22.07.2025, 17:10 ✶
Późnoletni deszcz wreszcie odpuścił, chociaż jeszcze godzinę temu lało tak, że gdybym był zupełnie sam, miałbym ochotę zaszyć się w jakimś zakurzonym pubie i nie wychodzić do zmroku. To było coś, czego sam po sobie bym się nie spodziewał - tego, że będę szedł przez tę mokrą, pachnącą resztkami wilgoci wieś, z dłonią Prue w mojej i z tym dziwnym, ciężkim do wytłumaczenia poczuciem, że wszystko, co złe, na chwilę zostało z tyłu. Nie było tu wielkich gestów, tylko nasza dwójka, kilka kałuż, wąskie uliczki i szyldy sklepów, które pewnie istniały tu od dekad. Nasze palce splatały się mocniej, kiedy mijaliśmy kałuże, prowadziłem ją trochę bokiem, żeby nie weszła prosto w błoto w tych swoich eleganckich butkach. Co jakiś czas czułem, jak muska moją dłoń kciukiem, może nieświadomie, od niechcenia, ale wystarczyło, żeby moje myśli na chwilę wyhamowały i nie wróciły na codzienne tory. Cholernie mi to odpowiadało - ten rodzaj bycia obok kogoś, kto nie zadaje za dużo pytań, a jednocześnie nie udaje, że mnie nie ma.
Spojrzałem na nią kątem oka, była trochę zamyślona, ale wyglądała na zadowoloną. Może to była zasługa tej szarlotki, a może tego, że pozwoliła się wyciągnąć w takie miejsce jak ten stary antykwariat. Niby nic wielkiego, a mnie sprawiało dziwną, niemal dziecinną satysfakcję, po wszystkim, co ostatnio się wydarzyło, to była przyjemna odmiana. Przesunąłem kciukiem po jej dłoni - lekko, trochę po to, żeby ją rozproszyć, a trochę po to, żeby samemu poczuć, że to wszystko naprawdę się działo.
Antykwariat, do którego zmierzaliśmy, był ledwo widoczny z tej odległości, ale i tak czułem, że dzisiaj nie chodzi o same książki - nie o zakurzone regały, nie o stare druki. Chodziło o to, że w końcu miałem obok kogoś, kto nie pytał o wszystko naraz i nie oczekiwał, że będę kimś, kim nie byłem. Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, tak samo, jak ona robiła przed chwilą - odwdzięczyłem się za ten drobiazg, za obecność. Przez moment słuchałem tylko naszych kroków... Mokry żwir, pierwsze opadłe liście, cisza popołudnia po deszczu... To wszystko tworzyło specyficzny, bardzo spokojny klimat. Nie było tłumów, tylko jakieś pojedyncze sylwetki, które mijały nas, nawet na nas nie patrząc. Po wszystkim, co ta wyspa potrafiła mi ostatnio pokazać - nieufność, zimno, mokre chodniki i zbyt wiele niechcianych spotkań - to było, jak powiew świeżego powietrza.
- Powiedz mi coś. - Odezwałem się spokojnie, ale głos miałem niższy niż zwykle, to pytanie było trochę ważniejsze, niż mogła uznać - nie było bezcelowe. -Co cię telas najbaldziej intelesuje? - Odwróciłem głowę, żeby na nią spojrzeć. - S litelatuly magicznej, oczywiście. - Dodałem i uniosłem brew. - Nie udawaj, szw nie masz czegoś dziwnego na tapecie. W końcu obiecałaś, sze twoje zaintelesowania szą… Specyficzne. - Uśmiechnąłem się półgębkiem.
Spojrzałem na nią kątem oka, była trochę zamyślona, ale wyglądała na zadowoloną. Może to była zasługa tej szarlotki, a może tego, że pozwoliła się wyciągnąć w takie miejsce jak ten stary antykwariat. Niby nic wielkiego, a mnie sprawiało dziwną, niemal dziecinną satysfakcję, po wszystkim, co ostatnio się wydarzyło, to była przyjemna odmiana. Przesunąłem kciukiem po jej dłoni - lekko, trochę po to, żeby ją rozproszyć, a trochę po to, żeby samemu poczuć, że to wszystko naprawdę się działo.
Antykwariat, do którego zmierzaliśmy, był ledwo widoczny z tej odległości, ale i tak czułem, że dzisiaj nie chodzi o same książki - nie o zakurzone regały, nie o stare druki. Chodziło o to, że w końcu miałem obok kogoś, kto nie pytał o wszystko naraz i nie oczekiwał, że będę kimś, kim nie byłem. Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, tak samo, jak ona robiła przed chwilą - odwdzięczyłem się za ten drobiazg, za obecność. Przez moment słuchałem tylko naszych kroków... Mokry żwir, pierwsze opadłe liście, cisza popołudnia po deszczu... To wszystko tworzyło specyficzny, bardzo spokojny klimat. Nie było tłumów, tylko jakieś pojedyncze sylwetki, które mijały nas, nawet na nas nie patrząc. Po wszystkim, co ta wyspa potrafiła mi ostatnio pokazać - nieufność, zimno, mokre chodniki i zbyt wiele niechcianych spotkań - to było, jak powiew świeżego powietrza.
- Powiedz mi coś. - Odezwałem się spokojnie, ale głos miałem niższy niż zwykle, to pytanie było trochę ważniejsze, niż mogła uznać - nie było bezcelowe. -Co cię telas najbaldziej intelesuje? - Odwróciłem głowę, żeby na nią spojrzeć. - S litelatuly magicznej, oczywiście. - Dodałem i uniosłem brew. - Nie udawaj, szw nie masz czegoś dziwnego na tapecie. W końcu obiecałaś, sze twoje zaintelesowania szą… Specyficzne. - Uśmiechnąłem się półgębkiem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)