Geraldine nie miała jakichś szczególnie wybitnych wymagań, jeśli chodzi o to, co paliła. Od samego początku trzymała się tych samych, śmierdzących, mugolskich fajek, które kiedyś ktoś podsunął jej pod nos jeszcze w Hogwarcie. Nie szukała innych upodobań smakowych, mimo, że Roise często wypominał jej ten wybór, jakby zapomniał o tym, że to właśnie on był odpowiedzialny za jej gust.
Ambroise na pewno nie był jedyną osobą, która wierzyła w mityczną siłę przyjaźni, sama Yaxleyówna przecież też miała przyjaciół, z którymi trzymała się od samego początku nauki w Hogwarcie. To było raczej naturalne, chociaż może nie powinno być? Ludzie dorastali, zaczynali się od siebie różnić, czasem było to spowodowane sentymentem, czy coś. Nie miała jeszcze takiego nieprzyjemnego doświadczenia jak Greengrass, ale może to wszystko było przed nią? Czy właściwie można być pewnym jakiejkolwiek relacji? Nie widziała nic złego w zaufaniu, ludzie byli zwierzętami stadnymi potrzebowali kogoś przy swoim boku. To, że mogło się okazać, że ktoś był inny niż wydawało się przez tyle lat, nie było niczyją winą.
Nie można też było skreślać wszystkich wokół przez jeden, chujowy przypadek, czyż nie? To nie było rozwiązaniem. Oczywiście, że takie doświadczenia niosły ze sobą konsekwencje, braki w zaufaniu, jednak nie można było przekreślać wszystkich innych przez jeden fatalny przypadek.
- Nie wydaje mi się. - Ale nie mogła mieć pewności. Nie zagłębiała się nigdy jakoś szczególnie w mugolski świat, tylko i wyłącznie na tyle, na ile było to potrzebne pomieszkując w okolicy mugoli.
- Może tak jest im wygodniej? - Skoro mogli ignorować pewne wydarzenia, to po prostu to robili. - Do pewnego momentu, wiesz, bywają chwile, gdy nie da się udawać dłużej, że się czegoś nie zauważa. - Nie miała pojęcia, jak to jest być kimś, kto nie ma świadomości o tym, że obok istnieje zupełnie inny świat, pełen magii. Słyszała opowieści swoich kolegów, mugolaków, o tym, że dość trudno było im przywyknąć do tej myśli i odnaleźć się w zupełnie innym świecie. Nie dziwiło ją to, że było to dla nich trudne.
- Nie trzeba być szlachcicem, aby się dobrze bawić, czasem Ci, którzy mają mniej dużo więcej doceniają. - Cieszyli się drobnostkami, które dla innych mogły wydawać się nic nieznaczące. Tak właściwie to Yaxley wydawało się, że to w dużej mierze jednak zależało od charakteru. Niektórzy mieli bardzo wygórowane oczekiwania i nic nie sprawiało im radości. Inni - jak ona potrafili cieszyć się drobnostkami, jak chociażby tym, że siedzieli sobie teraz tutaj pośród ciemnej nocy, sami, z dala od zgiełku. Warto było doceniać takie drobne chwile, kiedy było naprawdę spokojnie i nic nie mogło zachwiać tego spokoju. Nie sądziła bowiem, że podczas tej nocy mogłoby się jeszcze wydarzyć coś nieprzewidywalnego, chociaż może nie powinna chwalić nocy przed wschodem słońca.