18.07.2025, 20:16 ✶
Srebrno-czarna Honda Hannibala gnała przez mugolski Londyn. Dobrze było przemierzać miasto w ten sposób. Ryk silnika w uszach zagłuszał warkot maszyn budowlanych a pęd powietrza nie pozwalał czuć swędu spalenizny.
Z ulgą pożegnał swoje pełne odcisków upiornych dłoni mieszkanie, miał nadzieję, że na zawsze, a przynajmniej do czasu gruntownego wysprzątania i remontu. Jego podstawowy dobytek, wyczyszczony starannie z sadzy, spoczywał w kufrze, pomniejszonym do rozmiarów plecaka i przypiętym do motocykla. No, dokładnie, to przyklejonym zaklęciem, ale mijani mugole nie mogli tego wiedzieć.
Selwyn nie miał nic przeciwko byciu rozpoznawanym na ulicy, pławieniu się we własnej wspaniałości, autografom, fanom i fankom, ale z równą przyjemnością uciekał czasami z magicznej dzielnicy miasta w anonimowość Soho czy Camden. Dzisiaj jechał na Hackney.
Do Henry’ego.
Który zaoferował mu wspólne zamieszkanie, dopóki Hannibal nie będzie miał gdzie się podziać. Selwyn był zachwycony.
Czas, który minął od ostatniego rozstania, naznaczony był huśtawką emocji. Czy Henry w ogóle żyje? - szarpało go w sobotni poranek, kiedy miasto obudziło się i zorientowało, że Spalona Noc nie była snem. Przetrwał, to jasne, przecież mówiłem, żeby nie dał się zabić! - myślał, odpisując na pierwszy list, ulga doprawiona troska, bo przecież nie uszedł bez szwanku. Czy spłoszył się i nie chce mieć ze mną nic wspólnego? - rozważał gorzko, usuwając różdżką szkody i zabrudzenia z jego kurtki w zaciszu mieszkania Mony. To do pewnego stopnia zrozumiałe, czuć onieśmielenie wobec gwiazdy, no ale bez przesady, w końcu tyle razem przeszli!
Skręcił z piskiem opon w boczną ulicę i dopiero wjechawszy między bloki mieszkalne, zwolnił. Mugolska architektura była tak inna od budynków czarodziejów, funkcjonalna, prosta, nowoczesna. Miała swój urok, cokolwiek nie mówiliby o niej przywiązani do tradycji czarodzieje.
Było może pięć po piątej, kiedy wbiegł po schodach i niemal nie zdyszany zapukał do drzwi Henry’ego.
Z ulgą pożegnał swoje pełne odcisków upiornych dłoni mieszkanie, miał nadzieję, że na zawsze, a przynajmniej do czasu gruntownego wysprzątania i remontu. Jego podstawowy dobytek, wyczyszczony starannie z sadzy, spoczywał w kufrze, pomniejszonym do rozmiarów plecaka i przypiętym do motocykla. No, dokładnie, to przyklejonym zaklęciem, ale mijani mugole nie mogli tego wiedzieć.
Selwyn nie miał nic przeciwko byciu rozpoznawanym na ulicy, pławieniu się we własnej wspaniałości, autografom, fanom i fankom, ale z równą przyjemnością uciekał czasami z magicznej dzielnicy miasta w anonimowość Soho czy Camden. Dzisiaj jechał na Hackney.
Do Henry’ego.
Który zaoferował mu wspólne zamieszkanie, dopóki Hannibal nie będzie miał gdzie się podziać. Selwyn był zachwycony.
Czas, który minął od ostatniego rozstania, naznaczony był huśtawką emocji. Czy Henry w ogóle żyje? - szarpało go w sobotni poranek, kiedy miasto obudziło się i zorientowało, że Spalona Noc nie była snem. Przetrwał, to jasne, przecież mówiłem, żeby nie dał się zabić! - myślał, odpisując na pierwszy list, ulga doprawiona troska, bo przecież nie uszedł bez szwanku. Czy spłoszył się i nie chce mieć ze mną nic wspólnego? - rozważał gorzko, usuwając różdżką szkody i zabrudzenia z jego kurtki w zaciszu mieszkania Mony. To do pewnego stopnia zrozumiałe, czuć onieśmielenie wobec gwiazdy, no ale bez przesady, w końcu tyle razem przeszli!
Skręcił z piskiem opon w boczną ulicę i dopiero wjechawszy między bloki mieszkalne, zwolnił. Mugolska architektura była tak inna od budynków czarodziejów, funkcjonalna, prosta, nowoczesna. Miała swój urok, cokolwiek nie mówiliby o niej przywiązani do tradycji czarodzieje.
Było może pięć po piątej, kiedy wbiegł po schodach i niemal nie zdyszany zapukał do drzwi Henry’ego.