23.07.2025, 09:15 ✶
Były w okolicach Doliny dęby tak wiekowe, że aż prastare, i nie trzeba było się do nich wcale zapuszczać w głąb Kniei — dzięki niech będą Matce. Były to okazałe, wciąż jeszcze zielone kolosy, do których objęcia u podstawy pnia mało było czasem trzech chłopa. Pierwsze gałęzie odrastały od ziemi na wysokości, która wspinaczkę umożliwiłaby co najwyżej olbrzymowi. I choć Helloise nie zdołałaby opasać ramionami pnia ani sięgnąć gałęzi choćby wykonała podskok olimpijski, miała inne sposoby, aby załatwić swój interes z dębem.
Frunąc na miotle, mogła wybierać te partie drzewa, które tylko jej się podobały. Spędziła przy dębach tego dnia wiele czasu. Napełniała zawieszony na miotełce koszyk dojrzałymi żołędziami, przenosiła się płynnie z drzewa na drzewo, aby zwiedzać je po kolei, nie schodząc ani razu na ziemię. Nie spieszyła się ze swoim zadaniem, bo i dokąd miała się spieszyć? Nie było jej wśród uwijających się jak w ukropie rzemieślników pracujących na rzecz odbudowy spalonego kraju. Można by pomyśleć, że nie leżało jej na sercu dobro ogólne, ale nie — ona zamierzała oddać ludziom przysługę dalece większą niż zabicie dechami okna w jakiejś chałupie. Helloise zamierzała odrodzić liźnięty ogniem las i to w tym właśnie celu kolejne garstki żołędzi grzechotały dorzucane do koszyczka. Będą z nich już za kilka lat śliczne drzewka. Z tych zaś, których nie wsadzi w ziemię pod Knieją, zrobi pyszną kawę żołędziową — zapas na cały rok.
Od czasu do czasu czarownica schodziła z miotły i spacerowała po gałęziach, nie bacząc na wysokość. Tam, gdzie brakowało jej stopnia między drewnianymi ramionami, pomagała sobie miotłą. Czy to przysiadała na chwilę pod liściastymi baldachimami, aby napić się parującej herbaty i obejrzeć z góry panoramę Doliny Godryka, czy to szła aż do pnia — aby sprawdzić, czy tu, na górze, przypadkiem nie potrafiłaby go objąć całego. Praca rozciągała się, gdy tak cyklicznie czarownica zastygała z policzkiem przytulonym do szorstkiej kory — raz trwała przywarta do pnia kwadrans, innym razem pół godziny, nie liczyła. Liście nie zdążyły jeszcze porządnie zbrunatnieć, więc w butelkowozielonej sukience mogła udawać ich kępę; opinający ją szeroki gorsetowy pas zamieniał się w jej własny pniaczek pilnujący tej gęstwiny luźnego materiału szarpanej wiatrem; w spleciony luźno warkocz zdążyły już zaplątać się drobne połamane gałązki, które poczuły się między jasnymi pasmami nie gorzej niż w domu. Wszystko było na miejscu i tylko czerwone skarpetki zdradzały, że Helloise jest dębowi obca. Im dłużej stała nieruchomo stopiona z drzewem, tym śmielej podchodziły do niej zamieszkujące dąb ptaszki. Zasłuchana w szum mistycznej mądrości dębowych liści, czasem podnosiła leniwie powieki i napotykała paciorki ich oczu. Choć kusiło ją wówczas sięgnąć do kieszeni po garstkę ziarna dla kur, aby poczęstować i tych opierzonych przyjaciół, nie czyniła żadnego gestu; pozwalała im być, jak chcą. Przyszły tu przecież, bo doskonale wiedziały, że nakarmi je sam dąb — setką gatunków owadów, które również szukały w nim schronienia i strawy. Czarownica starała się nie zakłócać dębowego porządku dnia. Nie ważyła się tam nucić również swoich piosenek, aby nie zagłuszyć kołysanki płynącej z szeleszczących listnych koron do dziupli, w których drzemały nietoperze.
Nie tylko żołędzie zamierzała zabrać ze sobą: nożykiem obdrapała z pniaka i porcję kory. Kąpiel w wywarze z kory dębowej wspaniale wzmacniała ciało i ducha. Zabrałaby i liście — kolejny skarb oferowany przez drzewo — lecz na to była już zbyt późna pora. Liście zbierać należało, kiedy były młode.
Kosz już niemal się zapełnił, gdy ponownie wychynęła z serca drzewa na zewnątrz. Stała, balansując na miotle zawieszonej przy jednej z najwyższych partii drzewa — balansując dość sprawnie, choć nie na tyle, aby nie musieć jedną ręką przytrzymywać się gałęzi — i wybierała ostatnie najdojrzalsze żołędzie, gdy na niebie pojawił się obcy miotlarz. Zadarła głowę w górę i przypatrywała mu się chwilę — bo to przecież jej miejsce i należało jej się wiedzieć, kto tu niby próbuje latać — lecz nie zwrócił jej uwagi niczym szczególnym, toteż zaraz wróciła do przerwanej pracy.
Frunąc na miotle, mogła wybierać te partie drzewa, które tylko jej się podobały. Spędziła przy dębach tego dnia wiele czasu. Napełniała zawieszony na miotełce koszyk dojrzałymi żołędziami, przenosiła się płynnie z drzewa na drzewo, aby zwiedzać je po kolei, nie schodząc ani razu na ziemię. Nie spieszyła się ze swoim zadaniem, bo i dokąd miała się spieszyć? Nie było jej wśród uwijających się jak w ukropie rzemieślników pracujących na rzecz odbudowy spalonego kraju. Można by pomyśleć, że nie leżało jej na sercu dobro ogólne, ale nie — ona zamierzała oddać ludziom przysługę dalece większą niż zabicie dechami okna w jakiejś chałupie. Helloise zamierzała odrodzić liźnięty ogniem las i to w tym właśnie celu kolejne garstki żołędzi grzechotały dorzucane do koszyczka. Będą z nich już za kilka lat śliczne drzewka. Z tych zaś, których nie wsadzi w ziemię pod Knieją, zrobi pyszną kawę żołędziową — zapas na cały rok.
Od czasu do czasu czarownica schodziła z miotły i spacerowała po gałęziach, nie bacząc na wysokość. Tam, gdzie brakowało jej stopnia między drewnianymi ramionami, pomagała sobie miotłą. Czy to przysiadała na chwilę pod liściastymi baldachimami, aby napić się parującej herbaty i obejrzeć z góry panoramę Doliny Godryka, czy to szła aż do pnia — aby sprawdzić, czy tu, na górze, przypadkiem nie potrafiłaby go objąć całego. Praca rozciągała się, gdy tak cyklicznie czarownica zastygała z policzkiem przytulonym do szorstkiej kory — raz trwała przywarta do pnia kwadrans, innym razem pół godziny, nie liczyła. Liście nie zdążyły jeszcze porządnie zbrunatnieć, więc w butelkowozielonej sukience mogła udawać ich kępę; opinający ją szeroki gorsetowy pas zamieniał się w jej własny pniaczek pilnujący tej gęstwiny luźnego materiału szarpanej wiatrem; w spleciony luźno warkocz zdążyły już zaplątać się drobne połamane gałązki, które poczuły się między jasnymi pasmami nie gorzej niż w domu. Wszystko było na miejscu i tylko czerwone skarpetki zdradzały, że Helloise jest dębowi obca. Im dłużej stała nieruchomo stopiona z drzewem, tym śmielej podchodziły do niej zamieszkujące dąb ptaszki. Zasłuchana w szum mistycznej mądrości dębowych liści, czasem podnosiła leniwie powieki i napotykała paciorki ich oczu. Choć kusiło ją wówczas sięgnąć do kieszeni po garstkę ziarna dla kur, aby poczęstować i tych opierzonych przyjaciół, nie czyniła żadnego gestu; pozwalała im być, jak chcą. Przyszły tu przecież, bo doskonale wiedziały, że nakarmi je sam dąb — setką gatunków owadów, które również szukały w nim schronienia i strawy. Czarownica starała się nie zakłócać dębowego porządku dnia. Nie ważyła się tam nucić również swoich piosenek, aby nie zagłuszyć kołysanki płynącej z szeleszczących listnych koron do dziupli, w których drzemały nietoperze.
Nie tylko żołędzie zamierzała zabrać ze sobą: nożykiem obdrapała z pniaka i porcję kory. Kąpiel w wywarze z kory dębowej wspaniale wzmacniała ciało i ducha. Zabrałaby i liście — kolejny skarb oferowany przez drzewo — lecz na to była już zbyt późna pora. Liście zbierać należało, kiedy były młode.
Kosz już niemal się zapełnił, gdy ponownie wychynęła z serca drzewa na zewnątrz. Stała, balansując na miotle zawieszonej przy jednej z najwyższych partii drzewa — balansując dość sprawnie, choć nie na tyle, aby nie musieć jedną ręką przytrzymywać się gałęzi — i wybierała ostatnie najdojrzalsze żołędzie, gdy na niebie pojawił się obcy miotlarz. Zadarła głowę w górę i przypatrywała mu się chwilę — bo to przecież jej miejsce i należało jej się wiedzieć, kto tu niby próbuje latać — lecz nie zwrócił jej uwagi niczym szczególnym, toteż zaraz wróciła do przerwanej pracy.
dotknij trawy