Chyba nie powinno ją dziwić, że z taką precyzją wiedział, z kim dokładnie go pomyliła, skoro jegomość pochodził z Francji, a jej drogi Anthony spędził tam kawałek życia… Ale i tak ją to zaskoczyło. Na tyle, że delikatny rumieniec, raczej w tym przytłumionym świetle niewidoczny, wypłynął na jej policzki, zdradzając zakłopotanie, w które sama się wpędziła, tak pochopnie szafując imionami. Teraz było pewne, że to nie Shafiq, a to, co w pierwszej chwili wydawało się podobieństwem, teraz było jedynie krótkim snem rozwianym przez chłód wieczoru.
– No cóż, nie da się ukryć, że to bardzo skuteczne narzędzie – inaczej by go przecież nie zaczepiła – nie było to zbyt grzecznie. Miał swoje sprawy, ona miała swoje, a tak… Popełniona pomyłka przerodziła się w rozmowę i w chęć zadośćuczynienia błędowi i temu, że mu przeszkodziła… cokolwiek robił. W ten właśnie sposób zaproponowała mu spacer, na który by się nie zdecydowała z obcym – nie dlatego, że się bała, choć pora dnia była jaka była, nie. Raczej dlatego, że Victoria nie była duszą towarzystwa, po Spałonej Nocy miała piętrzącą się górę pracy i obowiązków, a do Maida Vale zawitała by skreślić jeden z nich z tej długiej listy… Obejrzenie ogrodu było tylko poddaniem się chwili, kaprysem i potrzebą odetchnięcia. – W takim razie zapraszam – skoro pora dnia mu nie przeszkadzała… Victoria nawet wyciągnęła z kieszeni spodni różdżkę, by sprawić, że światło latarenek stało się nieco mocniejsze.
Tak jak dotyk jej lodowato zimnej skóry był dla Gabriela zaskoczeniem – tak dla niej było to, że nie odczuła od niego ciepła, które i tak nie mogło jej ogrzać. Nie zobaczyła drżenia z zimna, którym zionęła, żadnego niekontrolowanego odruchu. Tam, gdzie on był zaskoczony – była i ona. Lecz kolejne ze słów bardzo rozjaśniały dla niej sytuację.
Dwór miłościwie panującej wampirzego porządku.
Ach. Victoria zaczynała się zastanawiać, czy to, jak zdawała się przyciągać duchy, przekładało się też na wampiry. Jeśli Gabriel spodziewał się, że Lestrange, uświadomiwszy sobie jego słowa, szybko zabierze rękę i będzie od niej czuć strach – to mógł się bardzo zaskoczyć. Victoria nie tylko nie zabrała ręki, co wydawała się tylko odrobinę zdziwiona tym przypadkowym spotkaniem. Nie było szybciej bijącego serca, nagłego uderzenia strachu; raczej przypominało to zaskoczenie jak przy opowiadaniu najnowszej ploteczki na salonach.
– Nigdy na dworze miłościwie panującej nie byłam – przyznała zresztą zgodnie z prawdą – i to mogło odpowiadać na pytanie, dlaczego jej tam nie widział. Słyszała o niej tylko, tak jak o tej dziwacznej wampirze hierarchii, ale nigdy się w ten temat bardziej nie zagłębiła. Z drugiej strony… nie była jedną z nich, choć nie dało się zaprzeczyć, że z nimi sympatyzowała. – Nie jestem wampirem, jeśli o to pan pyta – odparła lekko i nawet odrobinę się zaśmiała. Nie dość, że nie była wampirem, to nawet nie można jej było nazwać wampirzą przekąską: jej krew pito tylko raz, niecały miesiąc temu i to w ramach eksperymentu, nic poza tym. – Ale dziękuję za komplement, panie Montbel – bo nie dało się zaprzeczyć, że on tam był, o wyglądzie, elegancji i tam, gdzie nie wątpiłby, gdyby jakiś wampir chciał ją zachować w wieczności taką, jaka była w tej chwili. Złapała się dłońmi za plecami, gdy tak pomalutku szli usypaną żwirem dróżką pomiędzy kwiatami. – Widać, że jest pan w Anglii od niedawna. Zakładam, że chodzi panu o moje zimno? To żadna tajemnica, kilka miesięcy temu była to krajowa sensacja, pewnie i do Francji zawitały informacje o czterech śmiałkach, którzy przeżyli wejście do Limbo… trudno teraz spotkać kogoś, kto by o tym nie słyszał, albo nie kojarzył nic o Zimnych – nawet była pewna, że do Francji takie wiadomości doszły, skoro słyszeli o tym w Egipcie… A poza tym Primrose coś jej na ten temat pisała. Nie był to w żadnej mierze przytyk. Raczej po prostu Victoria nie do końca była pewna jak o tym mówić, bo do tej pory… nie miała takiej potrzeby, by tłumaczyć to komukolwiek. Wszyscy wiedzieli. – Tak czy siak… nie jest pan pierwszym wampirem, jakiego spotkałam – dodała po chwili, nie chcąc by ciężar jej odpowiedzi w jakiś sposób przygniótł rozmowę.