24.07.2025, 00:20 ✶
Dzień w pracy był tak wspaniały, że Anthony miał ochotę składać w ręce kapłanów kowenu zażalenie, że nie odszedł w płomieniach trzy dni temu.
Morpheus nienawidził życia i Anthony był szczerze ciekaw, czy ta nienawiść szła przez jakąś mistyczną pępowinę od jednej połowy duszy, do drugiej połowy.
Charlotta nienawidziła okoliczności, w których straciła dom, ktoś zagroził jej dzieciom (oczywiście, ten KTOŚ zargoził całemu Londynowi, ale umówimy się dla wdowy Kelly liczyły się głównie te trzy duszki).
A Jonathan nienawidził jego i każdy wspólny dzień w biurze był prawdziwą katorgą. Oczywiście mógł zdezerterować, ale dawno nie czuł się za swoich ludzi odpowiedzialny tak jak teraz. Rychło wczas, powiedzieliby złośliwi. Rychło w czas, powiedziałby Jonathan, gdyby w ogóle ze sobą rozmawiali.
Ten krótki przeskok do apartamentu spowodowany był brakiem dwóch dokumentów do sprawy sprzed trzech lat. W gabinecie przeglądał pospiesznie własne notesy, pamiętniki z delegacji i księgi (te drugie księgi) aby móc w krótkim śledztwie odnaleźć informację o tym, kto rzeczywiście przejął towar w trakcie licytacji. Realny kupiec? Pośrednik? Figurant? Brakujące dokumenty z łatwością można było podrobić, potrzebował jednak konkretnego nazwiska, a to przepadło...
Oczywiście słyszał jakieś głosy dobiegające z salonu, a może korytarza? Obie przestrzenie były ze sobą połączone: salon przechodził w szeroki korytarz opasający cały dom jak przytulne, białe ramiona. Nie rozumiał do końca słów, ale i tak pogrążony był w zapiskach, aby odnaleźć te właściwe. W końcu - po raz pierwszy tego dnia - pojawił się na jego twarzy słabowity uśmiech, gdy trafił na właściwą tabelę. Zamknął dokumenty, przeczesał wzrokiem biuro. Jeszcze tylko zajrzeć do sąsiadującej biblioteki, upewnić się co do transferu kilku co znamienitszych książek, aby objęła je parkinsonowa magia, a potem...
Sama nie wiem! Naprawdę nie możesz powiedzieć skąd go znasz i czemu się tak przyjaźnicie? Chyba że są powody dla których uważasz, że mam ci nie ufać, bo ogólnie nie mówisz mi rzeczy? To miałeś na myśli mówiąc, że nie muszę wszystkiego wiedzieć?
Zdążył zrobić kilka kroków do salonu, ale jego myśli uleciały płynnie, kiedy usłyszał te wykrzyczane podniesionym głosem zarzuty. Brwi uniósł wysoko zaskoczony, a przez twarz przebiegł mu zbolały grymas osoby, która w swoim domu nie panuje aż tak nad mimiką, jakby sobie tego życzyła. Pytania młodszej córki Bletchleya (Hypatii?) były jak najbardziej zasadne, a jednak uderzyły w Anthony'ego ze zdwojoną mocą, przypominając mu, dlaczego tak bardzo chciał wracać do biura okrężną drogą. Jego wewnętrzny idealista, który równie wewnętrznie chełpił się jego poświęceniem i niesieniem pomocy (wybiórczo, jednostkom, które był w stanie zaakceptować, ale zawsze!) wrócił do ukrywania się w jaskini przedświadomości. Dlaczego to niby miało być takie dziwne, że znał się z różnymi osobami? Dlaczego to niby miało być dziwne, że chciał mu pomóc. Chyba, że młoda policjantka kierująca się stereotypami, zakładała że był przestępcą. I - to prawda - nie byłoby to tak odległe od prawdy, gdyby zliczyć wszystko co zrobił i czego nie robił w przeciągu kilkudziesięciu lat kariery politycznej, ale na bogów, młodziutka Hypti nie miała prawa o tym wiedzieć! Chyba że czerwień farby, wciąż znaczyła jego dłonie, czerwień na skórze układała się w pojedyncze słowo: winny
Przycisnął swoje całkiem z pozoru legalne zapiski do piersi i mamrocząc słowa przeprosin: nienienieprzeszkadzajciesobiejużmnieniema wycofał się na powrót do gabinetu, by stamtąd teleportować się do Ministerstwa.
Przynajmniej mieli w OMSHMIe dobrą kawę.
Anthony nienawidził kiepskiej kawy.
Morpheus nienawidził życia i Anthony był szczerze ciekaw, czy ta nienawiść szła przez jakąś mistyczną pępowinę od jednej połowy duszy, do drugiej połowy.
Charlotta nienawidziła okoliczności, w których straciła dom, ktoś zagroził jej dzieciom (oczywiście, ten KTOŚ zargoził całemu Londynowi, ale umówimy się dla wdowy Kelly liczyły się głównie te trzy duszki).
A Jonathan nienawidził jego i każdy wspólny dzień w biurze był prawdziwą katorgą. Oczywiście mógł zdezerterować, ale dawno nie czuł się za swoich ludzi odpowiedzialny tak jak teraz. Rychło wczas, powiedzieliby złośliwi. Rychło w czas, powiedziałby Jonathan, gdyby w ogóle ze sobą rozmawiali.
Ten krótki przeskok do apartamentu spowodowany był brakiem dwóch dokumentów do sprawy sprzed trzech lat. W gabinecie przeglądał pospiesznie własne notesy, pamiętniki z delegacji i księgi (te drugie księgi) aby móc w krótkim śledztwie odnaleźć informację o tym, kto rzeczywiście przejął towar w trakcie licytacji. Realny kupiec? Pośrednik? Figurant? Brakujące dokumenty z łatwością można było podrobić, potrzebował jednak konkretnego nazwiska, a to przepadło...
Oczywiście słyszał jakieś głosy dobiegające z salonu, a może korytarza? Obie przestrzenie były ze sobą połączone: salon przechodził w szeroki korytarz opasający cały dom jak przytulne, białe ramiona. Nie rozumiał do końca słów, ale i tak pogrążony był w zapiskach, aby odnaleźć te właściwe. W końcu - po raz pierwszy tego dnia - pojawił się na jego twarzy słabowity uśmiech, gdy trafił na właściwą tabelę. Zamknął dokumenty, przeczesał wzrokiem biuro. Jeszcze tylko zajrzeć do sąsiadującej biblioteki, upewnić się co do transferu kilku co znamienitszych książek, aby objęła je parkinsonowa magia, a potem...
Sama nie wiem! Naprawdę nie możesz powiedzieć skąd go znasz i czemu się tak przyjaźnicie? Chyba że są powody dla których uważasz, że mam ci nie ufać, bo ogólnie nie mówisz mi rzeczy? To miałeś na myśli mówiąc, że nie muszę wszystkiego wiedzieć?
Zdążył zrobić kilka kroków do salonu, ale jego myśli uleciały płynnie, kiedy usłyszał te wykrzyczane podniesionym głosem zarzuty. Brwi uniósł wysoko zaskoczony, a przez twarz przebiegł mu zbolały grymas osoby, która w swoim domu nie panuje aż tak nad mimiką, jakby sobie tego życzyła. Pytania młodszej córki Bletchleya (Hypatii?) były jak najbardziej zasadne, a jednak uderzyły w Anthony'ego ze zdwojoną mocą, przypominając mu, dlaczego tak bardzo chciał wracać do biura okrężną drogą. Jego wewnętrzny idealista, który równie wewnętrznie chełpił się jego poświęceniem i niesieniem pomocy (wybiórczo, jednostkom, które był w stanie zaakceptować, ale zawsze!) wrócił do ukrywania się w jaskini przedświadomości. Dlaczego to niby miało być takie dziwne, że znał się z różnymi osobami? Dlaczego to niby miało być dziwne, że chciał mu pomóc. Chyba, że młoda policjantka kierująca się stereotypami, zakładała że był przestępcą. I - to prawda - nie byłoby to tak odległe od prawdy, gdyby zliczyć wszystko co zrobił i czego nie robił w przeciągu kilkudziesięciu lat kariery politycznej, ale na bogów, młodziutka Hypti nie miała prawa o tym wiedzieć! Chyba że czerwień farby, wciąż znaczyła jego dłonie, czerwień na skórze układała się w pojedyncze słowo: winny
Przycisnął swoje całkiem z pozoru legalne zapiski do piersi i mamrocząc słowa przeprosin: nienienieprzeszkadzajciesobiejużmnieniema wycofał się na powrót do gabinetu, by stamtąd teleportować się do Ministerstwa.
Przynajmniej mieli w OMSHMIe dobrą kawę.
Anthony nienawidził kiepskiej kawy.
Postać opuszcza sesję