24.07.2025, 13:55 ✶
Róże w czarnej szacie zyskiwały — prócz żałoby — wyniosłość i dumę, drapieżność. Wydawały się niebezpieczne i mocne, nie stłamszone i delikatne. Sczerniała na ich wzór łąka pełna polnych kwiatów straciłaby zaś swój dziki, dziewiczy blask — to byłby obraz ściskający serce żalem, nie ten budzący niewytłumaczalną grozę ewenement z Maida Vale. Być może była jednak racja w tym, że ów żal ścisnąłby zbyt mało serc, aby przyciągnąć uwagę. O ile w ogóle w tym wszystkim chodziło o czyjąkolwiek uwagę.
— Nie. Wątpię, że zostały stworzone wyłącznie na pokaz — przyznała. Nie odrywając wzroku od Leviathana, poszła instynktownie w jego ślady i własnymi wargami zdjęła krew ze swojego kciuka. — Pytanie, czy ich powstanie było celem, czy tylko skutkiem ubocznym innego aktu — kontynuowała rozważania, zwróciwszy swoją uwagę różom. — Jeśli są celem, to czy będą składnikiem do stworzenia czegoś, czy zniszczenia. — Powiodła wymownie ręką w stronę smętnych czerwonych sióstr czarnego kwiecia. — I jak wyrosły tak szybko? Zdaje się, że zauważonoby, gdyby ktoś przychodził nawozić je co noc. Albo ich nasiono zaprojektowano tak mistrzowsko, albo zaotoczkowano je czymś o silnym działaniu, albo… coś jest w samej ziemi?
Nie miała odpowiedzi na żadne z tych pytań. Pobrać próbkę gruntu, wykraść kwiat — to jedyne, co mogła zrobić, aby mieć szansę dowiedzieć się więcej. Spróbować je rozmnożyć samodzielnie i obserwować rozwój? Na to brakowało jej odwagi, gdy widziała, jak agresywnie obca róża rozpleniła się po Maida Vale. Nie zamierzała wpuszczać jej żywej do swojego zakątka.
— Och, jakiż ty mądry, Levi — odcięła się złośliwie, gdy sprowadził ją na ziemię. — Zapytałeś mnie o kwiat. Brązowe kwiaty ani trochę nie kojarzą się z tym bagienkiem, które powstaje po wylaniu na paletę wszystkich farbek. Są bardzo eleganckie. Brązowe jak czekoladowe ozdoby na tort, nie mętne błoto.
Słowa o tym, że widać na Helloise wady jak czarne na białym były naturalnym następstwem jej wyboru, więc skwitowała je ledwie wzruszeniem ramion i pobłażliwym uśmiechem: i co z tego? Wiedziała zawsze, co mogą o niej myśleć w domu ojca.
— Doprawdy? Jesteś moim smoczognikiem? — Jego wybór przyjęła z kolei ze sporą dozą niedowierzania, ale było to niedowierzanie radosne i rozbawione, przy którym aż błysnęły jej oczy. Położyła dłoń na plecach Leviathana i, ruszając głębiej w ogród, pchnęła go lekko samymi koniuszkami palców, aby zachęcić do podążenia jej śladem. Dosyć już się nastali w tym miejscu. — Widzisz, była u mnie parę dni temu Mona. Miała ze sobą całą torbę smoczych rzeczy, które oglądałyśmy przy herbacie. Jakieś mugolskie gazetki o smokach, figurki. Wszystko, co miała, było o smokach, oprócz trzech motków. Luźne nici są plastyczne, więc idąc smoczym tropem, i im próbowałam dopasować smoczy charakter. Zielona i czarna… to było proste. Tylko ta trzecia, lawendowa… Nie byłam pewna, czy to smoczy kolor. Może powinnam pamiętać. Pewnie powinnam. — Zgasła nieco, omotana nostalgią. Dawno już się z nią jednak oswoiła, więc echa przeszłości nie zdołały zdjąć z jej ust uśmiechu, jedynie go stonowały. — Minęło tyle lat, od kiedy spędzałam przy smoczognikach tak dużo czasu, że potrafiłam z głowy wyciągać wszystkie okazy. Gdy coś zostaje tak daleko, czasem trudno odróżnić to od snu. Potrzebowałam się upewnić, czy mi się nie przyśniły. — Dało się wyczuć w pojawiających się czasem w jej głosie czułych nutach, że wspomnienia samego dzieciństwa były raczej tymi przyjemnymi. Dopóki mogła siedzieć w rodzinnej okolicy i nikt nie próbował siłą zamykać jej w magicznym zamku, była całkiem szczęśliwym dzieciakiem, który później dopiero wyrósł na paskudną nastolatkę. — Zatem wszystkie trzy kolory były smoczne. I troje nas. Skoro już cofnęłam się do smoczej krainy dzieciństwa, zrobiłam dziecięcą rzecz i każdemu przydzieliłam po jednym. Dzieci mają czasem takie naiwne zabawy. Było więc tak, jakbyśmy znowu stawali przy świeżo wylęgłych smoczognikach i wymyślali, który jest czyj. A potem zaczynały się te równie naiwne zawody: czyj najwcześniej zacznie latać, czyj szybciej będzie przebierał łapkami, czyj pierwszy zaiskrzy. W tej fantazji Monie zostawiłam zielonego, tobie czarnego, lawendowy smok należy do mnie. — Trąciła mężczyznę zaczepnie ramieniem, po czym uniosła oczy, żeby sprawdzić, jakie wrażenia wywarła na nim zdecydowanie przydługa wypowiedź. — To tylko kulki wełny. Oczywiście nic nie robią, nie ma zawodów, ale chciałam dać im opiekunów.
— Nie. Wątpię, że zostały stworzone wyłącznie na pokaz — przyznała. Nie odrywając wzroku od Leviathana, poszła instynktownie w jego ślady i własnymi wargami zdjęła krew ze swojego kciuka. — Pytanie, czy ich powstanie było celem, czy tylko skutkiem ubocznym innego aktu — kontynuowała rozważania, zwróciwszy swoją uwagę różom. — Jeśli są celem, to czy będą składnikiem do stworzenia czegoś, czy zniszczenia. — Powiodła wymownie ręką w stronę smętnych czerwonych sióstr czarnego kwiecia. — I jak wyrosły tak szybko? Zdaje się, że zauważonoby, gdyby ktoś przychodził nawozić je co noc. Albo ich nasiono zaprojektowano tak mistrzowsko, albo zaotoczkowano je czymś o silnym działaniu, albo… coś jest w samej ziemi?
Nie miała odpowiedzi na żadne z tych pytań. Pobrać próbkę gruntu, wykraść kwiat — to jedyne, co mogła zrobić, aby mieć szansę dowiedzieć się więcej. Spróbować je rozmnożyć samodzielnie i obserwować rozwój? Na to brakowało jej odwagi, gdy widziała, jak agresywnie obca róża rozpleniła się po Maida Vale. Nie zamierzała wpuszczać jej żywej do swojego zakątka.
— Och, jakiż ty mądry, Levi — odcięła się złośliwie, gdy sprowadził ją na ziemię. — Zapytałeś mnie o kwiat. Brązowe kwiaty ani trochę nie kojarzą się z tym bagienkiem, które powstaje po wylaniu na paletę wszystkich farbek. Są bardzo eleganckie. Brązowe jak czekoladowe ozdoby na tort, nie mętne błoto.
Słowa o tym, że widać na Helloise wady jak czarne na białym były naturalnym następstwem jej wyboru, więc skwitowała je ledwie wzruszeniem ramion i pobłażliwym uśmiechem: i co z tego? Wiedziała zawsze, co mogą o niej myśleć w domu ojca.
— Doprawdy? Jesteś moim smoczognikiem? — Jego wybór przyjęła z kolei ze sporą dozą niedowierzania, ale było to niedowierzanie radosne i rozbawione, przy którym aż błysnęły jej oczy. Położyła dłoń na plecach Leviathana i, ruszając głębiej w ogród, pchnęła go lekko samymi koniuszkami palców, aby zachęcić do podążenia jej śladem. Dosyć już się nastali w tym miejscu. — Widzisz, była u mnie parę dni temu Mona. Miała ze sobą całą torbę smoczych rzeczy, które oglądałyśmy przy herbacie. Jakieś mugolskie gazetki o smokach, figurki. Wszystko, co miała, było o smokach, oprócz trzech motków. Luźne nici są plastyczne, więc idąc smoczym tropem, i im próbowałam dopasować smoczy charakter. Zielona i czarna… to było proste. Tylko ta trzecia, lawendowa… Nie byłam pewna, czy to smoczy kolor. Może powinnam pamiętać. Pewnie powinnam. — Zgasła nieco, omotana nostalgią. Dawno już się z nią jednak oswoiła, więc echa przeszłości nie zdołały zdjąć z jej ust uśmiechu, jedynie go stonowały. — Minęło tyle lat, od kiedy spędzałam przy smoczognikach tak dużo czasu, że potrafiłam z głowy wyciągać wszystkie okazy. Gdy coś zostaje tak daleko, czasem trudno odróżnić to od snu. Potrzebowałam się upewnić, czy mi się nie przyśniły. — Dało się wyczuć w pojawiających się czasem w jej głosie czułych nutach, że wspomnienia samego dzieciństwa były raczej tymi przyjemnymi. Dopóki mogła siedzieć w rodzinnej okolicy i nikt nie próbował siłą zamykać jej w magicznym zamku, była całkiem szczęśliwym dzieciakiem, który później dopiero wyrósł na paskudną nastolatkę. — Zatem wszystkie trzy kolory były smoczne. I troje nas. Skoro już cofnęłam się do smoczej krainy dzieciństwa, zrobiłam dziecięcą rzecz i każdemu przydzieliłam po jednym. Dzieci mają czasem takie naiwne zabawy. Było więc tak, jakbyśmy znowu stawali przy świeżo wylęgłych smoczognikach i wymyślali, który jest czyj. A potem zaczynały się te równie naiwne zawody: czyj najwcześniej zacznie latać, czyj szybciej będzie przebierał łapkami, czyj pierwszy zaiskrzy. W tej fantazji Monie zostawiłam zielonego, tobie czarnego, lawendowy smok należy do mnie. — Trąciła mężczyznę zaczepnie ramieniem, po czym uniosła oczy, żeby sprawdzić, jakie wrażenia wywarła na nim zdecydowanie przydługa wypowiedź. — To tylko kulki wełny. Oczywiście nic nie robią, nie ma zawodów, ale chciałam dać im opiekunów.
dotknij trawy