Lou,
Miałam sen. Taki sen, którego nie da się zbyć wzruszeniem ramion. Londyn płonął. Wszystko. Kamienice, mosty, ulice, nawet te miejsca, których oboje nie lubiliśmy. Obudziłam się z sercem w gardle.
Próbowałam to zbyć, wiesz. Ale później ponownie powrócił. Wracał przez parę miesięcy. Za każdym razem był coraz bardziej intensywny, coraz mocniej związany z Nami. A tydzień temu usłyszałam, że pożoga rzeczywiście strawiła stolicę. Nie mogę przestać o tym myśleć.
Nie mam pojęcia, gdzie teraz jesteś. U kogo nocujesz. Z kim pijesz herbatę i komu opowiadasz te swoje mądre rzeczy. Ale chcę Cię zobaczyć. Potrzebuję. Dla własnego spokoju? Dla Twojego bezpieczeństwa? A może żeby przekonać się, że jeszcze potrafimy zobaczyć się bez zaciśniętych pięści.
Nie zniosłabym myśli, że mogłoby Ci się coś stać, nawet jeśli to ja pierwsza kazałam Ci zniknąć z mojego życia. Tylko, że teraz…
Teraz myślę, że może to nie tak miało wyglądać. Że może powinniśmy chociaż raz usiąść i pogadać jak ludzie. Albo jak my. Wiesz, co mam na myśli.
Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że to brzmi obłudnie. Może jestem obłudna, ale co z tego? Lepiej późno niż wcale, prawda?
Czekam. Trochę głupio mi to pisać, ale…