25.07.2025, 13:31 ✶
Helloise nie myślała o żadnej z tych kobiet tyle, aby zdołały ją zirytować. Nie myślała zbyt głęboko również o tamtych mężczyznach. Niemyślenie było w tym wszystkim najupojniejsze. Nie myślała, zasłuchała się w instynkt i jemu pozwoliła się poprowadzić. Coś pierwotnego popchnęło ją do wkroczenia w tę scenę, w której jej pobratymcy starli się z obcym stadem. Ten sam zwierzęcy podszept siał w niej w trakcie walki strach, gdy sytuacja wymagała od niej cofnięcia się, i dyktował rytm słania zaklęć, gdy pojawiał się moment słabości po drugiej stronie.
Gdy kurz po starciu opadł, nie oczekiwała niczego. Jeśli obca chciała płakać, mogła ją utulić. Jeśli chciała odejść, nie zamierzała jej zatrzymać. Nie szukała imion, nie czekała wdzięczności, nie interesowło jej, co będzie dalej. Pozwoliła, aby ta sytuacja była prosta — my kontra oni.
— Cierpi — skontrowała miękko uwagę Scarlett, choć nie brzmiała wcale, jakby zależało jej na wybronieniu drugiej czarownicy. Potrafiła ją jednakże zrozumieć: sama pamiętała, jak ciężko patrzyło się zza niemożliwych do wyhamowania strumieni łez.
Nie uciekała od spojrzenia Mulciber. Pozwoliła jej drążyć w swoich oczach, wręcz zapraszając do zwiedzania nieruchomych tęczówek oprawionych odległym uśmiechem. Byłaby to może twarz bardziej delikatna, gdyby nie smugi sadzy i przekrwione, podrażnione oczy.
Hela uścisnęła wyciągniętą do niej dłoń lekko, choć przeciągle, jakby bardziej niż wymienione imię interesowało czarownicę, aby przez warstwę brudu Spalonej Nocy poczuć pod palcami układ kości i miękkość skóry dziewczyny. Nie od razu podała własne imię; zastanawiała się chwilę, czy w ogóle jest ono potrzebne. Dopiero gdy cofnęła dłoń, przypomniała sobie o nim.
— Helloise — wypowiedziała jak przelotne powitanie z ust kogoś, kto myślami błądził gdzie indziej. A błądziła po kipiącej irytacją Scarlett, dopóki ta nie pospieszyła jej do odejścia z tego miejsca.
Hela podniosła kosz, w którym podzwaniały buteleczki leczniczych eliksirów, wzięła miotłę i powiodła spojrzeniem po spalonym horyzoncie Horyzontalnej.
— Gdzie miałybyśmy iść? To dziś jest wszędzie. — Nie była to bynajmniej przeszkoda i bez szemrania ruszyła z towarzyszką na spacer przez piekło.
Tam, gdzie się urodziła, ogniste iskry trzaskające na niebie widziała częściej niż krople deszczu. Znała ogień — patrzenie, jak pożera znienawidzone betonowe miasto dawało jej pewną satysfakcję. Mimo jednak krążącego w żyłach opium i złośliwych zachwytów, nie potrafiła w pełni wyzbyć się podskórnego poczucia zagrożenia. Cały czas czekała, z której strony nadejdzie nowe niebezpieczeństwo. Z tego chaosu — choćby nie wiadomo, jak pięknym nie był — wciąż i wciąż wyglądała śmierć, aby typować, kogo następnego ma strawić rumowisko bądź zabłąkana klątwa. Helloise nie chciała umrzeć — nie tutaj.
— Częstuję rajem. Jest tam cicho i spokojnie. — Uśmiechnęła się, choć raj, który oferowała był zdradliwy. Z czasem bowiem jego cisze zamieniały się w pustki, a spokój w pułapkę stagnacji i niemocy. Po cóż jednak mówić o rzeczach nieprzyjemnych? — Jak nos?
Gdy kurz po starciu opadł, nie oczekiwała niczego. Jeśli obca chciała płakać, mogła ją utulić. Jeśli chciała odejść, nie zamierzała jej zatrzymać. Nie szukała imion, nie czekała wdzięczności, nie interesowło jej, co będzie dalej. Pozwoliła, aby ta sytuacja była prosta — my kontra oni.
— Cierpi — skontrowała miękko uwagę Scarlett, choć nie brzmiała wcale, jakby zależało jej na wybronieniu drugiej czarownicy. Potrafiła ją jednakże zrozumieć: sama pamiętała, jak ciężko patrzyło się zza niemożliwych do wyhamowania strumieni łez.
Nie uciekała od spojrzenia Mulciber. Pozwoliła jej drążyć w swoich oczach, wręcz zapraszając do zwiedzania nieruchomych tęczówek oprawionych odległym uśmiechem. Byłaby to może twarz bardziej delikatna, gdyby nie smugi sadzy i przekrwione, podrażnione oczy.
Hela uścisnęła wyciągniętą do niej dłoń lekko, choć przeciągle, jakby bardziej niż wymienione imię interesowało czarownicę, aby przez warstwę brudu Spalonej Nocy poczuć pod palcami układ kości i miękkość skóry dziewczyny. Nie od razu podała własne imię; zastanawiała się chwilę, czy w ogóle jest ono potrzebne. Dopiero gdy cofnęła dłoń, przypomniała sobie o nim.
— Helloise — wypowiedziała jak przelotne powitanie z ust kogoś, kto myślami błądził gdzie indziej. A błądziła po kipiącej irytacją Scarlett, dopóki ta nie pospieszyła jej do odejścia z tego miejsca.
Hela podniosła kosz, w którym podzwaniały buteleczki leczniczych eliksirów, wzięła miotłę i powiodła spojrzeniem po spalonym horyzoncie Horyzontalnej.
— Gdzie miałybyśmy iść? To dziś jest wszędzie. — Nie była to bynajmniej przeszkoda i bez szemrania ruszyła z towarzyszką na spacer przez piekło.
Tam, gdzie się urodziła, ogniste iskry trzaskające na niebie widziała częściej niż krople deszczu. Znała ogień — patrzenie, jak pożera znienawidzone betonowe miasto dawało jej pewną satysfakcję. Mimo jednak krążącego w żyłach opium i złośliwych zachwytów, nie potrafiła w pełni wyzbyć się podskórnego poczucia zagrożenia. Cały czas czekała, z której strony nadejdzie nowe niebezpieczeństwo. Z tego chaosu — choćby nie wiadomo, jak pięknym nie był — wciąż i wciąż wyglądała śmierć, aby typować, kogo następnego ma strawić rumowisko bądź zabłąkana klątwa. Helloise nie chciała umrzeć — nie tutaj.
— Częstuję rajem. Jest tam cicho i spokojnie. — Uśmiechnęła się, choć raj, który oferowała był zdradliwy. Z czasem bowiem jego cisze zamieniały się w pustki, a spokój w pułapkę stagnacji i niemocy. Po cóż jednak mówić o rzeczach nieprzyjemnych? — Jak nos?
dotknij trawy