20.07.2025, 20:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.07.2025, 15:38 przez Basilius Prewett.)
Żyli...
A niestety nieprzyjmenym, chociaż naturalnym, skutkiem ubocznym życia było to, że każda miła chwila musiała się kiedyś skończyć, albo dlatego, że trzeba było wrócić do rzeczywistości i zająć się ważnymi sprawami, albo dlatego, że do człowieka powoli zaczynało docierać, że ta miła chwila była jednocześnie dość niezręczną chwilą. W tym przypadku były to te obie rzeczy.
A że najwyraźniej miał wczoraj za dużo szczęścia w życiu, to jeszcze do tego wszystkiego dopadł go kaszel. Dziwny ucisk w klatce piersiowej, sprawił, że, chociaż nie do końca dalej chciał, wysunął się z ucisku Millie i odkaszlnął. Dym z masywnego pożaru miasta jednak drażnił słabe płuca nawet na kilka godzin później. No kto by się tego spodziewał?
– Tak, żyjemy. I jesteśmy tutaj – wydusił nieco ochryple, trochę bezwiednie, kładąc dłoń na nodze Millie, aby zaznaczyć, że wciąż był obok. – Thomas, jako twój uzdrowiciel nie pozwalam ci być w anielskim chórze, aż nie udowodnisz, że twoje oczy są na tyle sprawne, że nie potkniesz się chodząc po chmurach w tej długiej szacie. I tak. Leżcie jeszcze. Powinniście odpoczywać. – Oni mogli odpoczywać. Jego goniła praca. Musiał się pozbyć resztę czerwonej farby których wczoraj z siebie nie doczyścił. I zapachu spalenizny. I jeszcze opatrunek Thomasa. A potem wypadało coś zjeść, wziąć leki na wzmocnienie i udać się to pracy. W pracy natomiast musiał w pierwszej kolejności zorientować się w stratach i zobaczyć czy ktoś z jego bliskich tam nie leżał. Ciekawe, czy będzie dzisiaj jakieś spotkanie, aby omówić strategię, czy raczej wszyscy będą próbować działać najlepiej jak potrafili bez większego odgórnego planu. I ilu w ogóle magimedyków zostało rannych? Oh, musiał też przesłać trochę papierów, których z wiadomych powodów nie zdążył przesłać wcześniej. Może też uda mu się zgarnąć mocniejsze lekarstwa dla Thomasa niż te które miał w swojej torbie. A po pracy musiał wziąć więcej ubrań z domu i odwiedzić matkę i Electrę. I może Icarusa i Monę? Na pewno wyśle im listy jeszcze z pracy, aby się nie martwili. Po powrocie do tego miejsca musi też zorientować się gdzie może spać, bo przecież Millie nie mogła leżeć na stercie ubrań. No właśnie. Millie. Musiał jakoś podstępnie upewnić się jak naprawdę się trzymała. I czy jadła. Było tu w ogóle jakieś jedzenie? I tak przydałoby się zrobić zakupy. Ile w ogóle osób tutaj mieszkało. Musiał się zorientować. Tak. Tego było dużo. – Powinienem się zbierać.
No dobrze. Chyba trochę sam się okłamywał. Nie wysunął się z tego objęcia tak szybko dlatego, że miał obowiązki, czy bo złapał go kaszel, a przynajmniej nie był to główny powód. Wysunął się, bo chyba nie powinien czuć się tak spokojnie i dobrze w jakimś dziwnym podłogowym przytulaniu w którym uczestniczyli Thomas i Millie.
Może był też nieco przewrażliwiony po ostatnim nieco podobnym razie, zwłaszcza, że o tamtym myślał naprawdę długo.
A niestety nieprzyjmenym, chociaż naturalnym, skutkiem ubocznym życia było to, że każda miła chwila musiała się kiedyś skończyć, albo dlatego, że trzeba było wrócić do rzeczywistości i zająć się ważnymi sprawami, albo dlatego, że do człowieka powoli zaczynało docierać, że ta miła chwila była jednocześnie dość niezręczną chwilą. W tym przypadku były to te obie rzeczy.
A że najwyraźniej miał wczoraj za dużo szczęścia w życiu, to jeszcze do tego wszystkiego dopadł go kaszel. Dziwny ucisk w klatce piersiowej, sprawił, że, chociaż nie do końca dalej chciał, wysunął się z ucisku Millie i odkaszlnął. Dym z masywnego pożaru miasta jednak drażnił słabe płuca nawet na kilka godzin później. No kto by się tego spodziewał?
– Tak, żyjemy. I jesteśmy tutaj – wydusił nieco ochryple, trochę bezwiednie, kładąc dłoń na nodze Millie, aby zaznaczyć, że wciąż był obok. – Thomas, jako twój uzdrowiciel nie pozwalam ci być w anielskim chórze, aż nie udowodnisz, że twoje oczy są na tyle sprawne, że nie potkniesz się chodząc po chmurach w tej długiej szacie. I tak. Leżcie jeszcze. Powinniście odpoczywać. – Oni mogli odpoczywać. Jego goniła praca. Musiał się pozbyć resztę czerwonej farby których wczoraj z siebie nie doczyścił. I zapachu spalenizny. I jeszcze opatrunek Thomasa. A potem wypadało coś zjeść, wziąć leki na wzmocnienie i udać się to pracy. W pracy natomiast musiał w pierwszej kolejności zorientować się w stratach i zobaczyć czy ktoś z jego bliskich tam nie leżał. Ciekawe, czy będzie dzisiaj jakieś spotkanie, aby omówić strategię, czy raczej wszyscy będą próbować działać najlepiej jak potrafili bez większego odgórnego planu. I ilu w ogóle magimedyków zostało rannych? Oh, musiał też przesłać trochę papierów, których z wiadomych powodów nie zdążył przesłać wcześniej. Może też uda mu się zgarnąć mocniejsze lekarstwa dla Thomasa niż te które miał w swojej torbie. A po pracy musiał wziąć więcej ubrań z domu i odwiedzić matkę i Electrę. I może Icarusa i Monę? Na pewno wyśle im listy jeszcze z pracy, aby się nie martwili. Po powrocie do tego miejsca musi też zorientować się gdzie może spać, bo przecież Millie nie mogła leżeć na stercie ubrań. No właśnie. Millie. Musiał jakoś podstępnie upewnić się jak naprawdę się trzymała. I czy jadła. Było tu w ogóle jakieś jedzenie? I tak przydałoby się zrobić zakupy. Ile w ogóle osób tutaj mieszkało. Musiał się zorientować. Tak. Tego było dużo. – Powinienem się zbierać.
No dobrze. Chyba trochę sam się okłamywał. Nie wysunął się z tego objęcia tak szybko dlatego, że miał obowiązki, czy bo złapał go kaszel, a przynajmniej nie był to główny powód. Wysunął się, bo chyba nie powinien czuć się tak spokojnie i dobrze w jakimś dziwnym podłogowym przytulaniu w którym uczestniczyli Thomas i Millie.
Może był też nieco przewrażliwiony po ostatnim nieco podobnym razie, zwłaszcza, że o tamtym myślał naprawdę długo.