- Pewnie dlatego nie pozwalają na to, żeby mugole o nas wiedzieli. Czyszczą im umysły, żeby zapominali o tym, co widzieli. Na pewno nie docierają do wszystkich, ale do większości. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jakie to musi być dla nich szokujące, pewnie się nas boją. - W końcu czarodzieje potrafili posługiwać się magią, która dla nich była zupełnie nieznana, mało kto nie bał się nieznanego, szczególnie czegoś takiego potężnego. Może to i lepiej, że żyli w ukryciu, obok siebie. Do tego dochodziły też przypadki mugolaków, którym sama Yaxley współczuła, bo nagle byli wrzucani do obcego świata, o którego istnieniu nie mieli pojęcia, musieli jakoś przetrawić tę wiedzę, a do tego radzić sobie z zaczepkami elity, która uważała siebie za lepszych. To nie była wina tych dzieciaków, że zostały wybrane przez jakąś siłę wyższą, jako kolejne pokolenia czarodziejów. Jasne, musieli sobie wypracować swoje miejsce w świecie, ale nie znaleźli się tutaj ze swojej nieprzymuszonej woli. Musieli się dostosować i jakoś odnaleźć. Nie miała problemu z tym, aby stawać w ich obronie jeszcze w czasach nauki w Hogwarcie, nie znosiła znęcania się nad słabszymi bez powodu.
- Ciężko to sobie w ogóle wyobrazić, jesteśmy zdecydowanie na lepszej pozycji. - Oni przynajmniej wiedzieli o istnieniu tego drugiego świata, może się w niego zbytnio nie zagłębiali, ale jednak mieli jakąś wiedzę, ci drudzy nie mieli tyle szczęścia, ale może to i lepiej, bo przecież mogłoby to doprowadzić do jakichś konfliktów, zresztą kiedyś czarodzieje nie byli tacy uważni, na szczęście z czasem mugole zaczęli uważać ich za stworzenia z baśni, nieprawdziwe.
Niebo znowu zrobiło się ciemniejsze, rozświetlały je jedynie gwiazdy i księżyc, ale również było całkiem malowniczo, noc miała swój urok, szczególnie taka wczesnojesienna jak ta. Było całkiem przyjemnie, fale rozbijały się o skały, wiatr muskał ich twarze. Geraldine przestała myśleć o tym, co wydarzyło się wcześniej. Skupiała się na tej chwili, którą razem spędzali. Skończyła palić, przygasiła peta o skały i wpatrywała się w gwiaździste niebo.
- Tak, coś w tym jest. Nie muszą się niczym przejmować, zwracać uwagi na to, co ktoś sobie pomyśli i w ogóle... - Chcąc nie chcąc, kiedy gdzieś się pojawiała, zwłaszcza na tych większych, czarodziejskich spędach zawsze miała z tyłu głowy to, aby broń Morgano nie narobić wstydu swojej rodzinie. Nie chciała, żeby spoglądano na nich nie do końca przychylnym okiem. Jasne, pozwalała sobie na drobne kontrowersje, mimo wszystko jednak nigdy nie przeginała, bo wiedziała, że może się to skończyć ostracyzmem w stosunku do jej rodziny, a można było o niej powiedzieć naprawdę wiele, ale nie to, że miała ich gdzieś. Wiedziała, że sporo im zawdzięcza, szczególnie ojcu, który miał w niej ogromne nadzieje, zawsze kibicował jej działaniom i wspierał. Nie chciała go zawieść, starała się raczej robić wszystko, aby był z niej dumny. Zależało jej na tym.
Prychnęła słysząc kolejne słowa Greengrassa, pokiwała przy tym przecząco głową. Nie mógł jej tego odpuścić, czyż nie?
- Wiesz, że nie potrzebuję do tego żadnego kawalera? - Co by dużo nie mówić Yaxleyówna nie mogła narzekać na komfort, czy jakieś braki. Miała wszystko, czego potrzebowała, i sama była sobie to w stanie zapewnić. Nikt nie musiał jej niczego oferować. - Robiliśmy z siebie bałwany razem, bo tak wypada, a zawsze lepiej to robić z kimś z kim się można dobrze bawić. Nie mam szczególnie wielu bliskich przyjaciół wśród takich osób, jest to jedna z nielicznych person, którym naprawdę ufam, do tego te wszystkie nagłówki w gazetach, czy mogłam lepiej trafić? - Nigdy nie ukrywała swojej sympatii do Erika, zresztą ich znajomość trwała od lat. Ich rodziny za sobą przepadały, byli nawet razem na wakacjach za dzieciaka. Nie mogła znaleźć lepszego towarzysza na te wszystkie spędy czystokrwistych, kiedy Ambroise nie był w zasięgu jej zainteresowania, albo ona jego, no, jak zwał tak zwał.
- Jakoś musiałam sobie radzić, kiedy nie było Cię obok, na szczęście to już za nami. - To nie tak, że narzekała na towarzystwo Longbottoma, jednak zdecydowanie wolała kiedy wszystko było na swoim miejscu.