wrażenie, że najgłośniej było nie na zewnątrz, a pod skórą - wyczuwalne w pulsie, w napięciu, które rozlewało się po plecach i żołądku, jak coś niebezpiecznie znajomego. Zacząłem się uśmiechać, zanim jeszcze zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć - jej oczy błyszczały zbyt pewnie, żeby mogła udawać, że nie czuje satysfakcji z tego, iż mnie złapała. Zamrugałem, bo to, jak gładko i pewnie wbiła mi ten nóż między żebra, było wręcz godne podziwu - nie miałem nawet czasu wymyślić zgrabnej riposty, zanim zdążyła mnie złapać za słowo. Westchnąłem, udając ciężkie zrezygnowanie, ale palce dalej błądziły po jej skórze. Przesunąłem dłonią wzdłuż jej ramienia, aż do nadgarstka, i zatrzymałem ją na jej pulsie - czułem, jak bije szybciej. Dobrze. Nie byłem sam w tym, co we mnie narastało.
- Okej, tu mnie masz, mosze nie umiem byś zupełnie besploduktywny, ale pszynajmniej mam w tym j a k i e ś doświadczenie... - Bardzo lekko pokręciłem głową, podkreślając to jedno słowo, bo było ważne - ostatni argument, jaki jeszcze miałem w tym temacie.
Prue patrzyła mi w oczy i doskonale wiedziała, że za chwilę powiem coś, czego może nie powinna słyszeć, ale sama otworzyła tę furtkę. Zawsze wiedziała, jak mnie sprowokować. Jeszcze zanim zdążyłem zareagować słownie, już poczułem, jak moja dłoń samoistnie wędruje z powrotem na jej przedramię, a kciuk zatacza kółko na skórze. Złapałem jej spojrzenie, wpatrując się w nią intensywnie, ale ona nie odwróciła wzroku, chociaż oboje wiedzieliśmy, że powinna. W jej oczach tliło się coś, co zawsze prowokowało we mnie najgorsze i najlepsze rzeczy jednocześnie. To nie był strach - nigdy nie patrzyła na mnie ze strachem, tylko z tym swoim cholernym wyzwaniem, którego nie potrafiłem zignorować.
- Spaś spokojnie… - Prychnąłem cicho, bo z jej ust to brzmiało prawie jak kpina. - Zlobię wszystko, szebyś nie spała spokojnie, wiesz o tym, plawda? - Uśmiechnąłem się kątem ust i przesunąłem kciukiem po jej nadgarstku, czując, że ma równie przyspieszony puls jak ja.
- Naplawdę mówisz, sze potrzebuję tlochę więcej aseltywności w naszych stosunkach? - Spytałem spokojnie, głaszcząc jej przedramię tak, jakby to był zupełnie normalny gest, a nie coś, co oboje czuliśmy w kręgosłupie. Spojrzałem prosto w te jej brązowe oczy, które właśnie błyszczały z zadowolenia - i dobrze, niech błyszczą, zasłużyła. - To besczelne, wiesz dobsze, sze nie chodzi o to, sze nie umiem mówiś „nie”... Po plostu nie chcę tego mówić tobie, i chyba oboje wiemy, dlaczego... - Westchnąłem teatralnie.
To był idealny moment, żeby się cofnąć - dać jej złapać oddech, udawać, że mogę to wszystko puścić płazem, sobie i jej, ale ja nie zamierzałem odpuszczać. Nie przy niej, nie teraz, nie kiedy jeszcze przed chwilą sama podała mi obusieczną broń do ręki. Zbyt dużo czasu minęło, za dużo sobie powiedzieliśmy, żeby teraz odpuszczać, zwłaszcza, kiedy sama mi to dała.
- Skolo jusz mnie nazwałaś swoim chłopakiem. - Uniosłem brew, patrząc na nią zupełnie poważnie. - To, wiesz… Tlochę głupio byłoby byś ostatnim dupkiem dla samego bycia dupkiem. Oczywiście, jeśli chcesz, mogę ci pokazaś, jak wygląda moja aseltywnoś, ale nie sądzę, szebyś chciała ją telas oglądaś. - Nie zamierzałem udawać, że nie wiem, w co gramy, ani że nie zamierzam wygrać - zawsze mieliśmy mieć remis. Dawno powinienem spieprzać, zamknąć się gdzieś, gdzie nie mogłaby mnie złapać tym swoim „sprawdź mnie” - ale oczywiście, że tego nie zrobiłem. Zamiast tego siedziałem i patrzyłem na nią z tym swoim półuśmiechem, który zwykle zapowiadał same kłopoty. Siedzieliśmy na tej skarpie już dłużej, niż planowałem, ale nie było nic, co mogłoby mnie stąd odciągnąć, odkąd jej palce znalazły się na mojej piersi. Morze pod nami szumiało idealnie w tle, wiedziało, że nie ma teraz znaczenia. Wiatr, chociaż ostry, również nie miał nic do gadania, bo całe ciepło, jakiego potrzebowałem, gromadziło się teraz w miejscach, w których Prudence dotykała mnie bez wahania. Jej oddech był gorący, kiedy znów uniosła głowę, jeszcze wyżej, jeszcze bliżej. Widziałem, jak jej źrenice rozszerzają się, kiedy wbijała we mnie ten swój spokojny, a jednak prowokujący wzrok. Miała rację - nie powinienem jej mówić, że nie chcę jej niczego odmawiać, ale nie kłamałem, nigdy - przynajmniej nie w tym. Pochyliłem głowę, żeby złapać jej wzrok znowu, gdy spytała: „Tak, to znaczy jak?” Cały spokój wyparował dokładnie w tym momencie, gdy oparła rękę na mojej piersi i zapytała, jak na mnie patrzy. Nie próbowałem się odsunąć. Nie było sensu udawać, że mnie to nie rusza. Nie było sensu wmawiać jej, że to wszystko - ta skarpa, te ciemności, ten zapach soli i jej głos tak blisko - jest obojętnym mi przypadkiem.
- Widzisz, Plue. - Zacząłem cicho, ledwie odrywając wzrok od jej oczu, bo właśnie w tym spojrzeniu miała całą przewagę. Przesunąłem dłonią wzdłuż jej ramienia, powoli, bez pośpiechu, jakbyśmy mieli całą noc - może i mieliśmy, kto by to teraz kalkulował. - Nie wszystko, co wydaje się logiczne, naplawdę takie jest. Ty i ja doskonale o tym wiemy. To, sze coś nie zostawia fizycznego śladu, nie znaczy, sze nie zostawia śladu tu... - Przesunąłem kciukiem po jej skroni, delikatnie, tak jakby wystarczyło muśnięcie, żeby przypomnieć jej, ile razy już tu byliśmy - w strefie myśli i założeń. - Cósz... Tak, jak patrzy na kogoś, kogo nie powinno się chcieć w ten sposób. Tak, jakby to, co planujesz, miało być jednocześnie najlepszą i najgorszą decyzją twojego życia. Tak, jakbyś wiedziała, że jest obiema na las...
Morze szumiało cicho, nie przeszkadzało w niczym, miałem wrażenie, że szumi dla nas, ciemność za plecami też jest teraz nasza. Nie byliśmy parą, która planowała wspólne śniadania i zakupy na niedzielę. Byliśmy czymś lepszym, czymś bardziej niebezpiecznym. Czymś, co w tej chwili w ciemnościach nad morzem było cholernie prawdziwe. Wiedziałem, że choćby jutro wszystko miało wrócić do stanu „przed”, dzisiaj, tu nad morzem, wszystko było dokładnie tak, jak miało być - właściwie niewłaściwe, nasze.
- Jeśli mam byś twoim chłopakiem… - Wypowiedziałem to słowo z tym samym rozbawieniem, z jakim pierwszy raz je wymówiłem. - To wiesz, że masz plawo wykoszystaś wszystko, co ci powiem... I vice versa.
Czułem, jak przyspiesza jej oddech, a mięśnie ramion drżą, kiedy wciąż opierała dłoń na mojej piersi. Siedzieliśmy na tej skarpie tak długo, że gdyby ktoś nas obserwował z oddali, pewnie pomyślałby, że zgubiliśmy gdzieś po drodze czas, może nawet zdrowy rozsądek. Morze falowało pod nami, spokojne, niemal leniwe, a ja oddychałem razem z nim, ale moje myśli nie miały w sobie nic z tego spokojnego szumu fal.
- Najwaszniejsze, sze nam wychodzi? - Powtórzyłem jej słowa, z ironicznym rozbawieniem w głosie. - Fakt, wychodzi nam wszystko. Nawet to, czego oboje mieliśmy nigdy nie lobiś...
Nasze usta dzielił jeden oddech. Mógłbym to przedłużać w nieskończoność, ale po co, skoro oboje wiedzieliśmy, że to już postanowione? Nie cofnąłem się ani o centymetr. Ba, sam zatarłem tę resztkę dystansu - wystarczyło jedno westchnienie, żeby poczuć jej usta znów tam, gdzie powinny być.
- Okej, tu mnie masz, mosze nie umiem byś zupełnie besploduktywny, ale pszynajmniej mam w tym j a k i e ś doświadczenie... - Bardzo lekko pokręciłem głową, podkreślając to jedno słowo, bo było ważne - ostatni argument, jaki jeszcze miałem w tym temacie.
Prue patrzyła mi w oczy i doskonale wiedziała, że za chwilę powiem coś, czego może nie powinna słyszeć, ale sama otworzyła tę furtkę. Zawsze wiedziała, jak mnie sprowokować. Jeszcze zanim zdążyłem zareagować słownie, już poczułem, jak moja dłoń samoistnie wędruje z powrotem na jej przedramię, a kciuk zatacza kółko na skórze. Złapałem jej spojrzenie, wpatrując się w nią intensywnie, ale ona nie odwróciła wzroku, chociaż oboje wiedzieliśmy, że powinna. W jej oczach tliło się coś, co zawsze prowokowało we mnie najgorsze i najlepsze rzeczy jednocześnie. To nie był strach - nigdy nie patrzyła na mnie ze strachem, tylko z tym swoim cholernym wyzwaniem, którego nie potrafiłem zignorować.
- Spaś spokojnie… - Prychnąłem cicho, bo z jej ust to brzmiało prawie jak kpina. - Zlobię wszystko, szebyś nie spała spokojnie, wiesz o tym, plawda? - Uśmiechnąłem się kątem ust i przesunąłem kciukiem po jej nadgarstku, czując, że ma równie przyspieszony puls jak ja.
- Naplawdę mówisz, sze potrzebuję tlochę więcej aseltywności w naszych stosunkach? - Spytałem spokojnie, głaszcząc jej przedramię tak, jakby to był zupełnie normalny gest, a nie coś, co oboje czuliśmy w kręgosłupie. Spojrzałem prosto w te jej brązowe oczy, które właśnie błyszczały z zadowolenia - i dobrze, niech błyszczą, zasłużyła. - To besczelne, wiesz dobsze, sze nie chodzi o to, sze nie umiem mówiś „nie”... Po plostu nie chcę tego mówić tobie, i chyba oboje wiemy, dlaczego... - Westchnąłem teatralnie.
To był idealny moment, żeby się cofnąć - dać jej złapać oddech, udawać, że mogę to wszystko puścić płazem, sobie i jej, ale ja nie zamierzałem odpuszczać. Nie przy niej, nie teraz, nie kiedy jeszcze przed chwilą sama podała mi obusieczną broń do ręki. Zbyt dużo czasu minęło, za dużo sobie powiedzieliśmy, żeby teraz odpuszczać, zwłaszcza, kiedy sama mi to dała.
- Skolo jusz mnie nazwałaś swoim chłopakiem. - Uniosłem brew, patrząc na nią zupełnie poważnie. - To, wiesz… Tlochę głupio byłoby byś ostatnim dupkiem dla samego bycia dupkiem. Oczywiście, jeśli chcesz, mogę ci pokazaś, jak wygląda moja aseltywnoś, ale nie sądzę, szebyś chciała ją telas oglądaś. - Nie zamierzałem udawać, że nie wiem, w co gramy, ani że nie zamierzam wygrać - zawsze mieliśmy mieć remis. Dawno powinienem spieprzać, zamknąć się gdzieś, gdzie nie mogłaby mnie złapać tym swoim „sprawdź mnie” - ale oczywiście, że tego nie zrobiłem. Zamiast tego siedziałem i patrzyłem na nią z tym swoim półuśmiechem, który zwykle zapowiadał same kłopoty. Siedzieliśmy na tej skarpie już dłużej, niż planowałem, ale nie było nic, co mogłoby mnie stąd odciągnąć, odkąd jej palce znalazły się na mojej piersi. Morze pod nami szumiało idealnie w tle, wiedziało, że nie ma teraz znaczenia. Wiatr, chociaż ostry, również nie miał nic do gadania, bo całe ciepło, jakiego potrzebowałem, gromadziło się teraz w miejscach, w których Prudence dotykała mnie bez wahania. Jej oddech był gorący, kiedy znów uniosła głowę, jeszcze wyżej, jeszcze bliżej. Widziałem, jak jej źrenice rozszerzają się, kiedy wbijała we mnie ten swój spokojny, a jednak prowokujący wzrok. Miała rację - nie powinienem jej mówić, że nie chcę jej niczego odmawiać, ale nie kłamałem, nigdy - przynajmniej nie w tym. Pochyliłem głowę, żeby złapać jej wzrok znowu, gdy spytała: „Tak, to znaczy jak?” Cały spokój wyparował dokładnie w tym momencie, gdy oparła rękę na mojej piersi i zapytała, jak na mnie patrzy. Nie próbowałem się odsunąć. Nie było sensu udawać, że mnie to nie rusza. Nie było sensu wmawiać jej, że to wszystko - ta skarpa, te ciemności, ten zapach soli i jej głos tak blisko - jest obojętnym mi przypadkiem.
- Widzisz, Plue. - Zacząłem cicho, ledwie odrywając wzrok od jej oczu, bo właśnie w tym spojrzeniu miała całą przewagę. Przesunąłem dłonią wzdłuż jej ramienia, powoli, bez pośpiechu, jakbyśmy mieli całą noc - może i mieliśmy, kto by to teraz kalkulował. - Nie wszystko, co wydaje się logiczne, naplawdę takie jest. Ty i ja doskonale o tym wiemy. To, sze coś nie zostawia fizycznego śladu, nie znaczy, sze nie zostawia śladu tu... - Przesunąłem kciukiem po jej skroni, delikatnie, tak jakby wystarczyło muśnięcie, żeby przypomnieć jej, ile razy już tu byliśmy - w strefie myśli i założeń. - Cósz... Tak, jak patrzy na kogoś, kogo nie powinno się chcieć w ten sposób. Tak, jakby to, co planujesz, miało być jednocześnie najlepszą i najgorszą decyzją twojego życia. Tak, jakbyś wiedziała, że jest obiema na las...
Morze szumiało cicho, nie przeszkadzało w niczym, miałem wrażenie, że szumi dla nas, ciemność za plecami też jest teraz nasza. Nie byliśmy parą, która planowała wspólne śniadania i zakupy na niedzielę. Byliśmy czymś lepszym, czymś bardziej niebezpiecznym. Czymś, co w tej chwili w ciemnościach nad morzem było cholernie prawdziwe. Wiedziałem, że choćby jutro wszystko miało wrócić do stanu „przed”, dzisiaj, tu nad morzem, wszystko było dokładnie tak, jak miało być - właściwie niewłaściwe, nasze.
- Jeśli mam byś twoim chłopakiem… - Wypowiedziałem to słowo z tym samym rozbawieniem, z jakim pierwszy raz je wymówiłem. - To wiesz, że masz plawo wykoszystaś wszystko, co ci powiem... I vice versa.
Czułem, jak przyspiesza jej oddech, a mięśnie ramion drżą, kiedy wciąż opierała dłoń na mojej piersi. Siedzieliśmy na tej skarpie tak długo, że gdyby ktoś nas obserwował z oddali, pewnie pomyślałby, że zgubiliśmy gdzieś po drodze czas, może nawet zdrowy rozsądek. Morze falowało pod nami, spokojne, niemal leniwe, a ja oddychałem razem z nim, ale moje myśli nie miały w sobie nic z tego spokojnego szumu fal.
- Najwaszniejsze, sze nam wychodzi? - Powtórzyłem jej słowa, z ironicznym rozbawieniem w głosie. - Fakt, wychodzi nam wszystko. Nawet to, czego oboje mieliśmy nigdy nie lobiś...
Nasze usta dzielił jeden oddech. Mógłbym to przedłużać w nieskończoność, ale po co, skoro oboje wiedzieliśmy, że to już postanowione? Nie cofnąłem się ani o centymetr. Ba, sam zatarłem tę resztkę dystansu - wystarczyło jedno westchnienie, żeby poczuć jej usta znów tam, gdzie powinny być.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)