22.07.2025, 15:34 ✶
Przez krótki moment nawet sercem jego wątpliwość nie targnęła, gdy dłonie lady Mony w swe ręce ujął, na maskę Śmierciojada nie zważając. Czule na nią spojrzał, iskry w oczach jego tliły się niczym gwiazdy na nocnym sklepieniu. Lęk przed osądem na rzecz troski zniknął i ważki przestał być w okamgnieniu.
— Mono, uważnie mnie słuchaj: dla mnie, ze wszystkich osób, kto krew jaką w żyłach niesie, najmniejsze ma znaczenie. Nie czyny naszych ojców nas kształtują, lecz to, co my sami z żywotem naszym czynimy. Więc, jeśli któryś z familii twej do Śmierciojadów należy, odpowiedzialności za to nosić nie musisz. Bogowie nasze losy splatają na dziwne, ludziom nieznane sposoby. Władczynią nie jesteś własnego rodu, tak jak sercem własnym nie da się władać — wyznał gorąco, jakby w gorączce. — Mono, do ciebie wszak me serce należy. I choćbym miał dziesiątki Śmierciojadów w pojedynku obalić, nigdy bym nie...
Nie skończył mówić, wszak z lasu rozległ się huk głośniejszy, niż uszy Icarusa mogły wytrzymać. A potem wrzask przeszył ich na wylot, niczym ostrze włóczni. Był to krzyk dziki, nieludzki niemal. To zło krzyczało, wniebogłosy się darło. Nie z bólu, nie z cierpienia. Zawołanie było to bojowe.
Icarus wzrok swój zwrócił na las i wychodzące z niego postacie. Żadna z nich sir Ajaxonem nie była. Obleczeni w cień kroczyli niczym demony wychodzące z piekieł, diabły litości nieznające, ani krzty dobra w sercu niemające. Sir Icarusa ogarnął lęk. Wcześniej jedynie w rycerskich walkach się potykał na turniejach, nigdy zaś zagrożenie nie rysowało się przed nim z tak zatrważającą wyraźnością.
Ujrzał jednak Monę przed sobą i wtedy zrozumiał. Lęk naturalny był zupełnie, a odwaga nie oznaczała jego braku, lecz gotowość do walki, gdy się pojawiał. Dlatego drżącą ręką wyciągnął z pochwy miecz i osłonił własnym ciałem Monę. Jeśli miał umrzeć, to jedynie ratując jej życie. Inna śmierć niegodną dla rycerza była.
— Uciekaj, moja pani. Ukryj się gdzieś, przeczekaj zagrożenie — zakrzyknął, gdyż polana, na której stali, polem beznadziejnej walki się stała.
Nie mieli szans.
— Mono, uważnie mnie słuchaj: dla mnie, ze wszystkich osób, kto krew jaką w żyłach niesie, najmniejsze ma znaczenie. Nie czyny naszych ojców nas kształtują, lecz to, co my sami z żywotem naszym czynimy. Więc, jeśli któryś z familii twej do Śmierciojadów należy, odpowiedzialności za to nosić nie musisz. Bogowie nasze losy splatają na dziwne, ludziom nieznane sposoby. Władczynią nie jesteś własnego rodu, tak jak sercem własnym nie da się władać — wyznał gorąco, jakby w gorączce. — Mono, do ciebie wszak me serce należy. I choćbym miał dziesiątki Śmierciojadów w pojedynku obalić, nigdy bym nie...
Nie skończył mówić, wszak z lasu rozległ się huk głośniejszy, niż uszy Icarusa mogły wytrzymać. A potem wrzask przeszył ich na wylot, niczym ostrze włóczni. Był to krzyk dziki, nieludzki niemal. To zło krzyczało, wniebogłosy się darło. Nie z bólu, nie z cierpienia. Zawołanie było to bojowe.
Icarus wzrok swój zwrócił na las i wychodzące z niego postacie. Żadna z nich sir Ajaxonem nie była. Obleczeni w cień kroczyli niczym demony wychodzące z piekieł, diabły litości nieznające, ani krzty dobra w sercu niemające. Sir Icarusa ogarnął lęk. Wcześniej jedynie w rycerskich walkach się potykał na turniejach, nigdy zaś zagrożenie nie rysowało się przed nim z tak zatrważającą wyraźnością.
Ujrzał jednak Monę przed sobą i wtedy zrozumiał. Lęk naturalny był zupełnie, a odwaga nie oznaczała jego braku, lecz gotowość do walki, gdy się pojawiał. Dlatego drżącą ręką wyciągnął z pochwy miecz i osłonił własnym ciałem Monę. Jeśli miał umrzeć, to jedynie ratując jej życie. Inna śmierć niegodną dla rycerza była.
— Uciekaj, moja pani. Ukryj się gdzieś, przeczekaj zagrożenie — zakrzyknął, gdyż polana, na której stali, polem beznadziejnej walki się stała.
Nie mieli szans.