22.07.2025, 10:52 ✶
Roselyn nie wyglądała zbyt dobrze. Pomijając popiół, który oblepił jej bladą skórę niczym czarna maź, której nie dało się zmyć, włosy kobiety były rozczochrane. Nie tak, jak zwykle: nie było w nich gałązek i liści, które można było znaleźć do tej pory, gdy się ją widziało. Teraz ciemne pukle były oblepione potem, sklejone wodą wymieszaną z popiołem i wieloma innymi rzeczami, o których w tej chwili Greengrass nie chciała myśleć. Gdy teleportowała się do Doliny Godryka, upewniwszy się, że z Ambroise jest wszystko w porządku, wciąż myślała, że wszyscy są bezpieczni. Gdyby tylko wiedziała, że płomienie dotknęły także i tej miejscowości, zapewne zjawiłaby się szybciej. Ale nie wiedziała: nie miała prawa wiedzieć. Sama ledwo uszła z życiem, bo czekała na brata w jego mieszkaniu, które nagle zajęło się płomieniami.
Gdyby nie Atreus, który ją usłyszał, tak mogłaby się zakończyć historia Roselyn Greengrass. Ale fakt, że los postawił na jej drodze zarówno Bulstrode'a, jak i Prewetta, sprawił że ona sama poczuła, że to jeszcze nie jest koniec. Musiała działać, bo przecież wciąż miała tyle do zrobienia. Sprawa Kniei nadal nie była wyjaśniona, a ona przysięgła sobie samej, że nie umrze dopóki Dęby nie będą bezpieczne.
Cichy trzask tuż przed bramą przeciął ciszę, która opadła na domostwo Greengrassów. To było jeszcze zanim pojawił się Anthony - zaledwie kilka kwadransów wcześniej. Rose weszła na teren ogrodów, a potem zamarła. Jej dłonie osunęły się wzdłuż ciała, gdy dostrzegła wybite okno oraz nadpalony dach. Wiedziała, że rodziców nie było w środku, Ambroise również był w Londynie, ale wciąż... Niczym duch, któremu ktoś przeszył niematerialne serce, zbliżyła się do drzwi.
- Flora...? - jej skrzatka. Ich skrzatka. Wierna towarzyszka, mimo że była tylko skrzatem domowym. Czy to ona ugasiła pożar? Czy być może Greengrass napotka małe, martwe ciałko na strychu? Z duszą na ramieniu przeszła przez przedpokój, patrząc na to, co malowało się przed jej oczyma. Sadza, dym, popiół... Wszystko to pokryło meble i przepiękne roślinne ornamenty. Rośliny oklapły, chociaż nie mogło minąć od tego zdarzenia więcej niż kilka godzin. W środku było zimno, wybite okna robiły przeciąg, ale to jej w tej chwili nie obchodziło. - Flora!
Greengrass ruszyła po schodach na górę, czując narastający niepokój. Pięła się po kolejnych stopniach, gdy ogarniała ją panika. Co się stało z tym domem? Zawsze był ciepły, zawsze witał ją z otwartymi drzwiami. Flora zawsze pilnowała, żeby było dobrze. A teraz...?
Gdy Anthony krzyknął, Roselyn nie odezwała się. Siedziała u siebie w pokoju, z podkurczonymi nogami, obejmując kolana ramionami. Patrzyła gdzieś w przestrzeń, w podłogę, na upaprane sadzą deski. Milczała, kiwając się lekko w przód i w tył. Czuła strach - narastający, podchodzący do gardła, uniemożliwiający odezwanie się, chociaż przecież rozpoznawała głos Anthony'ego.
- Paniczu Borgin, tutaj! - Flora była cała, chociaż nie do końca zdrowa. Skrzatka kaszlała, nie kłopocząc się nawet zasłanianiem ust przedramieniem. Jej stara sukienka pokryta była sadzą, podobnie jak skóra. Roselyn również miała czarne plamy na ciele.