- Nie ma się im co dziwić, mogą negować stan jasności swojego umysłu. - Ciężko było pogodzić się z taką wiedzą, do tego nie mieli żadnego oficjalnego, racjonalnego potwierdzenia. To na pewno nie było dla nich proste, szczególnie, że czarodziejom zależało na tym, aby nikt nie wiedział o ich istnieniu i raczej takie rzeczy działy się przypadkowo. Biedni mugole musieli jakoś radzić sobie z tą wiedzą, nie sądziła, aby inni ot tak wierzyli im w istnienie sił nadprzyrodzonych.
Te informacje mogły przerażać, bo łatwo przychodził strach przed nieznanym, do tego świadomość, że nikt inny o tym nie wie. Cóż, nawet trochę jej ich było szkoda, ale nie widziała innego, bardziej humanitarnego rozwiązania, które uszczęśliwiłoby obie strony. Tak było lepiej, niosło to ze sobą mniej szkód.
- Dobrze dla nas. - Nigdy nie kryła się z tym, że doceniała to, po której stronie świata się znajdują. Nie umiała sobie siebie wyobrazić bez magii, którą zresztą znała od dziecka. Szczerze współczuła charłakom, którzy musieli żyć w tym ich świecie nie posiadając żadnych umiejętności, które mogłyby im ułatwić egzystencje w świecie. Na pewno nie tak łatwo było im się dostosować będąc wybrykami w swoich rodzinach, chyba już wolałaby być magicznym dzieciakiem w mugolskiej rodzinie, chociaż to niosło ze sobą również pewne utrudnienia. Na szczęście problem ich nie dotyczył, bo pochodzili z rodów, w których żyłach magia płynęła od pokoleń i oni również ją posiadali. Zresztą tych wyjątków było niezbyt wiele, aczkolwiek nie można było wykluczyć ich istnienia.
- Tak, taka możliwość nie jest wcale zbyt oczywista. - W końcu nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś zapuka do ich drzwi i poprosi o pomoc. Nie mogli przewidzieć kto to będzie, jedna strona, albo druga strona, co wtedy? Będą musieli wybierać, kogo mają wspierać? Odmówić? To również nie było mile widziane, bo mogliby zostać wykluczeni. Los czystokrwistych jak oni wcale nie był taki prosty jak mogłoby się wydawać, nie w takim momencie, w którym teraz znajdowała się Wielka Brytania.
Póki co, starali trzymać się z boku. Nie byli jednak osobami, które jakoś specjalnie przepadały za stagnacją, od zawsze wybierali nieco bardziej skomplikowane drogi, aby się nie zasiedzieć. Takie już mieli charaktery, że lubili gdy wokół nich sporo się działo. Aktualnie również nie zamierzała zupełnie odsunąć się na bok, wiedziała, że Roise też nie - to nigdy nie było w ich stylu. Musieli znowu wypracować sobie jakieś rozwiązanie, które ich zadowoli.
- Cieszy mnie to, że o tym nie zapomniałeś. - To nie tak, że był to jej pierwszy wybór, ale kiedy nie miała innego, to podążała właśnie tą ścieżką, nie chcąc być zależna od kogokolwiek. To było całkiem proste rozwiązanie. Nigdy nie umiała prosić o wsparcie, czy pomoc, wolała samodzielnie działać, przynajmniej brała los w swoje własne ręce. Ostatnio trochę się to zmieniło, zaczęła zauważać, że czasem warto mieć wsparcie i wcale nie musi nosić wszystkiego na swoich barkach. Kiedyś zawsze Roise był osobą, do której mogła się odezwać, ale nadszedł ten chujowy moment w im życiu, kiedy się to skończyło, wtedy stawiała raczej na samodzielność. Przy problemach z wyimaginowanym bliźniakiem nie do końca to działało i musiała schować dumę do kieszeni, aby jakoś poradzić sobie z problemem.
- Nie chciałabym być foką, zdecydowanie nie, już wolałabym być flądrą, albo rekinem wiesz. - Rekiny były postrachami oceanów, do tego jej zdaniem należały do całkiem uroczych stworzeń, zdecydowanie wolała je od fok, które nie kojarzyły jej się jakoś zbyt przyjemnie. Niektóre ich rodzaje były też całkiem piękne, na swój specyficzny sposób (tak jak ona), bardziej trafiało do niej to porównanie niż jakieś foki.
- Nigdy nie przejdzie Ci to przez gardło, co? - Uśmiechnęła się sama do siebie, bo pamiętała o tym, co wyrzygał jej Ambroise podczas ich tygodniowego pobytu w Whitby. Uwierzył w te śmieszne plotki, które pojawiały się na salonach na temat jej i Erika, co było dosyć zabawne, bo przecież wiedział o tym, że przyjaźnią się od lat, a Yaxley była stała w swoich uczuciach, nie zmieniłaby swojego podejścia do Longbottoma od tak, w jej przypadku nie działało to w ten sposób. Zwłaszcza, że Ambroise sam wiedział, że to co ich łączyło było siłą z którą nie można było wygrać, teraz mieli to potwierdzone u specjalisty, nigdy przed tym nie uciekną.
- Jestem, ale każdy kapitan czasem popełnia błędy, czyż nie? - Nie była idealna, miała świadomość, że pewne rzeczy mogła zrobić lepiej, ominęłaby dzięki temu sporo problemów, ale nie należała do osób, które płakały nad rozlanym mlekiem, co było - minęło. Grunt, że w końcu znowu zaczęło się wszystko układać, no prawie wszystko. Poczuła palce Roisa na swojej dłoni i uśmiechnęła się sama do siebie, tak, cholernie jej tego brakowało.