Nie było innej możliwości, która pozwalała jakoś przetrwać w tym świecie, jak zakładanie masek. Wypadało potrafić się dostosować do okoliczności. Nie wszyscy musieli to robić, jednak kiedy chociażby pracowało się w określonym środowisku to trzeba było jednak sprawiać pozory. Bletchley miała swoje zdanie na temat Ministerstwa Magii, jednak nadal w nim pracowała, wykonywała swoje obowiązki należycie, ale nie pozostawała ślepa na niedociągnięcia, które zauważała. Nie dzieliła się jednak swoimi przemyśleniami praktycznie z nikim, bo przecież nigdy nie wiadomo kto mógłby wykorzystać jej słowa rzucone gdzieś przypadkiem przeciwko niej. Wydawała się więc być nikim więcej, niż bardzo sumienną pracownicą, która przestrzegała wszystkich regulaminów. Tak, jasne, potrafiła je obchodzić tak, by nikt niczego nie zauważał, oczywiście czerpała z tego informacje tylko na swój własny użytek, ale to robiła. Zapewne mało kto byłby się w stanie tego domyślić, bo umiała sprawiać pozory.
Kreowanie siebie było dość istotne w dorosłym życiu, warto było mieć władzę nad tym, w jaki sposób inni nas widzieli. To mogło ułatwić egzystencję pośród osób, które nic nie znaczyły. Zresztą nigdy nie zależało jej jakoś specjalnie na tym, aby obcy wiedzieli, jaka jest naprawdę, to mogło sporo zmienić, zwracać na nią niepotrzebną uwagę, tak mogła przemykać sobie gdzieś w tle, raczej niezauważona, to było zdecydowanie najbardziej wygodną opcją.
Miała to szczęście, że nie należała do elity. Była pewna, że nie umiałaby sobie poradzić na tych ich wszystkich spędach pełnych fałszu i obłudy. Teraz czuła zresztą, że zaczną się ze sobą gryźć z racji na to, co się ostatnio wydarzyło. Doceniała swoją klasę średnią z której pochodziła, swoją nieco brudną krew, dzięki temu również była nijaka, nie rzucała się w oczy. Nikt nie życzył jej śmierci przez jej pochodzenie, sama nie wiedziała kim aktualnie było gorzej być czy czystokrwistym, czy mugolakiem, i jedno i drugie niosło ze sobą możliwe nieprzyjemności. Widziała, jak został potraktowany Cornelius przez jednego z jej współpracowników, tylko dlatego, że w jego żyłach płynęła czysta krew, widziała, jak traktowano mugolaków, to łączyło się również z pochodzeniem, tak do końca żadna z tych stron nie mogła się czuć bezpiecznie. A oni? Przemykali gdzieś w tle, nie rzucając się w oczy.
Istniały pewne sprawy, których nie powinno się ze sobą łączyć. Przyjaźń nie była dobrym doradcą podczas interesów. Zresztą nie szukała przyjaciół. Ci, których miała jej wystarczali, no może poza tym jednym przyjacielem, który ostatnio sam ją znalazł, ale to było coś zupełnie innego. Wiedziała, że te szemrane sprawy, które ich łączyły nie były dobrą podstawą do takiej relacji, zresztą nigdy nawet nie myślała o tym, że mogliby się przyjaźnić. Odpowiadała jej ta forma relacji, którą aktualnie przyjmowali, i tak było między nimi dużo lepiej niż kilkanaście lat temu, jakoś udało im się dogadać, to wystarczało do tego, aby mogli być swoimi sojusznikami.
Zauważyła, że przesunął w jej kierunku dzbanek z kawą, jednak póki co po niego nie sięgnęła, jak na razie przyjęła wystarczającą dawkę kofeiny. Może później skusi się na kolejną.
- Co do tego nie byłabym taka przekonana. - Odparła zupełnie szczerze. Miała świadomość, że może jej się coś przytrafić. Niby od dawna panowała nad swoją umiejętnością, ale nigdy nie mogła być pewna tego, że nie pojawi się coś lub ktoś przepełniony bardzo silnymi emocjami. Pożary niosły ze sobą tragiczne śmierci, często spowodowane brakiem możliwości ucieczki, wolałaby nie widzieć wspomnień ludzi, którzy odeszli tragicznie, niosło to ze sobą dosyć spore brzemię i powodowało bardzo nieprzyjemne momenty. Nie tak łatwo było się pozbyć tych nieswoich emocji, czy obrazów, które pojawiały się przed oczami. W jej przypadku z chorobą Milforda było to jeszcze bardziej skomplikowane. Nie umiała po prostu zapominać, gdy zamykała oczy to wszystko do niej wracało, bardzo wyraźne.
Zawiesiła na Greengrassie swoje spojrzenie zdziwiona, że w ogóle zadał to pytanie. Cornelius był jej szefem, od jakichś dwóch lat, pracowali razem w kostnicy, towarzyszyła mu podczas rozwiązywania wielu spraw. Odpowiedź na to pytanie nasuwała się sama. - Oczywiście, że wie. - Uprzedziła go o tym swoim drobnym talencie nim rozpoczęła pracę, żeby przypadkiem nie dowiedział się tego nagle, w najmniej korzystnym momencie. Nie chciała, aby to było dla mężczyzny zaskoczeniem, wolała być z nim zupełnie szczera, nim podjął ostateczną decyzję, nim stwierdził, że faktycznie chce ją mieć w swoim zespole.
- Prędzej, czy później by się dowiedział, więc powiedziałam mu to na samym początku. - Wyjaśniła jeszcze. Nie było możliwości, aby informacja o jej drobnym talencie pozostawała tajemnicą, szczególnie w miejscu, w którym przyszło jej pracować, wypłynęłoby to tak, czy siak z racji na okoliczności ich miejsca pracy i przypadków, którymi się zajmowali.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control