20.07.2025, 23:49 ✶
Przez chwilę tylko słuchałem. Stałem bokiem do reszty, z dłonią opartą o krawędź blatu, a drugą na karku, rozmasowując sobie mięśnie, bo napięcie po całym dniu zaczynało dawać o sobie znać. Nie wtrącałem się, próbowałem posklejać strzępy tego, co słyszałem już wcześniej, z tym, co właśnie padło, by uaktualnić mój obraz sytuacji - to mogło się przydać w celu złamania klątwy. „Sylwetki w dymie.” „Widma z Kniei.” Akurat na Kniei znałem się średnio, chociaż może inaczej - wiedziałem, że istnieje, wiedziałem, co się tam w ogólnych zarysach dzieje, ale jeszcze kilka miesięcy temu biegałem zupełnie gdzie indziej i miałem inne pożary na głowie - dosłownie i w przenośni - to od końca sierpnia znowu siedziałem na brytyjskiej ziemi, więc zdążyłem już poskładać w głowie, co jest czym, kto jest kim, co się dzieje, ale nie łudziłem się, że wiem wszystko. Za to klątwy, które przychodzą z ogniem, były mi dobrze znane. Może nie na porządku dziennym - na szczęście, ale widziałem wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że płomień może być nośnikiem, zwłaszcza jeśli ktoś wie, co robi, a wyglądało na to, że ci tutaj wiedzieli aż za dobrze.
- Sylwetki w ogniu? Jusz las czy dwa widziałem, jak ogień sam w sobie był tesz wezwaniem, ale nie w taki sposób. - Powtórzyłem cicho, bardziej do siebie niż do kogoś konkretnego. Kiedy padło to pytanie o klątwę naniesioną tu przez ogień, spojrzałem na Erika i uniosłem brew, sam fakt, że mogę to potwierdzić - rzeczywiście miała w dupie wszystkie cenne zabezpieczenia - trochę mnie bawił, a trochę przygnębiał. - Tego jeszcze nie słyszałem, ale klątwy związane s płomieniami… To nie pierwszyzna, szą szadkie, ale zdaszają szię. Szeby ogień pszebił dobre zabespieczenia, a Londyn swoje miał - nawet mugolskie budynki mają walstwy ochronne, chociasz czasem nakładane nieświadomie - to musiała byś baldzo bludna lobota. Płomień potlafi nie tylko niszczyś, bywa nośnikiem, jeśli ktoś wie, jak to zlobiś, zostawia w miejscu coś więcej nisz popiół. Tylko, sze to zawse jeszt mocna czalna magia, to laczej nie szą amatolskie popisy... Ogień sam s siebie jeszt kaplyśny, tszeba go utszymaś w lyzach, jeśli ma pszenosiś pszekleństwo dalej. - Zrobiłem krótką pauzę i wzruszyłem ramionami, chciałem tym odrobinę rozbroić ciężar własnych słów. - Niósł coś, przyklejał szię do murów... Do fundamentów, czasem do ludzi, jak byli wystarczająco blisko. Te muly, któle pszetlwały, mogą byś balsiej napakowane syfem nisz te, co spłonęły do fundamentów. Londyn będzie miał s tym loboty na miesiące, jeśli nie lata. - Mruknąłem cicho. - Jak ktoś myśli, szw wystalczy odbudowaś ściany i wymieniś dachy, to szię zdziwi. Klątwy, jeśli odpowiednio je osadzili, będą się uaktywniaś jeszcze długo po tym, jak zgasną świeczki na locznicowych ołtaszach.
Londyn nie dostał tylko płomieni, dostał przekleństwa, i to takie, które miały się czaić w murach, w piwnicach, w fundamentach. Klątwy związane z ogniem, zwłaszcza w tak szerokim zakresie, to była piekielnie trudna sztuka i naprawdę brudna robota, więc coś nieczęstego, ale wiedziałem jedno - jak już ktoś rzuci coś takiego, to ma w głowie nie tylko zniszczenie, ale długofalowy syf, który ma ludzi gryźć jeszcze lata po tym, jak zgasły ostatnie zgliszcza... I wszystko jest przy tym możliwe. Nawet epidemia.
Słysząc słowa Corneliusa, uśmiechnąłem się do niego kącikiem ust, nie szeroko, raczej porozumiewawczo, bo wiedziałem, że to nie był do końca żart. W takich sprawach nigdy nie był, nawet w młodości, nie u niego. Zerknąłem na Norę, akurat w chwili, gdy jej spojrzenie zawisło na mnie, a kiedy usłyszałem, że wyglądam na kogoś, kto potrafi się obsługiwać nożem, parsknąłem pod nosem, bo nie wiedziałem, czy powinna to być pochwała, czy raczej fakt nie do końca pasujący do kuchni.
- W tej dziedzinie mam pewne doświadczenie. - Przyznałem z rozbawieniem i wzruszyłem ramionami, to był fakt - byłem typem człowieka, który nożem nie tylko kroił owoce, ale i parę innych rzeczy w życiu. Skinąłem głową, kiedy Figg przesunęła się, robiąc mi miejsce przy blacie, gdzie czekały cytryny i limonki, gotowe na rzeź. - W ćwialtki, mówisz? - Rzuciłem przez ramię. - To jeszcze nie pszeklacza moich kwalifikacji. - Kiwnąłem głową, złapałem nóż i zacząłem kroić - spokojnie, równo, starając się nie zamoczyć całej deski sokiem. Ostrze wchodziło gładko, nie było tępe. Czułem, jak sok wgryza się w drobne ranki na palcach, o których nawet nie pamiętałem, że je mam. Pachniało świeżo, kwaśno, zupełnie jakbyśmy szykowali się na wakacyjną imprezę, a nie rozbierali klątwę po największych pożarach od dziesiątek, jeśli nie setek lat, przynajmniej tu - na Wyspach.
- Sylwetki w ogniu? Jusz las czy dwa widziałem, jak ogień sam w sobie był tesz wezwaniem, ale nie w taki sposób. - Powtórzyłem cicho, bardziej do siebie niż do kogoś konkretnego. Kiedy padło to pytanie o klątwę naniesioną tu przez ogień, spojrzałem na Erika i uniosłem brew, sam fakt, że mogę to potwierdzić - rzeczywiście miała w dupie wszystkie cenne zabezpieczenia - trochę mnie bawił, a trochę przygnębiał. - Tego jeszcze nie słyszałem, ale klątwy związane s płomieniami… To nie pierwszyzna, szą szadkie, ale zdaszają szię. Szeby ogień pszebił dobre zabespieczenia, a Londyn swoje miał - nawet mugolskie budynki mają walstwy ochronne, chociasz czasem nakładane nieświadomie - to musiała byś baldzo bludna lobota. Płomień potlafi nie tylko niszczyś, bywa nośnikiem, jeśli ktoś wie, jak to zlobiś, zostawia w miejscu coś więcej nisz popiół. Tylko, sze to zawse jeszt mocna czalna magia, to laczej nie szą amatolskie popisy... Ogień sam s siebie jeszt kaplyśny, tszeba go utszymaś w lyzach, jeśli ma pszenosiś pszekleństwo dalej. - Zrobiłem krótką pauzę i wzruszyłem ramionami, chciałem tym odrobinę rozbroić ciężar własnych słów. - Niósł coś, przyklejał szię do murów... Do fundamentów, czasem do ludzi, jak byli wystarczająco blisko. Te muly, któle pszetlwały, mogą byś balsiej napakowane syfem nisz te, co spłonęły do fundamentów. Londyn będzie miał s tym loboty na miesiące, jeśli nie lata. - Mruknąłem cicho. - Jak ktoś myśli, szw wystalczy odbudowaś ściany i wymieniś dachy, to szię zdziwi. Klątwy, jeśli odpowiednio je osadzili, będą się uaktywniaś jeszcze długo po tym, jak zgasną świeczki na locznicowych ołtaszach.
Londyn nie dostał tylko płomieni, dostał przekleństwa, i to takie, które miały się czaić w murach, w piwnicach, w fundamentach. Klątwy związane z ogniem, zwłaszcza w tak szerokim zakresie, to była piekielnie trudna sztuka i naprawdę brudna robota, więc coś nieczęstego, ale wiedziałem jedno - jak już ktoś rzuci coś takiego, to ma w głowie nie tylko zniszczenie, ale długofalowy syf, który ma ludzi gryźć jeszcze lata po tym, jak zgasły ostatnie zgliszcza... I wszystko jest przy tym możliwe. Nawet epidemia.
Słysząc słowa Corneliusa, uśmiechnąłem się do niego kącikiem ust, nie szeroko, raczej porozumiewawczo, bo wiedziałem, że to nie był do końca żart. W takich sprawach nigdy nie był, nawet w młodości, nie u niego. Zerknąłem na Norę, akurat w chwili, gdy jej spojrzenie zawisło na mnie, a kiedy usłyszałem, że wyglądam na kogoś, kto potrafi się obsługiwać nożem, parsknąłem pod nosem, bo nie wiedziałem, czy powinna to być pochwała, czy raczej fakt nie do końca pasujący do kuchni.
- W tej dziedzinie mam pewne doświadczenie. - Przyznałem z rozbawieniem i wzruszyłem ramionami, to był fakt - byłem typem człowieka, który nożem nie tylko kroił owoce, ale i parę innych rzeczy w życiu. Skinąłem głową, kiedy Figg przesunęła się, robiąc mi miejsce przy blacie, gdzie czekały cytryny i limonki, gotowe na rzeź. - W ćwialtki, mówisz? - Rzuciłem przez ramię. - To jeszcze nie pszeklacza moich kwalifikacji. - Kiwnąłem głową, złapałem nóż i zacząłem kroić - spokojnie, równo, starając się nie zamoczyć całej deski sokiem. Ostrze wchodziło gładko, nie było tępe. Czułem, jak sok wgryza się w drobne ranki na palcach, o których nawet nie pamiętałem, że je mam. Pachniało świeżo, kwaśno, zupełnie jakbyśmy szykowali się na wakacyjną imprezę, a nie rozbierali klątwę po największych pożarach od dziesiątek, jeśli nie setek lat, przynajmniej tu - na Wyspach.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)