20.07.2025, 10:21 ✶
Primrose Lestrange, mimo wątłej budowy ciała, nie należała do osób, które każdy mógł podnieść bez większego problemu – bo była jak na swoją płeć całkiem wysoka i nie przywykła do takich gestów – złapana przez Botta wydała z siebie krótkie, nieco żenujące kwiknięcie. Oczywiście w głowie pojawiały jej się teraz przeróżne myśli związane z tym, jak mogłaby się wymknąć z tegoż uścisku i załatwić tu jeszcze kilka jakże ważnych spraw, a później umrzeć niegodnie na stercie rodzinnych pamiątek, ale tego nie zrobiła. Nie objęła go też w celu ułatwienia mu bycia bohaterem, ani nie wydała z siebie dźwięku podziwu – ratowanie jej kruchego życia dało się przyrównać do wynoszenia z budynku sporawego worka ziemniaków.
Niewdzięczna.
Tak by ją pewnie określił każdy, kto miał styczność z tą sytuacją.
Dziewczyna odstawiona na grunt przez posiadłością rodzinną nie wyglądała ani na zadowoloną, ani na szczęśliwą z ratunku. Uzdrowiciel Woolsey, który podbiegł do niej od razu dodatkowo ją zirytował. Widać było po jego twarzy jaki jest tym wszystkim zmieszany. Złapał Lestrange za ramiona, przesuwał spojrzeniem pomiędzy nią i Bottem, potrząsał nią, chyba chciał tego Botta zagadać, ale koleżanka z pracy była ważniejsza. Musiała więc mówić, przytakiwać, odpowiadać na pytania i sama nie wiedziała czy woli to, czy słuchać ewentualnego wybuchu lokalnego celebryty, który całkiem słusznie mógłby się w tej sytuacji unieść i ją zbesztać za nierozsądne podejście do własnego bezpieczeństwa. Jak się opędziła od tej muchy (nie umiała go teraz określić inaczej), przeszukała wzrokiem okolicę w celu namierzenia zepchniętego na drugi plan "bohatera" (o którego w jej aktualnej opinii nikt nie prosił) i mina jej się nieco skwasiła. Bott nadal tu był, owszem. Mogła się do niego odezwać, kiedy Woolsey zagadywał mężczyznę tryskającego strumieniem wody w roztwartą okiennicę, ale coś... Coś w Bottcie przestało jej pasować. Nie to, żeby kiedykolwiek była jego wielką fanką – obserwując go w młodości odniosła wrażenie, że jego sukces był dziełem kompletnego przypadku – ale generalnie miała go za kogoś irytująco wręcz sympatycznego. A teraz gapił się w jakiś punkt pomiędzy drzewami z intensywnością godną pacjentów Lecznicy i dreszcz jej przeszedł po plecach! No ale... wypadało niby i trochę z niej opadły emocje i szok, a trzeźwość głowy pozwalała na lepszą ocenę tego jakie miała szanse na przetrwanie, gdyby drugi z lokalnych panikarzy nie poszedł jej śladem. Salem Salemem, ale to też nie było tak, że życie nie miało dla niej żadnego znaczenia.
Podeszła więc do tego wielkoluda ostrożnie. Krok po kroczku, zakradła się do niego, z pewnością nie bezszelestnie, ale w akompaniamencie nasilającego się pożaru i krzyków zbiegających się tutaj mieszkańców Doliny, faktycznie mogło mu to umknąć. Położyła mu swoją drobną, rozgrzaną dłoń na barku i spojrzała w to samo miejsce.
– Panie Bott...? – Zaanonsowała swoją obecność, a nie jakiejś maszkary kryjącej się w gęstwinie lasu.
Niewdzięczna.
Tak by ją pewnie określił każdy, kto miał styczność z tą sytuacją.
Dziewczyna odstawiona na grunt przez posiadłością rodzinną nie wyglądała ani na zadowoloną, ani na szczęśliwą z ratunku. Uzdrowiciel Woolsey, który podbiegł do niej od razu dodatkowo ją zirytował. Widać było po jego twarzy jaki jest tym wszystkim zmieszany. Złapał Lestrange za ramiona, przesuwał spojrzeniem pomiędzy nią i Bottem, potrząsał nią, chyba chciał tego Botta zagadać, ale koleżanka z pracy była ważniejsza. Musiała więc mówić, przytakiwać, odpowiadać na pytania i sama nie wiedziała czy woli to, czy słuchać ewentualnego wybuchu lokalnego celebryty, który całkiem słusznie mógłby się w tej sytuacji unieść i ją zbesztać za nierozsądne podejście do własnego bezpieczeństwa. Jak się opędziła od tej muchy (nie umiała go teraz określić inaczej), przeszukała wzrokiem okolicę w celu namierzenia zepchniętego na drugi plan "bohatera" (o którego w jej aktualnej opinii nikt nie prosił) i mina jej się nieco skwasiła. Bott nadal tu był, owszem. Mogła się do niego odezwać, kiedy Woolsey zagadywał mężczyznę tryskającego strumieniem wody w roztwartą okiennicę, ale coś... Coś w Bottcie przestało jej pasować. Nie to, żeby kiedykolwiek była jego wielką fanką – obserwując go w młodości odniosła wrażenie, że jego sukces był dziełem kompletnego przypadku – ale generalnie miała go za kogoś irytująco wręcz sympatycznego. A teraz gapił się w jakiś punkt pomiędzy drzewami z intensywnością godną pacjentów Lecznicy i dreszcz jej przeszedł po plecach! No ale... wypadało niby i trochę z niej opadły emocje i szok, a trzeźwość głowy pozwalała na lepszą ocenę tego jakie miała szanse na przetrwanie, gdyby drugi z lokalnych panikarzy nie poszedł jej śladem. Salem Salemem, ale to też nie było tak, że życie nie miało dla niej żadnego znaczenia.
Podeszła więc do tego wielkoluda ostrożnie. Krok po kroczku, zakradła się do niego, z pewnością nie bezszelestnie, ale w akompaniamencie nasilającego się pożaru i krzyków zbiegających się tutaj mieszkańców Doliny, faktycznie mogło mu to umknąć. Położyła mu swoją drobną, rozgrzaną dłoń na barku i spojrzała w to samo miejsce.
– Panie Bott...? – Zaanonsowała swoją obecność, a nie jakiejś maszkary kryjącej się w gęstwinie lasu.