19.07.2025, 10:11 ✶
Fakt, że dzieło na ścianie podszyte było pogardą, nie stanowiło zagadki do rozwikłania. Shafiq co prawda dopiero po wymianie listownej z Lorraine zorientował się, że posmak konfliktu wiszący między nim a malarzem był bardziej rzeczywisty i miał w sumie swoje osadzenie w nieporozumieniu, choć... czy byłoby inaczej, gdyby od samego początku osoba Malfoy'a ukonstytuowana była, jako tego, który niekoniecznie malował po prostu ściany?
To też i moja krew, Anthony. Baldwin...
Nie znał chłopaka, jednak te kilka zdań pozwoliło mu przesunąć go w inne miejsce, w rozległej kartotece piętrzącej się w jego głowie. Zanotowane. Odłożone. Schowane.
Znów. Zbyt wiele ludzi. Zbyt wiele spraw.
Czego oczywiście nie zrobił i nie schował, to myśli i uczuć otulających duszę, gdy trzymał w rękach zagłodzoną, rozhisteryzowaną dziewczynkę. Nie kobietę - wiłę, co uparcie mu powtarzała, co może powinno mieć większe dla niego znaczenie. Córkę to było słowo klucz, relacja, na którą mu pozwoliła. Tego słowa zamierzał się trzymać w późniejszych rozmowach, by nie dotykać własnego rozdrażnienia tym, że osobowości nie mogą być po prostu poukładane. Przezwyciężanie trudności dawało szczęście, ale pragnienie porządku było w nim silne. Porządku jej istnienia. Porządku własnego istnienia... Paradoksalnie obraz budził w nim właśnie ukojenie, nie rozpacz. Chaos zamknięty w prostych, możliwych dla niego do dostrzeżenia liniach i barwach. Przyjemna pustka. Piękno sprowadzone do konceptu. Koncept wyniesiony do rangi piękna. Powodem dla którego mógłby go zniszczyć był ból jaki wywołała owa ściana w Lorraine, ale jej prośba i późniejsza wdzięczność uciszała ten gniew, czyniąc go niebyłym nim w ogóle dotarł do przedproży świadomości.
– To prawda– przyznał jej rację, choć myślał bardziej o jej dumie, niż o własnej. Nieprzerwanie głaskał ją po włosach, nie czując przyjemności z bólu i rozterek wiły, ale znajdując ukojenie w objęciu jej, w geście, w bliskości, która nieoczekiwanie stała się ich udziałem. Mogli być teraz bardziej prawdziwie, bardziej dla siebie niż przed momentem, gdy dzielił się z nią wieściami o decyzji do której popchnął go strach. Uspokajał ją, ale ona też uspokajała jego ciężarem własnej głowy na ułożonym dla niej udzie.
– Przepraszam Cię Lorraine. – powiedział również, dając wybrzmieć tym słowom. Może jednak mówił też o własnej dumie? – Zbyt długo się nie widzieliśmy, chciałem zacząć od rzeczy, która od tygodni gnębiła mnie najbardziej, aby zdjąć ją z barków, położyć na stole, a potem... potem... – westchnął głęboko, bo po tym co wydarzyło się we wspólnej sali nie pamiętał jaki miał za bardzo plan na to spotkanie, jaką agendę, oczekiwania. – Moja słabość jest dla mnie wstrętna, nie Ty. – powiedział szczerze, choć przecież powiedziała, że zraniłoby to ją jeszcze bardziej. Prosiła go o pozostawienie fresku, prosiła go o prawdę i taka ona była. – Wojna jest dla mnie wstrętna. Nie Ty. – oparł głowę o ścianę i przymknął powieki, cały czas ją głaszcząc, łapiąc się na marzeniu o tym, by się jeszcze nie podnosiła, by ten moment, wrażliwy moment szczerości pozostał z nimi na dłużej. – Kiedy mnie napadli... myślałem, że to śmierciożercy. Myślałem, że chcą włamać się do mojego umysłu bo odkryli moje powiązania z Longbottomami. – Sen. Koszmar. Nawracający koszmar o wilkach, o obławie, która się nie skończyła. Która trwała bo ON zareagował zbyt późno. Zdał sobie sprawę, że jego głos drżał gdy to mówił, ale nie zamierzał tego ukrywać. Nie teraz gdy byli pod obrazem, który z niego kpił, nie gdy oboje pozwolili sobie w końcu mówić, zamiast udawać, że nic się nie dzieje. – Strzępki rozmów, działania w biegu. Wieczorek u Agnes, żeby sobie coś udowodnić, żeby przekonać samego siebie, że ból nie może powstrzymać od działania. Żeby się ukarać za to, że... – urwał dotykając czegoś prawdziwego, co kłębiło się w głowie, ale wcześniej nie znalazło ujścia w słowach. – Boję się Lorraine. Boję się, że to wszystko za późno. Trudno cieszyć mi się wyprawą, trudno myśleć o czymś innym, niż o tym, że to wszystko jest moją winą...
To też i moja krew, Anthony. Baldwin...
Nie znał chłopaka, jednak te kilka zdań pozwoliło mu przesunąć go w inne miejsce, w rozległej kartotece piętrzącej się w jego głowie. Zanotowane. Odłożone. Schowane.
Znów. Zbyt wiele ludzi. Zbyt wiele spraw.
Czego oczywiście nie zrobił i nie schował, to myśli i uczuć otulających duszę, gdy trzymał w rękach zagłodzoną, rozhisteryzowaną dziewczynkę. Nie kobietę - wiłę, co uparcie mu powtarzała, co może powinno mieć większe dla niego znaczenie. Córkę to było słowo klucz, relacja, na którą mu pozwoliła. Tego słowa zamierzał się trzymać w późniejszych rozmowach, by nie dotykać własnego rozdrażnienia tym, że osobowości nie mogą być po prostu poukładane. Przezwyciężanie trudności dawało szczęście, ale pragnienie porządku było w nim silne. Porządku jej istnienia. Porządku własnego istnienia... Paradoksalnie obraz budził w nim właśnie ukojenie, nie rozpacz. Chaos zamknięty w prostych, możliwych dla niego do dostrzeżenia liniach i barwach. Przyjemna pustka. Piękno sprowadzone do konceptu. Koncept wyniesiony do rangi piękna. Powodem dla którego mógłby go zniszczyć był ból jaki wywołała owa ściana w Lorraine, ale jej prośba i późniejsza wdzięczność uciszała ten gniew, czyniąc go niebyłym nim w ogóle dotarł do przedproży świadomości.
– To prawda– przyznał jej rację, choć myślał bardziej o jej dumie, niż o własnej. Nieprzerwanie głaskał ją po włosach, nie czując przyjemności z bólu i rozterek wiły, ale znajdując ukojenie w objęciu jej, w geście, w bliskości, która nieoczekiwanie stała się ich udziałem. Mogli być teraz bardziej prawdziwie, bardziej dla siebie niż przed momentem, gdy dzielił się z nią wieściami o decyzji do której popchnął go strach. Uspokajał ją, ale ona też uspokajała jego ciężarem własnej głowy na ułożonym dla niej udzie.
– Przepraszam Cię Lorraine. – powiedział również, dając wybrzmieć tym słowom. Może jednak mówił też o własnej dumie? – Zbyt długo się nie widzieliśmy, chciałem zacząć od rzeczy, która od tygodni gnębiła mnie najbardziej, aby zdjąć ją z barków, położyć na stole, a potem... potem... – westchnął głęboko, bo po tym co wydarzyło się we wspólnej sali nie pamiętał jaki miał za bardzo plan na to spotkanie, jaką agendę, oczekiwania. – Moja słabość jest dla mnie wstrętna, nie Ty. – powiedział szczerze, choć przecież powiedziała, że zraniłoby to ją jeszcze bardziej. Prosiła go o pozostawienie fresku, prosiła go o prawdę i taka ona była. – Wojna jest dla mnie wstrętna. Nie Ty. – oparł głowę o ścianę i przymknął powieki, cały czas ją głaszcząc, łapiąc się na marzeniu o tym, by się jeszcze nie podnosiła, by ten moment, wrażliwy moment szczerości pozostał z nimi na dłużej. – Kiedy mnie napadli... myślałem, że to śmierciożercy. Myślałem, że chcą włamać się do mojego umysłu bo odkryli moje powiązania z Longbottomami. – Sen. Koszmar. Nawracający koszmar o wilkach, o obławie, która się nie skończyła. Która trwała bo ON zareagował zbyt późno. Zdał sobie sprawę, że jego głos drżał gdy to mówił, ale nie zamierzał tego ukrywać. Nie teraz gdy byli pod obrazem, który z niego kpił, nie gdy oboje pozwolili sobie w końcu mówić, zamiast udawać, że nic się nie dzieje. – Strzępki rozmów, działania w biegu. Wieczorek u Agnes, żeby sobie coś udowodnić, żeby przekonać samego siebie, że ból nie może powstrzymać od działania. Żeby się ukarać za to, że... – urwał dotykając czegoś prawdziwego, co kłębiło się w głowie, ale wcześniej nie znalazło ujścia w słowach. – Boję się Lorraine. Boję się, że to wszystko za późno. Trudno cieszyć mi się wyprawą, trudno myśleć o czymś innym, niż o tym, że to wszystko jest moją winą...