25.07.2025, 20:10 ✶
Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz tak po prostu kogoś trzymałem za rękę. Nie, żeby to było coś wielkiego - ot, skóra do skóry, splecione palce, trochę ciepła, ale... Nigdy nie uważałem się za kogoś, kto potrafił być częścią takich chwil.
Zawsze było coś, co trzymało mnie z boku - dystans, przezorność, może jakiś dobrze wyćwiczony chłód, który z czasem przestałem nawet zauważać. Nie chodziło o to, że nie czułem - po prostu nauczyłem się nie wchodzić zbyt głęboko, nie popełniać błędów z młodości, nie przywiązywać się, a jednak szedłem tamtą uliczką, mokrą jeszcze po deszczu, trzymając ją za rękę, jakby to było najprostsze i najbardziej oczywiste na świecie... Jakbyśmy robili to od lat.
Nie musiałem tego robić, ona też nie, a jednak zrobiliśmy to oboje, i w tym właśnie był cały urok tej chwili.
Patrzyłem, jak Prudence unika kałuż, a ja instynktownie kierowałem się tak, żeby nie zamoczyła butów. Niby drobnostka, ale to mnie zaskoczyło, zawsze przecież powtarzałem sobie, że nikt nie potrzebuje mojego zatroskania. A teraz? Teraz chciałem, żeby czuła się… Bezpiecznie... Cholernie dziwne uczucie. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio coś podobnego przeszło mi przez głowę, tym bardziej w stosunku do kogoś, kogo prawie nie znałem, ale... Czy na pewno? Nie zaskoczyła mnie swoją odpowiedzią - może dlatego, że poznawaliśmy się szybciej i głębiej, niż mógłbym przewidzieć, i to od tych nietypowych stron, z całą pewnością zazwyczaj nie wyciąganych na pierwszych randkach.
- No, tak. - Mruknąłem w końcu, bez większej dezaprobaty, bardziej jak ktoś, kto próbował ważyć słowa, żeby nie zabrzmiało to jak kazanie. - Jasne, sze to akulat właśnie to musi cię intelesowaś. Szadna tam spokojna hodowla loślin w doniczkach na palapecie. Nie... - Parsknąłem cicho, pod nosem - Ty chcesz szię wyplowadzaś s własnego ciała. - Spojrzałem na nią ukradkiem, miała w sobie spokój pomieszany z fascynacją, która nie potrzebowała weryfikacji.
Mówiła spokojnie, z tą swoją specyficzną pewnością swego, której nie spotykało się często. Planowała spróbować opuścić własne ciało, sprawdzić, jak to jest. Tak po prostu, z ciekawości, dla doświadczenia. Nie bała się ryzyka, a jednocześnie nie wyglądała na kogoś, kto szuka go dla adrenaliny, a raczej dla zrozumienia. Może przez ten jej głos - spokojny, jakby mówiła o czymś zupełnie zwyczajnym, jak gdyby to, że planowała opuścić własne ciało, było równoważne z planem zrobienia jajecznicy w niedzielę rano, a nie czymś z pogranicza magicznej abstrakcji - ale to nie brzmiało dla mnie najgorzej. Było w niej coś... Niepokojąco atrakcyjnego, gdy poruszała podobne tematy. Nie czułem się jak przelotny towarzysz czy kolejny przystanek, przez chwilę byłem kimś, komu warto coś opowiedzieć.
- Wiesz, nie zamieszam ci tego odladzaś... - Powiedziałem spokojnie, zresztą, po naszej rozmowie na wrzosowiskach, raczej wiedziała, że to nie w moim stylu. - Ale… Jak jusz to będziesz lobiś, to zlób mi tę dlobną upszejmość i upewnij się, sze twoje ciało zostanie tam, gdzie je zostawiłaś, m'kay?
Wedle tego, co wiedziałem - a przez lata, z ciekawości albo z nudów, przeczytałem więcej, niż wypadałoby przyznać - takie próby potrafiły mieć różne zakończenia. Ciała pozostawione bez opieki, nawet jeśli tylko na moment, bywały... Podatne. Nie chodziło nawet o jakąś tanią grozę z ósmej części kiepskiej powieści, bardziej o to, że kiedy człowiek wychodził z siebie, zostawiał po sobie coś na kształt pustego mieszkania z otwartymi drzwiami, bo kiedy ciało leżało nieruchome, oddychające miarowo, ze źrenicami nieruchomymi i senną ciszą wokół, wyglądało jak łatwy cel.
Oczywiście, zakładałem, że planowała robić to w swoim mieszkaniu - w sypialni, pewnie przy świecach, z zabezpieczeniami, które znała na pamięć. Zaklęcia ochronne, kręgi, symbole - to wszystko, co miało ją trzymać bezpiecznie po jednej stronie, gdy jej świadomość wypłynie gdzieś dalej, ale przecież nie mogłem mieć tej pewności. Niektórzy nie znosili mieszania świata duchowego z miejscem, w którym spali, jedli, oddychali - z codziennością. Byli tacy, którzy wybierali neutralny grunt - stare domy, porzucone miejsca, nawet hotele, które nie miały związku z ich normalnym życiem. Dla nich to było jak operacja - nie przeprowadzasz jej przy własnym stole kuchennym. Nie miałem władzy nad jej decyzjami, ale też nie potrafiłem udawać, że to wszystko mnie nie obchodziło. Zdążyliśmy się polubić, łączyła nas relacja, nawet przelotnie, a poza tym to był wyjątkowo interesujący temat. Nie miałem nic przeciwko temu, by go pociągnąć.
!Strach przed imieniem
Zawsze było coś, co trzymało mnie z boku - dystans, przezorność, może jakiś dobrze wyćwiczony chłód, który z czasem przestałem nawet zauważać. Nie chodziło o to, że nie czułem - po prostu nauczyłem się nie wchodzić zbyt głęboko, nie popełniać błędów z młodości, nie przywiązywać się, a jednak szedłem tamtą uliczką, mokrą jeszcze po deszczu, trzymając ją za rękę, jakby to było najprostsze i najbardziej oczywiste na świecie... Jakbyśmy robili to od lat.
Nie musiałem tego robić, ona też nie, a jednak zrobiliśmy to oboje, i w tym właśnie był cały urok tej chwili.
Patrzyłem, jak Prudence unika kałuż, a ja instynktownie kierowałem się tak, żeby nie zamoczyła butów. Niby drobnostka, ale to mnie zaskoczyło, zawsze przecież powtarzałem sobie, że nikt nie potrzebuje mojego zatroskania. A teraz? Teraz chciałem, żeby czuła się… Bezpiecznie... Cholernie dziwne uczucie. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio coś podobnego przeszło mi przez głowę, tym bardziej w stosunku do kogoś, kogo prawie nie znałem, ale... Czy na pewno? Nie zaskoczyła mnie swoją odpowiedzią - może dlatego, że poznawaliśmy się szybciej i głębiej, niż mógłbym przewidzieć, i to od tych nietypowych stron, z całą pewnością zazwyczaj nie wyciąganych na pierwszych randkach.
- No, tak. - Mruknąłem w końcu, bez większej dezaprobaty, bardziej jak ktoś, kto próbował ważyć słowa, żeby nie zabrzmiało to jak kazanie. - Jasne, sze to akulat właśnie to musi cię intelesowaś. Szadna tam spokojna hodowla loślin w doniczkach na palapecie. Nie... - Parsknąłem cicho, pod nosem - Ty chcesz szię wyplowadzaś s własnego ciała. - Spojrzałem na nią ukradkiem, miała w sobie spokój pomieszany z fascynacją, która nie potrzebowała weryfikacji.
Mówiła spokojnie, z tą swoją specyficzną pewnością swego, której nie spotykało się często. Planowała spróbować opuścić własne ciało, sprawdzić, jak to jest. Tak po prostu, z ciekawości, dla doświadczenia. Nie bała się ryzyka, a jednocześnie nie wyglądała na kogoś, kto szuka go dla adrenaliny, a raczej dla zrozumienia. Może przez ten jej głos - spokojny, jakby mówiła o czymś zupełnie zwyczajnym, jak gdyby to, że planowała opuścić własne ciało, było równoważne z planem zrobienia jajecznicy w niedzielę rano, a nie czymś z pogranicza magicznej abstrakcji - ale to nie brzmiało dla mnie najgorzej. Było w niej coś... Niepokojąco atrakcyjnego, gdy poruszała podobne tematy. Nie czułem się jak przelotny towarzysz czy kolejny przystanek, przez chwilę byłem kimś, komu warto coś opowiedzieć.
- Wiesz, nie zamieszam ci tego odladzaś... - Powiedziałem spokojnie, zresztą, po naszej rozmowie na wrzosowiskach, raczej wiedziała, że to nie w moim stylu. - Ale… Jak jusz to będziesz lobiś, to zlób mi tę dlobną upszejmość i upewnij się, sze twoje ciało zostanie tam, gdzie je zostawiłaś, m'kay?
Wedle tego, co wiedziałem - a przez lata, z ciekawości albo z nudów, przeczytałem więcej, niż wypadałoby przyznać - takie próby potrafiły mieć różne zakończenia. Ciała pozostawione bez opieki, nawet jeśli tylko na moment, bywały... Podatne. Nie chodziło nawet o jakąś tanią grozę z ósmej części kiepskiej powieści, bardziej o to, że kiedy człowiek wychodził z siebie, zostawiał po sobie coś na kształt pustego mieszkania z otwartymi drzwiami, bo kiedy ciało leżało nieruchome, oddychające miarowo, ze źrenicami nieruchomymi i senną ciszą wokół, wyglądało jak łatwy cel.
Oczywiście, zakładałem, że planowała robić to w swoim mieszkaniu - w sypialni, pewnie przy świecach, z zabezpieczeniami, które znała na pamięć. Zaklęcia ochronne, kręgi, symbole - to wszystko, co miało ją trzymać bezpiecznie po jednej stronie, gdy jej świadomość wypłynie gdzieś dalej, ale przecież nie mogłem mieć tej pewności. Niektórzy nie znosili mieszania świata duchowego z miejscem, w którym spali, jedli, oddychali - z codziennością. Byli tacy, którzy wybierali neutralny grunt - stare domy, porzucone miejsca, nawet hotele, które nie miały związku z ich normalnym życiem. Dla nich to było jak operacja - nie przeprowadzasz jej przy własnym stole kuchennym. Nie miałem władzy nad jej decyzjami, ale też nie potrafiłem udawać, że to wszystko mnie nie obchodziło. Zdążyliśmy się polubić, łączyła nas relacja, nawet przelotnie, a poza tym to był wyjątkowo interesujący temat. Nie miałem nic przeciwko temu, by go pociągnąć.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)