24.07.2025, 09:41 ✶
Sunęła przez wrzosowiska niczym zjawa. Miękko stawiała stopy, odziane w buty, które były niegdyś błyszczące i jasne. Teraz jednak dominowała na nich czerń. Czerń i szarość - pozostałości popiołu i sadzy, których nie dało się zmyć nawet, gdyby próbowała. Jej dłonie, jej przedramiona, skóra, twarz: wszystko było naznaczone minioną nocą. Włosy potargane, splątane, a na twarzy wyraz dojmującego zmęczenia.
Knieja umierała, a teraz umierał także czarodziejski świat, który znała.
Umierali po kolei wszyscy, których kojarzyła i szanowała. Pojedynczy ludzie z instytutu, część służby, znajomi... Czy byli bezpieczni? Czy ogień ominął ich domy, tak jak to zrobił z rezydencją Greengrassów? Oszczędził ich dom, to prawda, ale Roselyn nie czuła się tam bezpiecznie. Flora, Ambroise, rodzice, wszyscy członkowie rodziny Greengrass: wszyscy byli bezpieczni, ale dom... Nie mieli już domu. Nie dało się tam przebywać bez żalu i paniki, która ściskała gardła i wdzierała się do serc, sprawiając że te na moment przestawały bić.
Idąc przez wrzosowiska, które kiedyś były jej bezpieczną przystanią, nie czuła się jak w domu. Rośliny zdawały się płakać nad tym, co się stało, a ona... Ona czuła pustkę. Kolejny cios zadany w jej duszę sprawił, że wycofała się w głąb siebie, nie wiedząc co i jak ma robić. Sama prawie zginęła, widziała tej nocy tyle zła, że to był swego rodzaju mechanizm obronny. Tak jak wtedy, w Kniei, gdy z Ambroise płakali niemo, bez łez, w jej pokoju, zanim przyszedł Samuel.
- Sam - pojawiła się za jego plecami nie jak duch, a jak przyjaciółka. Musiał słyszeć jej kroki, szmer brudnych ubrań ocierających się o rośliny. Jej oddech, jej zapach: wszystko to mieszało się w jedno - popiół i dym. Mimo tego wycofania Roselyn poczuła ulgę, że McGonagall był cały i zdrowy, przynajmniej fizycznie. Do tej pory nie martwiła się o Dolinę Godryka, bo myślała, że ogień strawił tylko Londyn. Dopiero nad ranem przekonała się, jak bardzo w błędzie była.