24.07.2025, 20:28 ✶
Znał język, którym przemawiały Śmierciojady. Znał go lepiej od nich, a władali nim oni, jakby nie był łaciną, lecz własnym ich narzeczem. Piękna, płynna mowa starożytnych w ich ustach brzmiała niczym przekleństwo. Mówili do Mony, znali ją, jednak Icarus wiedział, że nie chciała z nimi być. Że nie taki był jej los. Ta niewiasta za dobre serce wszak miała, by ci nikczemnicy ją swym plugastwem kalali. Musiał ją stąd zabrać.
— Amo Mona. Et non eam in manus tuas tradam — krzyknął w ich stronę.
I właśnie wtedy poleciał w jego stronę płomień zielony. Magia Icarusowi również obca niebyła. Wraz z Basildamusem parali się z nią w lochach zamkowych, w tajemnicy przed światem. Te promienie zaś oznaczały śmierć. Icarus wiedział, że gdyby jeden go trafił, jego dusza w jednej chwili od ciała by uleciała. Dlatego nie mógł zwlekać. Wziął Monę za rękę i zaczął uciekać. Może nie miał honoru, a może w tym najwyższy był honor. By ratować to, co sercu najbliższe.
Gonili ich. Ścigali dzikim biegiem, jednak Icarus się nie poddawał. Ciągnął Monę w głęboki las, tchu pozbawiony z płucami obolałymi z wysiłku. Niemalże potykał się o wyrastające z ziemi korzenie, ale gnał przed siebie. Był gotów opuścić swój posterunek, by ją ratować.
Wreszcie kroki za nimi ucichły. Icarus stanął między drzewami, nabrał oddechu. Nigdy nie był wszak rycerzem o specjalnej fizycznej tężyźnie ani zręczności. Nie nadawał się do swej roli, choć teraz chyba sobie poradził. To serce gnało go, choć teraz biło, przez wysiłek, koszmarnie szybko.
— Chyba ich zgubiliś... — nie skończył, bo nagle poczuł w klatce piersiowej ból tak silny, że nogi się pod nim ugięły. Spojrzał w dół. Z jego piersi wystawało ostrze, a za nim zmaterializował się Śmierciojad. Nie powinno było przekłuć na wylot zbroi, a jednak... — Mono...
Opadł na ziemię, a w ustach poczuł metaliczny smak krwi. Jego ciało drżało, krew wsiąkała mu w znajdującą się pod zbroją przeszywanicę. Wiedział, że jego oddechy były tymi ostatnimi, a takie również łzy były, którymi oczy jego nasiąkły.
Kochał. Próbował. I zawiódł.
— Wybacz mi... — tak brzmiały ostatnie słowa Icarusa z rodu Prewettów. Ostatni widok zaś miał najpiękniejszy, wszak była nim twarz Mony.
A potem...
Icarus zbudził się w skotłowanej pościeli. Czoło miał zlane potem, a rękę położoną w miejscu, gdzie powinien mieć ranę. Nic jednak tam nie było. Żadnej krwi, żadnej farby. A sen? Zaczynał powoli zanikać w jego pamięci, aż pozostał z niego tylko zarys. Nie był żadnym rycerzem, a facetem śpiącym na kanapie swojej nieszczęśliwej miłości, w t-shircie i bokserkach. Żył stety lub niestety, choć rzeczywiście wciąż był przeklętym tchórzem.
Sięgnął na stolik nocny i wypił resztę naparu na sen, który sobie wcześniej przygotował. Przez spaloną noc po prostu padł ze zmęczenia i nie zdążył wypić wszystkiego. Może to dlatego jego mózg starał się ubrać jego stłumione uczucia w coś ładnie udekorowanego?
Po eliksirze miał nadzieję na sen bez kolejnych snów.
— Amo Mona. Et non eam in manus tuas tradam — krzyknął w ich stronę.
I właśnie wtedy poleciał w jego stronę płomień zielony. Magia Icarusowi również obca niebyła. Wraz z Basildamusem parali się z nią w lochach zamkowych, w tajemnicy przed światem. Te promienie zaś oznaczały śmierć. Icarus wiedział, że gdyby jeden go trafił, jego dusza w jednej chwili od ciała by uleciała. Dlatego nie mógł zwlekać. Wziął Monę za rękę i zaczął uciekać. Może nie miał honoru, a może w tym najwyższy był honor. By ratować to, co sercu najbliższe.
Gonili ich. Ścigali dzikim biegiem, jednak Icarus się nie poddawał. Ciągnął Monę w głęboki las, tchu pozbawiony z płucami obolałymi z wysiłku. Niemalże potykał się o wyrastające z ziemi korzenie, ale gnał przed siebie. Był gotów opuścić swój posterunek, by ją ratować.
Wreszcie kroki za nimi ucichły. Icarus stanął między drzewami, nabrał oddechu. Nigdy nie był wszak rycerzem o specjalnej fizycznej tężyźnie ani zręczności. Nie nadawał się do swej roli, choć teraz chyba sobie poradził. To serce gnało go, choć teraz biło, przez wysiłek, koszmarnie szybko.
— Chyba ich zgubiliś... — nie skończył, bo nagle poczuł w klatce piersiowej ból tak silny, że nogi się pod nim ugięły. Spojrzał w dół. Z jego piersi wystawało ostrze, a za nim zmaterializował się Śmierciojad. Nie powinno było przekłuć na wylot zbroi, a jednak... — Mono...
Opadł na ziemię, a w ustach poczuł metaliczny smak krwi. Jego ciało drżało, krew wsiąkała mu w znajdującą się pod zbroją przeszywanicę. Wiedział, że jego oddechy były tymi ostatnimi, a takie również łzy były, którymi oczy jego nasiąkły.
Kochał. Próbował. I zawiódł.
— Wybacz mi... — tak brzmiały ostatnie słowa Icarusa z rodu Prewettów. Ostatni widok zaś miał najpiękniejszy, wszak była nim twarz Mony.
A potem...
Icarus zbudził się w skotłowanej pościeli. Czoło miał zlane potem, a rękę położoną w miejscu, gdzie powinien mieć ranę. Nic jednak tam nie było. Żadnej krwi, żadnej farby. A sen? Zaczynał powoli zanikać w jego pamięci, aż pozostał z niego tylko zarys. Nie był żadnym rycerzem, a facetem śpiącym na kanapie swojej nieszczęśliwej miłości, w t-shircie i bokserkach. Żył stety lub niestety, choć rzeczywiście wciąż był przeklętym tchórzem.
Sięgnął na stolik nocny i wypił resztę naparu na sen, który sobie wcześniej przygotował. Przez spaloną noc po prostu padł ze zmęczenia i nie zdążył wypić wszystkiego. Może to dlatego jego mózg starał się ubrać jego stłumione uczucia w coś ładnie udekorowanego?
Po eliksirze miał nadzieję na sen bez kolejnych snów.