Bletchley kierowała się w swoim życiu zasadami, które wydawały jej się mieć sens. Nie należała do osób, które były jak chorągiewki i zmieniały swoje podejście w zależności od tego, w którą stronę zawiał wiatr. Zresztą nie tak łatwo było się do niej zbliżyć, jeśli jednak komuś udawało się to zrobić to mógł być pewien, że ma w niej prawdziwego sojusznika, na dobre i na złe. Nie zadawała pytań, po prostu wyciągała pomocną dłoń, kiedy było to potrzebne, później po prostu odchodziła w swoją stronę i udawała, że to nie miało miejsca. Tak było prościej, zamiast zupełnie niepotrzebnie drążyć.
Mało kto zdawał sobie sprawę z tego, czym zajmowała się w wolnym czasie. Tak było lepiej, bezpieczniej, nie wydawało jej się, aby wiele osób widziało w niej zagrożenie. Z pozoru była przecież tylko nieco wycofana i dziwna, a nie miałaby oporów przed tym, aby odebrać komuś życie, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Nie brzydziła się przemocą, no, w jej wypadku nie była to oczywiście przemoc fizyczna zważając na niezbyt sprzyjające warunki, jednak znała inne metody, które potrafiły sprawić, że potrafiła o siebie zadbać.
Ambroise zdecydowanie wyglądał na groźniejszego od niej, chociaż również potrafił sprawiać wrażenie tego specjalisty i naukowca, którym też był. Widziała go w różnych sytuacjach, wiedziała, że umiał być bardzo bezwzględny, ale doceniała obecność właśnie takich osób gdzieś blisko. Nie zawsze przecież mogła radzić sobie sama, dobrze było mieć czasem przy sobie straszaka w postaci dobrze zbudowanego mężczyzny.
Oczywiście, że jej to nie umknęło. Dostrzegła drżenie kącików jego ust. Musiał ją widzieć, ktoś mu powiedział? Być może to też było w jego wizji. Nie zamierzała jednak prostować tego, co przed chwilą powiedziała. Nie piła tak wcześnie. Kropka. Zresztą to miejsce było wyjątkowe, nie sądziła, że zbyt szybko nadaży się okazja do tego, aby powtarzać te dziwne, nietypowe spontaniczne decyzje, które tutaj przychodziły jej bardzo łatwo i lekko. Zdawała sobie sprawę, że mogła być brana za zupełnie inną osobę, zwłaszcza, gdy ktoś widywał ją na co dzień, miał doczynienia z tą typową wersją Prudence. Cóż, czasem i ona umiała wyciągnąć kij z tyłka, tak właściwie to wystarczyło do tego odpowiednie towarzystwo.
- Mung tak samo. - Trupy i ranni, było ich wielu po tej okropnej nocy, która zmieniła wszystko. Na szczęście ich pacjenci nie wymagali natychmiastowej uwagi, mogli poczekać trochę na to, aż zajmą się wszystkimi po kolei. Nieco inaczej wyglądało to w szpitalu. Tak naprawdę jeszcze nie do końca miała świadomość jak wyglądały realne straty, bo właśnie odkąd się tutaj znalazła te trzy dni temu nie była w biurze, wcześniej tylko szacowali, teraz zapewne ministerstwo zdążyło zebrać dokładniejsze dane.
- Nie byłam, trochę obawiam się tego, co tam dzisiaj zastanę. - Skala tej tragedii była ogromna, nie zaliczyła jeszcze niczego podobnego jako antropolożka. Tak, było Beltane, ale pożar Londynu przyniósł śmierć większej ilości osób, zabrał ze sobą więcej żyć, co wiązało się z tym, że będą mieli ręce pełne roboty. Nie, żeby ją to jakoś szczególnie martwiło, praca była często jej ucieczką od rzeczywistości, zapewniała jej spokój, który naprawdę lubiła.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control