15.02.2023, 01:54 ✶
Daisy stłumiła uśmiech, gdy Darcy wspomniał o blasku fleszy. Sytuacja, w której się znaleźli, nie należała do takich, w których właściwe by było szeroko uśmiechnąć się na jego słowa (nawet jeśli miała ku temu sporą ochotę). Ale też to co powiedział, uświadomiło jej, jak wiele potencjalnych kłopotów taki wywiad z bohaterem mógłby przynieść również im. W końcu, jeśli jakiś poplecznik Lorda Voldemorta uznałby, że są z bohaterem w przyjaźni albo coś podobnego to jeszcze wpadłby na pomysł, by na nich napaść albo coś. Głupio by było stracić palce, bo w oczach jakiegoś świra przypadkiem porozmawiało się nie z tym facetem, z którym należało.
I za to też gorąco nie znosiła Śmierciożerców. Byli dziennikarzami. Powinni mieć prawo do pisania wszystkiego, czego chcą i o kim chcą. Prasa powinna być niezależna! Jak inaczej mógłby funkcjonować świat?
Przy okazji w głowie Daisy zagościła dość obcesowa myśl, że sama rozszarpałaby gołymi rękoma każdego śmierciożercę, który spróbowałby dobrać się do Darcy’ego. Do tego nie potrzebowała nawet magii. Dzika furia byłaby jej najlepszym sprzymierzeńcem. Zazwyczaj była powolna jak żółw i szybko się męczyła przy najmniejszym wysiłku fizycznym. Ale w tym wypadku, gdyby tylko chodziło o życie Darcy’ego, była tego więcej niż pewna, okazałaby się zwinna jak pantera. Rozniosłaby na strzępy samego Lorda Voldemorta, jeśliby tylko ten był na tyle głupi, by zaatakować jej brata.
Bo zawsze była po jego stronie, nawet jeśli chwilami wydawało jej się, że czasami szybciej mówił niż myślał (tak jakby ona sama tego nie robiła).
- Pewnie masz rację – zgodziła się z Darcym. Po cichy też uznała, że właściwie to dobrze się dzieje, że ratującego dziecko nie było w pobliżu i mogli go bez żadnych wyrzutów sumienia pominąć w całej sprawie. – W sumie, czy brygadziści nie powinni potem wydać jakichś oświadczeń albo coś? Zawsze możemy je przedrukować. To znaczy, pewnie nie będą specjalnie ciekawe, oni zawsze przedstawiają wszystko nudno, ale no… - wzruszyła ramionami. Jak to się mówiło: lepszy rydz niż nic i lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. A poza tym, nawet z takiego oświadczenia zawsze dało się wyciągnąć jakieś mięcho.
Podreptała za bratem w stronę wskazanej przez siebie wiedźmy. Daisy równie mocno jak Darcy wierzyła w to, że posiadała sporo wyczucia i wiedziała kogo należało wypytywać. Podświadomie też pewnie trochę się nastawiała na to, że w razie czego będzie mogła wypowiedź czarownicy odpowiednio podkoloryzować i wyretuszować.
Patrzyła na kobietę z zaaferowaniem wymalowanym na twarzy. Młodziutka dziennikarka wyglądała w tym momencie tak, jakby głęboko współczuła Michaelowi Carlickowi. I po części tak było, nawet jeśli jej motywacje nie były do końca uczciwie i w ogóle nie zahaczały o to, co stało się z jego domem i jakie nieszczęście mogło spotkać jego młodszego syna.
- Och, to takie okropne – zgodziła się z sąsiadką bardzo prędko. – Mam nadzieję, że szybko złapią tych, którzy chcieli go skrzywdzić. A wie pani może ilu ich było? – dopytała. – Biedny pan Carlick. Mam nadzieję, że szybko uda mu się odbudować jego dom – dodała jeszcze.
O ile oczywiście będzie jeszcze chciał tutaj mieszkać. Na jego miejscu Daisy raczej by tu już nie wracała. Za bardzo by się bała, że lada moment dojdzie do kolejnego ataku. No i nigdzie nie było jej tak dobrze jak w domu rodzinnym.
I za to też gorąco nie znosiła Śmierciożerców. Byli dziennikarzami. Powinni mieć prawo do pisania wszystkiego, czego chcą i o kim chcą. Prasa powinna być niezależna! Jak inaczej mógłby funkcjonować świat?
Przy okazji w głowie Daisy zagościła dość obcesowa myśl, że sama rozszarpałaby gołymi rękoma każdego śmierciożercę, który spróbowałby dobrać się do Darcy’ego. Do tego nie potrzebowała nawet magii. Dzika furia byłaby jej najlepszym sprzymierzeńcem. Zazwyczaj była powolna jak żółw i szybko się męczyła przy najmniejszym wysiłku fizycznym. Ale w tym wypadku, gdyby tylko chodziło o życie Darcy’ego, była tego więcej niż pewna, okazałaby się zwinna jak pantera. Rozniosłaby na strzępy samego Lorda Voldemorta, jeśliby tylko ten był na tyle głupi, by zaatakować jej brata.
Bo zawsze była po jego stronie, nawet jeśli chwilami wydawało jej się, że czasami szybciej mówił niż myślał (tak jakby ona sama tego nie robiła).
- Pewnie masz rację – zgodziła się z Darcym. Po cichy też uznała, że właściwie to dobrze się dzieje, że ratującego dziecko nie było w pobliżu i mogli go bez żadnych wyrzutów sumienia pominąć w całej sprawie. – W sumie, czy brygadziści nie powinni potem wydać jakichś oświadczeń albo coś? Zawsze możemy je przedrukować. To znaczy, pewnie nie będą specjalnie ciekawe, oni zawsze przedstawiają wszystko nudno, ale no… - wzruszyła ramionami. Jak to się mówiło: lepszy rydz niż nic i lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. A poza tym, nawet z takiego oświadczenia zawsze dało się wyciągnąć jakieś mięcho.
Podreptała za bratem w stronę wskazanej przez siebie wiedźmy. Daisy równie mocno jak Darcy wierzyła w to, że posiadała sporo wyczucia i wiedziała kogo należało wypytywać. Podświadomie też pewnie trochę się nastawiała na to, że w razie czego będzie mogła wypowiedź czarownicy odpowiednio podkoloryzować i wyretuszować.
Patrzyła na kobietę z zaaferowaniem wymalowanym na twarzy. Młodziutka dziennikarka wyglądała w tym momencie tak, jakby głęboko współczuła Michaelowi Carlickowi. I po części tak było, nawet jeśli jej motywacje nie były do końca uczciwie i w ogóle nie zahaczały o to, co stało się z jego domem i jakie nieszczęście mogło spotkać jego młodszego syna.
- Och, to takie okropne – zgodziła się z sąsiadką bardzo prędko. – Mam nadzieję, że szybko złapią tych, którzy chcieli go skrzywdzić. A wie pani może ilu ich było? – dopytała. – Biedny pan Carlick. Mam nadzieję, że szybko uda mu się odbudować jego dom – dodała jeszcze.
O ile oczywiście będzie jeszcze chciał tutaj mieszkać. Na jego miejscu Daisy raczej by tu już nie wracała. Za bardzo by się bała, że lada moment dojdzie do kolejnego ataku. No i nigdzie nie było jej tak dobrze jak w domu rodzinnym.