20.07.2025, 10:26 ✶
Helloise przepadała za wsłuchiwaniem się w leśne historie, a na jej szczęście każda część lasu była osobną historią do opowiedzenia. Historie miały drozdy śpiewające mrówkom uwijającym się przy pracy; miały je i sarny żujące młode gałązki drzew, po których korze wspinały się chrząszcze-jelonki. A przecież pośród tych pospolitych stworzeń hasały i magiczne — w przeciwieństwie do ludzi zupełnie niepomne na to, aby kryć się przed swoimi niemagicznymi kuzynami. Życia by nie starczyło, aby wysłuchać historii każdego z mieszkańców lasu, lecz nie przeszkadzało to czarownicy próbować. Dzień i noc jej widmo snuło się za upatrzonymi zwierzętami — Hela obserwowała przez długie godziny, jak te jedzą, jak tulą się do siebie, jak uciekają przed drapieżnikami bądź przeciwnie: same polują. Podążała za nimi niewidoczna, leciutka i bezszelestna. Idealny podglądacz mający dostęp do najintymniejszych zwierzęcych seansów; w czasie eksterioryzacji była bowiem tylko kolejnym leśnym duszkiem.
Przepadała za wsłuchiwaniem się w leśne historie, toteż i tego wiosennego dnia nie mogła powstrzymać się, aby nie przystanąć, gdy usłyszała śpiew memortka. Zbliżyła się, ciekawsko chwytajac jego słowa, lecz od początku wiedziała, że nie śpiewa on dla niej. Przy jego drzewie był już ktoś, dla innej czarownicy przerwał milczenie i nawet tak chciwa ptasiej opowieści Hela uszanowała wybór ptaszka. Niewidoczna przeszła obok memortka i Brenny, goniąc własne leśne historie. Obejrzała się na twarz kobiety — rozpoznała w niej Longbottomównę.
Szczęściara, pomyślała, znikając w leśnym gąszczu. W pierwszej chwili nie przyszło jej do głowy, że Brenna może nie znać memortka i nie odwdzięczyć mu się za piosenkę.
Lub nie, poprawiła się więc po chwili i wróciła do swojej własnej gonitwy.
Nie nawykła wracać tą samą drogą, którą przyszła, lecz tego dnia zawróciła po własnych śladach, aby sprawdzić, jaki był los śpiewaka. Znalazła go martwego pod drzewem. Widmowe palce jej świadomości prześlizgnęły się po opierzonym ciałku, nie mając mocy choćby go trącić. A należało go pochować.
Czarownica obudziła się w chatce na kurzej stopce i, ziewając przeciągle, zwlekła z rozrzuconych po podłodze poduch, na których zasnęła. Kadzidełko wciąż tliło się, parę kroków od posłania czekała zimna, napoczęta owsianka z kwaśną konfiturą porzeczkową. Kobieta dokończyła ją, zbierając się do wyjścia. W sieni chaty wróble pasły się na workach z ziarnem dla kur, ale Hela niespecjalnie o to dbała. Minęła je i wyszła na podwórze, do szopy, skąd wydobyła ubłocony szpadel.
Ruszyła sennym krokiem do Doliny, ciągnąc za sobą łopatę. Wiedziała, gdzie mieszkają Longbottomowie. Wszyscy wiedzieli, mimo że nie sposób było się tam dostać. Napotkawszy mury odgradzające ich posesję, niemal czuła kipiącą w nich magię. Magia magią, ale szpadel szpadlem — idąc wzdłuż ogrodzenia Helloise ciągnęła po jego kamieniu sztychem narzędzia, słuchając metalicznego zawodzenia. Zrobiła to ze złośliwej przekory dla potęgi longbottomowej magii ochronnej; nie lubiła, gdy gdzieś nie mogła wejść.
Stanęła u bram posesji, załomotała w nie łopatą i czekała cierpliwie, aż się kto pojawi.
Przepadała za wsłuchiwaniem się w leśne historie, toteż i tego wiosennego dnia nie mogła powstrzymać się, aby nie przystanąć, gdy usłyszała śpiew memortka. Zbliżyła się, ciekawsko chwytajac jego słowa, lecz od początku wiedziała, że nie śpiewa on dla niej. Przy jego drzewie był już ktoś, dla innej czarownicy przerwał milczenie i nawet tak chciwa ptasiej opowieści Hela uszanowała wybór ptaszka. Niewidoczna przeszła obok memortka i Brenny, goniąc własne leśne historie. Obejrzała się na twarz kobiety — rozpoznała w niej Longbottomównę.
Szczęściara, pomyślała, znikając w leśnym gąszczu. W pierwszej chwili nie przyszło jej do głowy, że Brenna może nie znać memortka i nie odwdzięczyć mu się za piosenkę.
Lub nie, poprawiła się więc po chwili i wróciła do swojej własnej gonitwy.
Nie nawykła wracać tą samą drogą, którą przyszła, lecz tego dnia zawróciła po własnych śladach, aby sprawdzić, jaki był los śpiewaka. Znalazła go martwego pod drzewem. Widmowe palce jej świadomości prześlizgnęły się po opierzonym ciałku, nie mając mocy choćby go trącić. A należało go pochować.
Czarownica obudziła się w chatce na kurzej stopce i, ziewając przeciągle, zwlekła z rozrzuconych po podłodze poduch, na których zasnęła. Kadzidełko wciąż tliło się, parę kroków od posłania czekała zimna, napoczęta owsianka z kwaśną konfiturą porzeczkową. Kobieta dokończyła ją, zbierając się do wyjścia. W sieni chaty wróble pasły się na workach z ziarnem dla kur, ale Hela niespecjalnie o to dbała. Minęła je i wyszła na podwórze, do szopy, skąd wydobyła ubłocony szpadel.
Ruszyła sennym krokiem do Doliny, ciągnąc za sobą łopatę. Wiedziała, gdzie mieszkają Longbottomowie. Wszyscy wiedzieli, mimo że nie sposób było się tam dostać. Napotkawszy mury odgradzające ich posesję, niemal czuła kipiącą w nich magię. Magia magią, ale szpadel szpadlem — idąc wzdłuż ogrodzenia Helloise ciągnęła po jego kamieniu sztychem narzędzia, słuchając metalicznego zawodzenia. Zrobiła to ze złośliwej przekory dla potęgi longbottomowej magii ochronnej; nie lubiła, gdy gdzieś nie mogła wejść.
Stanęła u bram posesji, załomotała w nie łopatą i czekała cierpliwie, aż się kto pojawi.
dotknij trawy